Cała aktywność

Kanał aktualizowany automatycznie   

  1. Wcześniej
  2. Link do oryginału: https://www.fanfiction.net/s/12733137/1/ZwierzogródZootopia-Arternatywna-kontynuacja Rozdział 1 Samochód był dość duży jak na średniej wielkości ssaka, który w nim siedział... Stoję na górce pokrytej małymi suchymi źdźbłami polnej trawy. Niebo jest puste od chmur. Zastanawiam się co to za miejsce. Ciepły wiatr delikatnie muska moje futro. Między palcami czuje coś dziwnego. Nie mogę ich złożyć w pięść, figę, ani w żaden inny sposób. Nie mogę ruszać dłońmi. Czuje jakby cienka nić przetaczała się między mymi palcami. Przewija się dalej, aż poza me ręce, ale jej nie widać. Nie da się na nią spojrzeć oczyma mimo jej ogromu. Da się ją tylko czuć. Między palcami zaczęły wyrastać mi kiełki. Nie bałem się, choć zdziwił mnie fenomen tego zjawiska. Kiełki zmieniły się w kwiaty. Małe zielone włócznie, a na ich czubku majestatycznie usytuowany niebieski kwiat. Był bardzo dziwny. Nie znałem tego gatunku. Wyglądał dość pospolicie, ale był jakiś inny. Był bardzo piękny. Tak piękny, jakby był przerysowany. Jakby artysta namalował obraz i umieścił kwiat w jego tle. Oko arcymistrza malarstwa musiało spolądnąć na ten kwiat. Następnie przerzucił jego piękno na osobny obraz. Obraz poświęcony tyko temu kwiatowi. Lecz kwiat nie widzi artysty. Ale może odczuwać jego obecność. Kwiaty nagle zaczęły usychać.Ich uroda została zamazana. Mimo to nadal było w nich coś pięknego. Podszedłem bliżej czubku wzniesienia. W dole widziałem piękny niebieski strumyk, a w nim piękne kamyki. Nie chodziło tu o to, że się błyszczały, ani o to, że były białe. Poprostu były piękne. Różowo-fioletowe kwiaty na krzewach porastały brzegi strumyku. Kłosy porastały drugi brzeg strumienia. Wysokość troszkę przerażały, bo stałem tuż przy krawędzi małego urwiska, ale piękno tej scenki wygnało ze mnie strach. Niebo trochę pocięmniało, ale nadal zachowywało piękno. W tej chwili nagle pojawiła się czarna postać. Była dziwna. Sylwetką nie przypominała żadnego znanego światu gatunku. Była dość wysoka. Wyciągnęła do mnie dłonie. Na jednej był nóż, a druga dzierżyła wielką igłę. W umyśle kazała mi wybrać jeden przedmiot. Nie powiedziała mi tego wprost. Poprostu wiedziałem o co jej chodzi. Niestety nie mogłem dokonać decyzji. Nadal moje dłonie były unieruchomienie przez uschnięte kwiaty. Postać wyjęła czarne, jakby przypalone nożyce. Obcięła kwiaty i podrzuciła je wysoko nad przepaść. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu kwiaty unosiły się do góry ku niebu. W końcu zniknęły w chmurach. Nie mam pojęcia co może być za tymi zwykłymi chmurami. Dalej mój umysł nie sięgał. Postać chwyciła mnie niczym jak matka podnosi swoje dziecko. Z troski ułożyła moje ciało w ramionach. Nie bałem się. To było dobre uczucie. Dawno nie czułem czegoś takiego. Dawno nie byłem tak szczęśliwy. Niestety nie trwało to długo. Nie zdążyłem przytulić się do miękkiego ciała tej istoty i powoli usunąć. Dłonie stworzenia zrobiły się zimne, sztywne i twarde. Spojrzałem, za jego bark. Zobaczyłem rodzinę. Stała daleko z tyłu ze spuszczonymi głowami w dół. Tylko moja mama patrzyła na mnie. Jej oczy były obojętne. Jej uszy były obojętne. Jej usta były obojętne. Jej wzrok był obojętny. Jej słuch był obojętny. Jej mowa była obojętna. Postać trzymająca mnie zaczęła biec w stronę urwiska. Podrzuciła mnie do góry nad czeluść. Uniosłem się wtedy bardzo wysoko, ale przed samymi chmurami, gdy już miałem wsadzić głowę za ich sekret. Wtedy zaczęło się swobodne spadanie w stronę strumienia. Byłem tak oszołomiony, że nie wiedziałem co robić. Usłyszałem tylko płacz mojej matki. Wybiegła jakby chciała skoczyć i mnie chwycić, ale było już za późno. Wpadłem do strumienia, a wtedy woda w jednej chwili stała się zimna i brudna. Leniwy strumyk zmienił się w żwawą i agresywną rzekę. Chwyciłem konar, by spróbować uratować się z opresji. Usłyszałem potwory szum. Odwróciłem się i za sobą zobaczyłem wielki wodospad. Wielki wodospad, a ja nad nim trzymający konar. Powoli wyślizguje mi się z ręki. Zaraz spadnę. Nagle wstałem z czegoś miękkiego na proste nogi. Byłem w swoim obskurnym mieszkanku. To był sen. Co on oznacza. Nie wiem. Na całym ciele miałem gęsią skórkę. Czułem się jakbym wogóle nie spał. Cały kark mi zesztywniał. Byłem zmęczony, zmarznięty i głodny. Idealnie jak na początek poniedziałku. Spoglądając za siebie widziałem swoje niechlujnie ułożoną pościel i kołdrę. Wieczorem była ładnie poukładana. Musiałem bardzo rzucać się w nocy. Ten sen był jakiś inny. Z regóły nie pamiętam swoich snów, albo szybko je zapominam. Ten pamiętałem z każdym szczegółem. Postanowiłem, że nie będę sobie tym za krzątał mojego umysłu. Tak, mojego umysłu i tak pełnego już wielu chaotycznych myśli. Bardzo nie spójnie ze sobą zestawionych... No, ale czas nagli, pomyślałem. Szybko nałożyłem na siebie mundur i wrzuciłem do ust parę niebieskich borówek. Miałem lekki problem z ich przełykaniem. Niemądry połknoł wiele na raz bez gryzienia. Czułem jakby wielką kula powoli przetaczała się przełykiem zanim wylądowała w żołądku. Kiedyś się w ten sposób wykończe do reszty. W dodatku sypiam zaledwie po parę godzin. To nie jest tak, że z mojej winy. Po prostu te wszystkie myśli przed snem powodują, że boje się usnąć. Boje się, że przyśni mi się koszmar, którego nie zapomnę do końca życia. Jestem co prawda dorosły, ale przy mojej gonitwie myśli to dodatkowo wyrwało by mnie ze tego względnego niby spokoju. Ten sen... to nie całkiem był koszmar... Czas nagli. Ostatnie poprawki i wychodzę. Przekraczając próg drzwi poczułem na całym ciele ten chłodny powiem dobiegający z klatki schodowej. Zamykając drzwi mój wzrok przyciągnął mały niepozorny dla mnie przedmiot. Był to krzyż. Wisiał na ścianie nad moim łóżkiem. Zapomniałem zupełnie, że go mam... i ...po co. Prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa... Ssaki idą obojętnie zapatrzeni na siebie. Szarymi chodnikami w szarych humorach z szarymi myślami w szarych strojach pod szarym niebem. Zastanawiam się, po co? Po co oni tak się spieszą. Gdzieś pokaleczony ptak pełznie po ziemi w uścisku śmierci. Bezdomny prosi sprzedawcę o kawałek chleba. Woda kapie z rynny, ale niestety nie spada na roślinkę rosnącą obok. Ssaki patrzą w siebie. Widzą swoje problemy. Reszta ich nie obchodzi. Jak Ikar na obrazie tonie, a ani rolnik, ani rybak nie pomagają mu. Jesteśmy ślepi na problemy innych. Świat goni, a kto stoi w miejscu ten w nim zanika. Wyścig w bezsensownych zawodach. Uczucia to pojęcie względne. A ja? Idę z nimi, bo muszę... Dotarłem do Tramwaju. Miał piękną, żółto-czerwoną obudowę. A siedzenia! Lepsze niż moje łóżko. Wyjątkowo dziwne... Przy komisariacie przed przejściem zatrzymała mnie mała dziewczynka. - Pan Nick Bajer? - Tak, a co cię tutaj do mnie sprowadza? Gdzie twoja mama? - Jest w sklepie. Mała brązowa kuzka wyciągnęła mały notesik. Słyszałam o panu. Jest pan bardzo odważny. Chciałabym od pana Autograf. - Mój pierwszy autograf w życiu jaki komuś podpisuje. Podaj długopis. Moja ręka lekko trochę zadrżała. Chciałem żeby był jak najbardziej ładnie napisany. - Dziękuję panu. - Proszę bardzo moja dziewczynko, a teraz szybko leć do mamy. - Tak jest! W sposób jaki zasalutowała bardzo mnie rozbawił i ucieszył. Dzieci są najważniejsze. Musimy dbać o ich niewinność. W nich nadzieja społeczeństwa. By inni mieli lepsze życie od nas. Może to nowo pokolenie coś zmieni. Może ono zaważy o historii tego świata. - Nick, Co tak stoisz tak sam na środku chodnika. - Ach ten głos! Karotka! Haha co ty na wyścig kto pierwszy dobiegnie do komisariatu!? Rozdział 2 Postać w aucie zaciągnęła ręczny hamulec. -Dobra! O co gramy. Kiedy zadała to pytanie ja już byłem kilka metrów przed nią! To trochę dziecinne, ale poprostu było to coś co mnie i jej sprawiało przyjemność. -Kupujesz mi dziś kawę. Na razie karotka! Cały mój organizm pracował ze zdwojoną siłą. Mimo to udało jej się mnie dogonić. Zachodziłem jej drogę, ale ona odbiła się od boku ciężarówki i wskoczyła w moje pole widzenia. Zasłoniła sobą cały obraz jaki miałem przed oczyma. Zrobiła to tak delikatnie, że nawet nic nie było słychać. Teraz ona blokowała mi możliwość wyprzedzenia jej. W pewnym momencie byliśmy na równi obok siebie. Do komisariatu została już tylko jedna ulica. - Widzę, że tracisz siły! - Dopiero się rozgrzewam! Wypowiedziawszy to zdanie znacznie przyśpieszyła i wyprzedziła mnie o jakieś pięć do siedmiu metrów. Pomyślałem sobie, że trudno już. Najwyżej postawie jej tą kawę. Wszystko działo się spokojnie do chwili kiedy usłyszałem dość głośny dźwięk przyśpieszającego samochodu. Popatrzyłem na lewo. Mały Niebieski Jeep jechał prosto w stronę Judy. Ona go nie widziała. W jednej chwili serce mi stanęło. Odpoczęło zanim nagle gwałtownie przyśpieszyło. Poczułem w ciele siłę jakbym wcale wcześniej nie biegał, a chodził. Z całej siły przebierałem łapami. Samochód był coraz bliżej Judy! Biegłem co sił w nogach. Nie byłem w stanie nic powiedzieć. Głos zamknął się we mnie. Głos krzyczący: Judy uważaj, samochód! Nie byłem w stanie go wydobyć. Judy znalazła się na ulicy. Kilka małych wróbelków spoglądało na rozpoczynającą się tragedię. Kierowca nie zwolnił. Zszedłem do parteru. Obie pary łap obijały się jak piłka od twardej nawierzchni. Zimno płyt chodnika przeniosło się na moje kończyny. Samochód był parę metrów od Judy. Podmuch spowodowany pędem samochodu spowodował, że kwiaty na małej grządce niedaleko od Judy zaczęły uginać się. Z przerażenia Judy stanęła na drodze jak wryta. Kierowca za późno ją dostrzegł. Judy widziała białka oczu kierowcy, który miał niechcący przyczynić się do jej śmierci. Jej oczy przeniknęły do duszy nierozważnego kierowcy. Przerażenie było w całej naszej trójce. Wiedziałem, że nie dam rady dobiec, więc wykonałem skok. Moje ciało ułożyło się instynktownie w opływowy kształt. Moja głowa dotknęła czoła Judy, a moje ręce objęły jej smukłe ciało. Małe włoski na mej skórze wtopiły się w jedną integralną całość z tymi na jej czole. Odbiłem się na tyle mocno, że udało mi się wylądować z nią w rękach dwa metry od ulicy. Chodnik zdarł nieco skórę na moich dłoniach, ale adrenalina spowodowała, że byłem na to obojętny. Liście od wietrzyku jaki wytworzył mój skok rozsypały się dookoła nas. Popatrzyłem na Judy. Jej wielkie oczy przez chwilę były pełne przerażenia. Fiolet jej oczu zasłonił źrenice. Chwilę później jednak uspokoiła się. Popatrzyła na moje ręce. Wzrokiem prześledziła całe moje ciało by w końcu rzucić go na mą twarz. Nasze oczy się spotkały. Zieleń zagrała z fioletem. Położyła łapę na mojej dłoni. Była taka ciepła jak piecyk. Wtuliła się w moje chude ciało. - Dziękuję Ci Nick. - Nie ma za co, ale to ty mi stawiasz kawę. - Co, Ej! - No tak. - Ale byłam przed tobą! Zrobiłem najbardziej sarkastycznie spojrzenie jakie umiałem. - No dobrze Nick. Ale pogadamy o tym na komisariacie. - Karotka nie wymigasz się! Z auta wysiadł gepard. Ten sam co niemal przed chwilą nie potrącił Judy. - Przepraszam nie zauważyłem Pani. Naprawdę bardzo mi przykro. Mam nadzieję, że nic Pani nie jest. Popatrzyłem na drogowskaz. Dozwolona prędkości to 40 na godzinę, a palant zasuwał koło 60. W dodatku wymusił pierwszeństwo wyjeżdżając z drogi podporządkowanej. Spisywałem mandat na kartce. - Ten samochód ma słabe hamulce. W dodatku siedzenia są za nisko...Czy Pan mnie słucha? Ja na to po prostu rzuciłem spojrzenie na kierowce. Nie ukrywam, że byłem na niego wściekły, ale musiałem się opanować. Wręczyłem mu kartkę z mandatem po czym odwróciłem się na piętach i poszedłem z Judy w stronę komisariatu. - Ale proszę Pana! Ale jak to! Ale ja... To nie moja wina! Wyjaśnię to! Jego dźwięk powoli cichł w tłumie bezimiennych głosów i hałasów tego miasta. - Nick! Judy stanęła przede mną. Zdecydowanie widać było, że chce powiedzieć coś bardzo ważnego. Uszy oklapnięte miała do pasa, a głowę spuszczoną do dołu. - Karotka, o co chodzi. - Nick, bo ja... Ja mogłam zginąć przez swoją głupotę, a ty w ostatniej chwili mnie uratowałeś i... - I i i co? - Zaryzykowałeś swoje życie! Nie zapomnę ci tego. Dziękuję raz jeszcze i proszę wybacz mi moją głupotę. - To zaszczyt mi ciebie chronić. No skoro jesteś taka zadowolona to jutro też fundujesz mi kawę. Z oka Judy wypłynęła błyszcząca w świetle porannego słońca mała łza. Ktoś kiedyś powiedział, że łzy szczęścia leją się z prawego oka. W tym przypadku tak też było. Nie wydaje mi się to prawdą, ale czasami wierzenie w takie małe kłamstewka czyni świat piękniejszym. Spadająca gwiazda nie spełnia życzeń, ale czy wiara w takie drobnostki nie upiększa świata? Judy przytuliła mnie raz jeszcze. Tym razem zacisnęła mocniej łapy na moich plecach. - Chyba wprowadzę opłaty za przytulanie. - Hehe, to ty powinieneś płacić za ten zaszczyt, że cię przytulam. - Judy, ty każdego przytulasz kogo znam. - Bez przesady, szefa nie tuliłam. - Jeszcze! - Dobra pośpieszmy się, bo szef jak się zdenerwuje to nawet zbiorowe tulenie nie pomoże. - Zgadzam się. Przyśpieszymy tempo. Ahh, jej nierozwaga i dziecięce zachowanie mnie śmieszy. Co prawda ta sytuacja nie powodowała, że było mi do śmiechu, ale jest to w pewnym sensie w niej urocze. Ma już ponad 20 lat, a nadal zachowała odrobinę dziecka w sobie. To dobrze. Dzieci są szczęśliwe, bo myślą jak dzieci. Myślą w sposób prosty i wesoły. Nie zamartwiają się na zapas. Bycie jak dziecko jest dobre, ale niestety świat na to nie pozwala. Świat jest okrutny. Najlepiej trzymać równowagę między dziecinnością, a powagą. Nie wolno nam stać się bezmózgimi zimnymi kamieniami ani nie być zbyt beztroskimi osobami. Choć z drugiej strony jakby każdy był jak dziecko to czy świat nie był by lepszy. Gdyby tylko do dziecinności dodać sumienność i staranność to świat byłby niemal idealny. Wchodząc przez szklane obrotowe drzwi pierwsze co to przed oczami ukazał nam się Pazurian. Parurian oraz jego pudło z pączkami. - O cześć Judy, a gdzie Nick? - Cześć. Nick jest obok mnie. Parurian przesunął pudełka po pączkach. Rozgarnoł je szybko, ale ostrożnie, by żadne nie spadło na podłogę, żeby nie musiał potem specjalnie wstawać, obchodzić całą ladę i podnosić go z ziemi. Nie chodziło o to, że był leniwy. Dobrze wykonywał swoją pracę, ale każdy nie chce czegoś wykonywać na zapas. To chyba oczywiste, że lepiej zrobić coś dokładnie niż potem robić więcej. - Wybacz Nick nie zauważyłem cię przez te pudełka. - Bywa. A ja już miałem kupić Ci okulary. - Tak źle jeszcze ze mną nie jest. - Wiesz gdzie jest szef. Musimy wyjaśnić mu spóźnienie. - Nie wiem gdzie on jest Judy. Jeszcze go nie było tutaj. - Jak to! Myślałem, że szef zawsze jest o godzinę wcześniej. - Bo z reguły tak jest, ale teraz się spóźnia. To do niego niepodobne. - Gdzie reszta? - Wszyscy siedzą w sali głównej. Jedynie Borowski jest na patrolu na obrzeżach. - Szef się spóźnia i jeszcze prawie nikomu nie przydziela patrolu po za tym kotem? - Niewidocznej. - To bardzo dziwne. Nigdy bym nie przypuszczał że szef się spóźnia. To naprawdę niepodobne do niego. Bardzo dziwne. Mam nadzieję, że zaraz wróci. - Na osłodę życia mogę wam dać po pączku. - Nie, dziękuję Pazurian. Jadłam solidne śniadanie. - A ja bardzo chętnie. - Proszę bardzo. Poczekaj tylko poszukam. Pazurian przeglądał każde pudełko. W końcu zanurkował pod ladę. Gdy zniknął pod nią słychać było odgłos szperania i szeleszczenia reklamówek i pudełek. Nagle Pazurian wyłonił się ze smutną twarzą i powiedział: - Bardzo mi przykro. Chyba już wszystkie się skończyły. - Sprawdzałeś pod podbródkiem? - Hahaha! Potrafisz polepszyć mi humor. - A byłeś w złym. - W sumie to nie. Bardziej po prostu poprawiłeś na jeszcze lepszy. - Dobra Nick, chodźmy już i porozmawiajmy z resztą. Na razie Pazurian! - Na razie. Miłego dnia! Przyznam szczerze, że rozmowa z Pazurianem jest całkiem przyjemna. Co innego ta lodowata podłoga. Całe stopy mam zmarznięte. W dodatku bardzo się spociłem, a ten poranek jest wyjątkowo zimny i wietrzny. I jeszcze jest straszny przeciąg. Nie mówiąc już o tym, że spałem z odkrytymi nogami. W ogóle byłem cały zmarznięty! Ale ze mnie Malkontent. Niestety nie potrafię cieszyć się z drobnostek. Wolę narzekać. Wszyscy narzekamy. Mało jest tak bardzo pozytywnie pod tym kątem nastawionych osób. Narzekać jest łatwiej. Jednak narzekanie odbiera szczęście, ale co mi tam. I tak nie należę do zbyt szczęśliwych osób. Po otwarciu drzwi silne światło oślepiło nas obydwoje. Gdy zasłoniłem twarz ręką każdy większy włos na mojej dłoni wraz ze blaskiem utworzył biało-czarny wzór pasków. Gdy wyjrzałem zza ręki zobaczyłem cała ekipę w ławkach czekającą na szefa. Oprócz Borowskiego oczywiście. - Do cholery. Po co tak odsłoniliście te rolety. Wiecie jak w korytarzu jest ciemno. Oczy nam wypalicie. - Wybaczcie nam. Wyglądamy czy szef nie przychodzi. A tak w ogóle cześć Judy i Nicky! - Cześć Stanley! Ten kudłaty Lori* zawsze zachowywał się bardzo uprzejmie. Jest dość pomocny. Jedyna jego wada to te wielkie oczy. Te wielkie, błyszczące, pomarańczowe oczęta! Może dlatego mało kto go lubi. Jest dość rzadkim i niespotykanym gatunkiem na terenie Wolnego Miasta Zwierzogród. Nawet na całym kontynencie jest ich niewiele. Niestety wielu ocenia go zbyt pochopnie. Tylko dlatego, że wygląda dziwnie. Tak naprawdę jest to istota o bardzo miłym charakterze. My ssaki zbyt bardzo katalogujemy innych. Dla wielu istnieje tylko klasyfikacja dobry i zły. Wystarczy, że znamy jedną złą cechę danej osoby, a ona automatycznie staje się zła. Czasami wystarczy zły wygląd. My byśmy to chcieli mieć wszystko czarno na białym, a tak nie jest. Wszyscy mamy dobre i źle cechy. Nie ma nikogo całkiem dobrego, ani całkiem złego. Jeśli znamy tylko wady to nie znaczy, że nie ma zalet. Natomiast ocenianie po wyglądzie jest dziwne... No może nie tak dziwne jak te oczy! - Wie ktoś może dlaczego nie ma szefa! - Nie. A właściwie to czemu się spóźniliście? - Ja zaspałem, a ty Judy? - Nie chcę o tym rozmawiać. Sprawy rodzinne. - Rozumiem. Wracam patrzeć czy szef nie nadchodzi. Jak na razie to jedyne ciekawe zajęcie dostępne w tejże sytuacji. Judy wyraźnie posmutniała. Zawsze była wesoła i pełna energii. W dodatku ma bardzo ekstrawertyczny charakter. Coś się musiało stać. - Hej Judy? Czy wszystko w porządku? - Możemy porozmawiać w bardziej ustronnym miejscu? - I tak wszyscy bardziej interesują się tym gdzie jest szef. Musisz docenić to, że ja zainteresowałem się tym co Ci na sercu leży w przeciwieństwie do reszty. Od początku widzę, że coś jest nie tak. Widzę, że ukrywasz coś. Zwykle jesteś inna. - Doceniam to bardzo i właśnie dlatego chcę o tym powiedzieć tobie, a nie nikomu innemu. Powiem ci potem, zgoda? - Oczywiście. Tylko nie licz na to, że zapomnę. - Ale ja chcę ci powiedzieć tylko nie teraz. - Nie mów tonem jakby z takimi pretensjami. - A ty nie mów do mnie głosem jakby... - Jakby co? - Jakbyś był na wpół przytomny, na kacu i w dodatku pijany. - Hahahaha! Roześmiałem się tak głośno, że wszyscy się na mnie popatrzyli ze zdziwieniem tak wielkim jakby usłyszeli co najmniej ducha. W dodatku był to chyba najgłupszy odgłos śmiechu jaki byłem w stanie wydać. - No proszę bardzo! My się martwimy, a nasz mały Nicky z Judy opowiadają sobie dowcipy. No słucham o czym to tak rozmawialiście. Moje wilcze uszy dawno nie słyszały czegoś śmiesznego. A w ogóle to część Judy i Nick. Nie zauważyłem was. - Chcesz żart Bela. Proszę bardzo. Więc nazywa się alkoholika?! Rozwódka! - Słyszałem już to. No dawaj. Wiem, że stać cię na więcej. Może nas rozbawisz zanim przyjdzie Bogo. - Dobrze, więc... No i w tym momencie dowiedziałem się, że nie należy stać przy drzwiach. Zwłaszcza tych większych od ciebie dwukrotnie. Ktoś za mną tak mocno je rozwarł, że wyleciałem w powietrze i spadłem parę metrów obok miejsca gdzie stałem. - Witajcie wszyscy! Siaaadać! Przepraszam za spóźnienie! Mam dla wszystkich ważne zadanie, ale to zaraz! A tak w ogóle to cześć Judy i Nick. Nie zauważyłem was. Znowu to samo. - Może to wina okularów. - Morda Bajer! Dlaczego się spóźniłem!? Miałem spotkanie z nowym burmistrzem miasta. Jak wiecie lub nie dziś rano burmistrzem została ogłoszona panna Obłoczek! W mojej głowie pojawiła się myśl: Jak to? Przecież ona będzie gorsza od Swinton. Ona miała zaledwie 20% poparcia w próbnych wyborach. Była dopiero trzecia. Tak bardzo liczyłem, ż Burmistrzem będzie Pan Blackpool. Porządny ssak. Osoba bardzo tolerancyjna. W dodatku byłby to pierwszy drapieżnik wybrany na burmistrza od 150 lat. A mogło być tak dobrze. - Panna Obłoczek przedstawiła mi kilka wytycznych odnośnie policji w wspaniałym wolnym mieście, wolnych ssaków jakim jest Zwierzogród. Wolnym mieście. Chyba wolnym w rozwoju. Istna propaganda. - Przedstawię je wam po tym jak skończycie swoją zmianę. Są to wytyczne dotyczące jacy macie być, co musicie zrobić et cetera cetera... Jakaś pewnie kolejna ideologia. Ideologia zawsze tylko zaprowadziła świat w bardzo złe kierunki. Czy to właśnie nie ideologię napełniają tyranów, zniewalają narody, zmuszają do okrucieństwa, niszczą piękno i wrażliwość na ból innych? Czy to właśnie nie ideologie zniewalają, ograniczają? Czy to właśnie nie one niszczą nas od środka? Pozbawiają wolności słowa? Ideologię to zło. Nie ważne czy głoszą wojnę czy też pokój. Tak! Ideologię głoszące pokój potrafią być gorsze od tych głoszących wojnę. Dlaczego? Ponieważ chcą one stworzyć utopię. Świat idealny, a to nie jest możliwe. I zawsze ktoś na tej idealności ucierpi. To samo głoszenie przez liberalne rządy jedności. Zjednoczenia się wszystkich. Ujednolicenia wszystkich i wszystkiego. Czy to na pewno dobre? Dobre jest wprowadzenie jednej kultury, języka, waluty, prawa i sposobu postępowania? Czy dobrym jest robienie z każdego jednej osoby? By każdy był taki sam! Każdy kraj ma inną kulturę, tradycje i tego podobne sprawy. Każdy widzi świat inaczej i niech tak pozostanie. Lepsze jest zło wynikające z innych poglądów niżeli zniewolenie i ogłupianie. - Teraz niech wszystkie duety gdzie występuje choć jeden drapieżnik mają zadanie patrolu określonych rejonów miasta. Duety z dwoma roślinożercami mają dziś wolne. Drapieżniki mają się do mnie zgłosić po pracy. Po prostu macie przyjść do mojego biura. Ustaliła to Pani burmistrz nie ja! Ten harmonogram obowiązuje jedynie dziś. Zrozumiano! - Tak jest! - Bajer, a ty czemu nie odpowiedziałeś!? - Tak jest szefie! - Więc skoro się rozumiemy to zaraz ustalę okolice patroli i godziny wyznaczonych dwójek, a reszta do domu! Nam trafiło się Śródmieście. W sumie trochę tłoczne miejsce, ale i tak mimo to w miarę spokojne. Pecha mają ci co trafili na jakąś dzielnice w las Padas, bo jest tam bardzo wilgotno, pada deszcz niemal bez przerwy, a w dodatku dużo podejrzanych typów. Z jednej strony dobrze, bo większą wypłata z tego jest, a z drugiej to czy warto się narażać. Z drugiej strony to część naszej pracy, narażanie się. Podobno śmieciarze mają bardziej niebezpieczny zawód od nas, a zarabiają mniej. Trochę nie zbyt sprawiedliwe. No cóż... - Nick o czym tak się rozmarzyłeś? - A nic nie ważne. - Nick skup się. Jesteśmy na patrolu! Dopiero teraz zauważyłem, że siedzę na miękkim czarnym fotelu z zapiętymi pasami bezpieczeństwa, opieram łokieć o lodowatą szybę i wpatruje się w okno. - Masz rację karotka. Trochę się zamyśliłem. Co chciałaś mi powiedzieć. - Masz na myśli to o czym rozmawialiśmy w komisariacie? - Domyśl się. O czym innym niby. - Ah no tak. Nick posłuchaj mnie teraz uważnie. Obróciłem się do niej i popatrzyłem na nią z zaciekawieniem, ale i również odczuwałem w sercu stres. Nie wiedziałem co chce mi powiedzieć i jak zareagować. Skoro to takie ważne i chcę powiedzieć to tylko mnie to znając karotkę faktycznie musi takie być. Judy spuściła głowę do poziomu kierownicy. Wyciągnąłem ręce z kieszeni i postawiłem na swoich kolanach. Nic nie mówiła. Naprawdę mocno się zaniepokoiłem. O co chodzi? Może o... Nie to niemożliwe. - Nick... Lori* : wiki/Lori_(rodzaj_ssaka) Rozdział 3 Wiatr nagle ustał -Nick, posłuchaj, bo to naprawdę ważne. Proszę byś potraktował to poważnie. -Judy. Czy ja kiedyś nie traktowałem cię poważnie. Nawet gdy bawiłem się w ten chory interes z Jumbolodami. Może wyglądało to jakbym cię lekceważył, ale ja myślałem co innego. Tym bardziej kiedy teraz się przyjaźnimy...Tym bardziej będę cię traktować poważnie. -Wiem Nick. Ja tylko tak... -Wiem. A teraz powiedz mi co cię trapi. Judy jakby zatrzymała się w czasie. Patrzyła ślepo przed siebie. W dłoniach trzymała czarną skórzaną kierownice. Potem odwróciła się w moją stronę. Jej wielkie fioletowe oczy pochłonęły wszystko co miałem w zasięgu widzenia. Były tak ogromne i tak piękne. Wpatrywały się we mnie, a ich głębia wciągała mnie do ich wnętrza. Przeszyły moje ciało na wylot. Były pełne smutku i radości. To paradoksalne, ale prawdziwe. Mimo tego co ją trapi była szczęśliwa, że ma przy mnie kogoś takiego jak ja. Nachyliłem się do niej. Wtopiły się nasze oczy w siebie. Zieleń i fiolet w idealnej harmonii. Jej poliki stały się czerwone niczym rozgrzane węgle. W końcu usta Judy przemówiły. -Nick, chodzi o mojego ojca. -O Boże, a ja już myślałem... - Obiecałeś traktować mnie poważnie. -Przepraszam. To nie tak. Ja traktuje cię poważnie. Pomyślałem, że to coś innego i tyle. Przepraszam, że zareagowałem tak nieadekwatnie do tej sytuacji. -Okej. Nic się nie stało. -Co jest z nim. -Jest chory. Poważnie chory. -Opisz mi dokładnie o co chodzi. -Ma wysoką gorączkę już od ponad tygodnia. Żadne antybiotyki na niego nie działają. Podobno raz wymiotował gdy byłam w Zwierzogrodzie. Ponad to ma bóle mięśni i głowy. Jest tak osłabiony, że ostatnio musiałem mu do ust podnosić szklankę wody. -To bardzo niedobrze. Byliście już u lekarza, prawda? -U dwóch. -Skąd byli ci lekarze? -Z okolicznych wsi. A czemu pytasz? -Znam paru dobrych lekarzy w Zwierzogrodzie. -Mój ojciec się nie zgodzi. On nie ufa szpitalom i miejskim lekarzom. -Będzie musiał. Może być to coś mało poważnego, ale nie wykluczone, że to jest coś z czym wiejscy lekarze sobie nie poradzą. -Mamy dobrych lekarzy. -Ja bym z nim na twoim miejscu udał się do szpitala. Miał jakieś objawy jeszcze? -Nie, chyba nie... Chociaż tak. Jak mogłam o tym zapomnieć. -A więc? -Kilka razy skarżył się na to, że ma krew w moczu. -Lekarzem nie jestem, ale mój ojciec był. Nie chcę cię martwić Judy, ale to może być poważna choroba. -T..tak? -Nie jestem lekarzem, ale wygląda to na niewydolność nerek spowodowaną jakąś chorobą lub to właśnie owa niewydolność je spowodowała. -Proszę. Opowiedz mi dokładnie. -Widzisz. Nerki są częścią układu wydalniczego. Ich rola to filtrowanie krwi oraz wartości odżywczych w wydalanej cieczy. Za to filtrowanie odpowiedziane są nefrony. Jeżeli doszło do ich zapalenia jest bardzo źle. -Nick, teraz jestem jeszcze bardziej zmartwiona. Nie wypominam Ci tego, ale po prostu jeśli to coś poważnego... Judy zacisnęła zęby jakby powstrzymywała łzy przed wydostaniem się na powierzchnie. Wkrótce jednak zdołała się opanować, ale jej twarz zmieniła wyraz na obojętny. Chwyciłem jej ciepłe poliki i obróciłem w swoją stronę. Nasze oczy znów odgrywały to przedstawienie jakie mało miejsce wcześniej. Nasze nosy lekko się musnęły. Nasze twarze były tak blisko... Na tyle blisko by dało się odczuć powiew jej rzęs. Był jak przyjemny wietrzyk w ciepłą letnią noc. W pewnej chwili jej oczy były dla mnie jak świetlały jej piękną twarz. -Judy. Nie wiem co jest z twoim ojcem. Musicie zabrać go do lekarza, a najlepiej do szpitala. Nawet w brew jego woli. Nie zamartwiaj się aż tak. Nie chowaj łez w wnętrzu. Płacz nie jest powodem do smutku. Okazuj swoja uczucia. Tłumienie ich uczyni cię tylko smutniejszą. Może akurat to nie jest bardzo poważna choroba. Zawsze mniej w sobie nadzieje. Mówią, że nadzieja jest matką głupich. To głupi nie mają nadziei. Powiedz to swojemu ojcu. Powiedz mu jeśli zacznie wątpić w wyzdrowienie. I najważniejsze. Zawsze pamiętaj, że co co by nie było. I tak będę z tobą. Będę przy tobie. Zrobiłaś dla mnie tak wiele. Nie wiem kiedy spłacę ten dług. Nie wiem czy tego kiedykolwiek podołam, ale będę mógł co tylko w mojej mocy. Objąłem ją ramionami. Tak mocno wtuliliśmy się w siebie... Tak mocno, że masze futro zmieszało się w szarego z pomarańczowym była tak zatarta, że ciężko byłoby określić gdzie lis, a gdzie zając. Jej miękkie dłonie wcisnęły się w moje plecy. Chciałbym by ta chwila nigdy się nie skończyła. Chciałbym, żeby trwała zawsze. Przez wieczność. Już tak na zawsze przy jej ciepłym drobnym ciele. Drobnym ciele, w którym drzemie prawdziwy wojownik. Wojownik siejący zamiast zniszczenia samo dobro. W końcu jednak musieliśmy wrócić do patrolu. - Judy. Zapuść radio. Może coś fajnego teraz puszczają. A teraz czas na program "stare urzeka wiecznie" i na pierwszy ogień odpalamy piosenkę zespołu "kojoty" pod tytułem "Wznosimy toast za lepszy czas". -Uwielbiam tę piosenkę. -Ja też ją lubię. Została nam jeszcze jedna dzielnica do sprawdzenia i będziemy kończyć. -Ja mam jeszcze spotkanie z Bogo. -Ciekawe o co chodzi? -Nie mam pojęcia. Niepokoi mnie też to, że tylko drapieżniki muszą iść na dywanik. A teraz cicho. Leci refren. Wznosimy toast za lepszy czas! Za każdy moment, co przez życie gna! Za każde wspomnienie płonące w nas! Niech płonie jeszcze przez lata! -Nick? -Tak? -Może jutro jak... Jakbyś miał czas. -Do rzeczy Karotka. -Może wpadłbyś do mnie. -Za mało mnie jeszcze w pracy widzisz? Żartuje, oczywiście, że tak. -Chodzi o to, że jutro jak sam wiesz mamy krótszą zmianę i nie chce mi się siedzieć samej w domu przez tak długi czas. Oczywiście jeśli ty masz czas, bo jeżeli masz jakieś plany to nie chcę ich tobie niszczyć. -Nie, nie mam żadnych planów. Chętnie do ciebie wpadnę, ale czy naprawdę czujesz się taka samotna? Możesz przecież rozmawiać z rodzicami, albo porozmawiać ze mną telefonicznie. Przecież już nie raz tak robiłaś. -Co innego jest rozmawiać przez telefon, a co innego w żywe oczy Nick. A z moimi rodzicami będę się widzieć na weekend, bo ich odwiedzę. -Dobrze zatem, chętnie do ciebie wpadnę. -Dzięki Nick. Jesteś naprawdę świetnym przyjacielem. Gdy patrol dobiegł końca Judy podwiozła mnie pod komisariat. Pożegnaliśmy się, a czas moich przyjemności na dzisiaj właśnie chyba się skończył. Spotkanie z szefem. Czego on chce. Może nie będzie tak źle. Martwi mnie jednak fakt, że Obłoczek została burmistrzem. To naprawdę źle. Mam nadzieję, że nie będę musiał wyprowadzać się z powrotem do Kanady. Nie mam ochoty patrzeć na tego starego dziada. Przez niego nasza rodzina miała tylko same problemy. Kłopotów mi nie trzeba. Wszedłem do komisariatu. Światło było tam tak jasne, że aż zakuły mnie oczy. Mimo tego, że na polu nie było jeszcze tak bardzo ciemno. Gdy głębiej wkroczyłem do środka usłyszałem pisk. Był to szef, który poślizgnął się na posadzce i niemal upadł. Był bardzo zdenerwowany. Widać to było po tym jak zaciska dłonie na stercie papierów, które w nich trzymał. Był tak bardzo spięty, że jego mięśnie drgały. Przeszedł obok mnie nawet dosłownie dwa metry i zignorował. Jakby oślepł na wszystko co nie jest tym co mu chodzi po głowie. W centrum jego zainteresowania był prawdopodobnie powód jego zdenerwowania. -Halo Szefie!? Jakby był głuchy. Podbiegłem i pociągałem go lekko za nogawkę. Obrócił się i rozglądał się po korytarzu szukając osoby lub czegoś co ciągnęło go za nogawkę. W końcu zajrzał w dół i zlokalizował źródło, a mianowicie mnie. -Co jest? A to ty Bajer. Czemu po prostu się nie odezwiesz. Proszę wejdź do środka. Muszę poważnie podyskutować z tobą i kilkoma innymi... -Dobra, dobra. Po prostu konkrety. - Bajer, nie targaj mi i tak rozszarpanych nerwów. Był dziwnie spokojny i miły. I to nie jak na niego, ale jak na normalnego ssaka. Widocznie miał przed sobą stresujący dzień lub ma jakiś problem, który tak go wykończył i pochłonął, że już zwyczajnie na darcie nie miał siły. -Gdzie jest reszta? -Chciałem rozplanować to tak by rozmawiać z wami z osobna. Kilka osób już u mnie było. Właściwie to chyba jesteś ostatni. Straciłem rachubę. Bogo powoli wsunął się do swojego biura. Był bardzo ślamazarny. Wszystko robił ceremonialnie. Każdy krok był jak krok w gęstym betonie na chwilę przed zastygnięciem. Gdy usiadł już na miejscu, wskoczyłem na fotel obrotowy. Impet był na tyle duży, że odwróciłem się na nim ze trzy razy aż w końcu zatrzymałem się na przeciwko szefa. -Nick, mam obowiązek poinformować cię o czymś ważnym. -To naprawdę poważne skoro szef, aż zwraca się do mnie po imieniu. -Nie utrudniaj tego. Słuchaj uważnie tego co zaraz Ci powiem i siedź cicho. -Dobrze, więc zamieniam się w słuch. -Chodzi o pewne zasady jakie będą teraz obowiązywać w komisariacie. Nie ustaliłem ich ja. To są zlecenia jakie dostałem od władz miasta. -To faktycznie poważne. Szefie, dostosuje się do każdego obowiązku jaki... -Siedź cicho i posłuchaj! Z szafki wyciągnął jakąś teczkę. Była brązowa i dość nie gruba. Spodziewałem się sterty papierów, ale to na oko dosłownie 5 kartek było, nie więcej. -Tu masz zalecenia odnośnie tego jaki masz być jako policjant w ZPD. Są to zakazy, rady i obowiązki. Wszystkim innym czytałem je na głos, ale lepiej będzie jak sam je przeczytać. Mam za dużo starganych nerwów. Otworzyłem teczkę. Na pierwszej stronie nie było nic niezwykłego. Zwykły dokument. Oczywiście pieczątka burmistrz, co było do przewidzenia. Natomiast gdy przekręciłem na drugą stronę na samej górze była dość śmieszna mowa wstępna. Czemu śmieszna? Brzmiała jakby przesadnie. Były tam takie sformułowania jak: Nasz wspaniały zarząd na czele, którego stoi wspaniała burmistrz Jagna Obłoczek. Bez, której nasze miasto było by jak studnia bez wody. Miałem ochotę się roześmiać na całą salę, ale tekst dalej szybko zmył mi uśmiech z twarzy. Nakazy te były wręcz niedorzeczne. Dostałem szoku gdy przeczytał pierwsze kilka, a tego jest jeszcze trzy kartki. Opisy były tak napisane jakby kierowano je do dziecka. Były tak bardzo wyszczególnione. Do tego brzmiały jakby układał je ktoś całkiem nie nadający się do tego. Zdania były proste i często nieskładnie złożone. Najgorsza była jednak głupota tych nakazów. Byłem tak w tym momencie wkurzony, że miałem ochotę stargać tą stertę absurdów i napluć burmistrzowi w twarz. To było niesprawiedliwe i jeszcze tyczyło tylko drapieżników. -Przepraszam, ale to jest chyba jakaś kpina! To jest wręcz chore. Nie lubię używać tego określenia, ale to jest jedyne słowo, które idealnie odwzorowuje ten durny dokument. -Bajer! Też uważam, że to jakiś nonsens, ale nie zwracaj się do mnie z takim krzykiem! Chciałbym by to był tylko zły żart. By to był tylko taki sen, ale to nieprawda. To prawdziwe życie i prawdziwa w nim przeszkoda, a ty musisz obie z nią poradzić. Nie moja wina, że takich mamy polityków. -Pan się zbyt usprawiedliwia. Na pewno coś się dało zrobić. -Uwierz mi, że nie! Jesteś moim jednym z najlepszych policjantów jakich miałem w historii! Gdyby dało się coś zrobić! Nie dopuścił bym do tego! -Nawet jak Pan mówi komplement to brzmi jak...darcie. -Chce dobra dla... Przerwałem mu w pół zdania. Byłem tak zażenowany, że już nie miałem siły rozmawiać. Zniżyłem nieco tan głosu. -Dobrze rozumiem już. Dostosuje się. Dobrej nocy życzę. - D..Do widzenia. Ze spuszczoną głową idzie miastem ktoś smutny, Szare barwy świata pokazują jego żal, Na sercu rośnie ciemna narośl krwią płynąca, Rana jeszcze świeża, do wyleczenia trudna, Bandaż ostatniej nadziei przesiąkł w pełni, Stopy jego suną prosto, trąc o nawierzchnie, Próbując zatrzeć wyraźne ślady cierpienia. Przez co tak okropnie, niezasłużenie cierpi? Społeczeństwo, w które jeszcze wierzył ledwie, Gdy próby przyszedł czas, ostatnią szanse dawał, Tylko nieliczni ranę załatać usiłują, Zaufanie swoje do wszystkich stracił całkiem, Ta garstka pomocników niech błogosławioną! Rozdział 4 Minęło kilkadziesiąt minut od tej feralnej rozmowy. Ile dokładnie. Nie wiem. Straciłem poczucie czasu. Leżę w barłogu i zamartwiam się. Dawno nie byłem tak zdołowany. Od czasu kiedy byłem jeszcze dzieckiem nigdy nie czułem takiej goryczy. Gdybym tylko mógł zmienić przeszłość. Za bardzo myślę o przeszłości. Osacza mnie jej czerń. Czasem czuje, że zmarnowałem swoje życie. Żałuje każdej sekundy przeze mnie niewykorzystanej w pełni. Ale życie trwa nadal. Trzeba żyć tym co jest i będzie. Tylko...po co? Nie [cenzura] Nick. Masz po co żyć. Wszystkie ssaki mają po co. Po prostu nie wolno wygadywać głupstw, że jest inaczej. Jestem taki wyczerpany. Jak zawsze po ciężkim dniu pracy. Porozmawiam z Judy. Od razu poczuje się lepiej. I może te chore myśli odejdą na drugi plan. Przecież to nie koniec świata. Tylko gdzie mój telefon? Przeglądam pościel, ale nie mogę znaleźć. Gdzie on jest? Wychylam głowę za łóżko i przeglądam podłogę. W nadziei, że może się nie zniszczył. W końcu wstaje z łóżka. Silne sprężyny materaca skutecznie to ułatwiają. Nie ma go nigdzie. Zostaje jedno miejsce. Być może wpadł pod łóżko. Lekko schylam się. I jest mam go. Szybko go wyciągam i ponownie wskakuje na moje łoże. Przypomniałem sobie jak kiedyś bałem się spojrzeć pod łóżko. Myślałem, że są tam potwory. Zawsze prosiłem mamę o zapalenie światła oraz by zawsze zaglądała pod łóżko. Oczywiście żadnych potworów nie było, ale podziwiam cierpliwość mojej matki. Kiedyś nawet przyśnił mi się potwór. Był mały zielony i miał jedno oko. Pamiętam, że miał mikrofon. Chyba jedyny mój dobry sen o potworach wyskakujących z pod łóżka i szafy. O ile takich snów było więcej. W tym momencie zadzwonił mój telefon. No i kto dzwoni? Oczywiście karotka. Wyprzedziła mnie o kilka sekund. Czasami myślę czy to aby nie lis w króliczej skórze. -No cześć, widzę, że się stęskniłaś spryciulo. -Cześć Nick! Tak stęskniłam się. Czemu spryciulo? -Widzisz, bo właśnie miałem do ciebie zadzwonić i tu nagle ty musiałaś być pierwsza. -Bo jestem lepsza. -Lepsi nie oszukują. -Co to znaczy? -Dobrze wiem, że zakradłaś mi się do mieszkania, żebym nie znalazł telefonu za szybko, aby zadzwonić jako pierwsza. -No trzeba w końcu w życiu jakoś sobie radzić. -Taa. Jeśli można spytać to co cię sprowadza do mojego telefonu. -Odnośnie naszego spotkania oraz jak już mówiłam, stęskniłam się. -Dobrze mów dalej. -Moi sąsiedzi przyjechali ,a wiesz jacy oni są. -Ci co skaczą sobie do gardeł. -Tak i chciałam się zapytać czy skoro u mnie warunki są średnio sprzyjające to czy mógłbyś... -Zaprosić ciebie do mnie? -Tak o ile twoje warunki są sprzyjające. -Ehhhhh. -Przepraszam, miałam na myśli czy nie masz jakiś planów lub drących się sąsiadów, a nie, że masz brudno czy coś z tych rzeczy. -Rozumiem. Przepraszać nie musisz. Oczywiście, że możemy tylko nie wiem jak na to pozwoli "Nowe wspaniałe rozporządzenie od naszego wspaniałego rządu odnośnie ZPD". -Co takiego się stało? -A wiesz tylko takie drobne zmiany. Naprawdę mało istotne rozporządzenie, czy jak to się zwie. -Aha, po twoim głosie już wiem, że coś nie zbyt dobrego. -Chorego wręcz. -To powiedz mi. I czy mnie też tyczy? -Tylko policjantów, którzy są drapieżnikami. Otóż nasz wspaniały rząd Wolnego miasta Zwierzogród na czele, którego stoi Panna Obłoczek chce by policja naszego Państwa-miasta była lepsza, doskonalsza, a przede wszystkim bezpieczna. -Bezpieczna? -A no tak. By nikogo nie skrzywdzić. Rozumiesz? -W jaki sposób? -I tu zaczyna się komedia. Punkt pierwszy: Pazury każdego policjanta-drapieżnika nie mogą być dłuższe niż 0,4cm ponad skórę. -Co? -No, mam sobie mierzyć pazury każdego dnia i dbać by nie były dłuższe niż 4 milimetry ponad skórę. Słuchaj dalej. Nie mogę brać udziału w pogoni za przestępcą, bo mogę go skrzywdzić. Również nie wolno mi wysiadać z pojazdu kiedy to nie jest konieczne. Wskazane jest noszenie specjalnej maski na twarz by przypadkiem nikogo nie ugryźć. Może [cenzura] od razu kaganiec. -Nick nie spinaj się. To jeszcze nie koniec świata. Te zakazy i nakazy to bzdura, ale mimo to wierze, że podołasz tym trudnością. Wierze w to. -Posłuchaj to dopiero kilka zakazów. Lista ma kilka stron. Od zakazu reagowania na przestępstwa po za pracą po zakaz używania wspólnego kubka z partnerem! -Nick spokojnie. Proszę. Nie lubię jak krzyczysz. Mimo, że nie na mnie. To okropne, a zwłaszcza, że tyczy tylko drapieżników. W dodatku nie mam pojęcia jak ta Obłoczek mogła wygrać. - Dobrze Judy będę spokojny. Dla ciebie. Nie mam pojęcia jak wygrała. To jest takie nie realne. W ogóle cały ten zwariowany świat jest dziwny. Gdyby tylko Zwierzogród nie był osobnym państwem. Gdyby został przyznany Kanadzie lub USA. -No wiesz, ja nie mam nic przeciwko temu. W kanadzie jest więcej drapieżników, a w USA roślinożerców. Byłoby mało sprawiedliwe, gdyby przyznano miasto jednemu z tych państw względnie drugiego. Po za tym zwierzogród funkcjonuje na zasadzie wolnego miasta. -Niby masz racje, ale wydaje mi się, że rządzący najważniejszym miastem na świecie nadużywają swojej władzy. -Nie jestem osobą, którą interesuje polityka. Zmieńmy temat, bo to jest temat, w którym nie mam się jak o czy wypowiedzieć. -Dobrze. Właściwie to zaraz idę spać, ale jeszcze zobaczę co w telewizji zapuszczają. -No dobrze Nick. Miłej nocy. -Dobrej nocy karotka. Śnij o mnie. -Mógłbyś powtórzyć...Nie zrozumiałam. Wtedy zorientowałem się, że powiedziałem coś nie na miejscu. Musiałem coś na szybko wymyśleć. -Ehhh karotka. Miałem na myśli...dobrych snów. To brzmi jeszcze gorzej. Może się nie połapie. -Okej Nick to na razie. -Cześć. Powoli odłożyłem ten [cenzura] telefon. Po co ja to powiedziałem. Mam już dość. Jeszcze mnie głowa boli. Pójdę do kuchni. Codzienna porcja tabletek pomoże mi zasnąć. Wstałem z łóżka i wgrazmoliłem się resztkami sił do kuchni. Moje mieszkanie na szczęście ma niewiele drzwi. Nie muszę ich otwierać. Nie mam siły na nic. Z trudem otwieram szafkę i wyciągam garstkę tabletek. Zobaczmy co tu mamy. Szałwia, leki na odporność, witamina B, coś na ból głowy, a no i ty moja ulubiona tableteczko, mój wspaniały usypiaczu... Kwintesencjo mojej beznadziei. Moja przyjaciółeczko. Ciebie pozostawię na koniec. Mała różowa 10 gramowa tabletko. Sięgam do lodówki. Do wyboru mam Piwo, albo wodę. No wezmę piwo i ino patrzeć jak zdycham. Hehe. Nie no czasem mój czarny humor mnie przestrasza. Przeraża mnie wręcz. Dobra. To co szklanka i lejemy. przechylam odkręconą butelkę. Mały strumień wody. Taki równomierny. Ciecze są wręcz idealne. Są takie fascynujące. Okej już mam całą szklankę pełną. Teraz tabletki. Wsadzam do ust wszystkie na raz. Pozostawiłem tylko tą jedną na sam koniec. Próbuje ustawić na języku wszystkie w jednym miejscu. Połykam jednak użyłem za mało wody. Unoszę głowę by pomóc sobie grawitacją i tym razem się udało. Ahhh, a teraz ulubiona tabletka na koniec. Ceremonialnie powoli ją przełykam. Jest to gwarancja, że usnę. Szybko przechodzę do sypialni. Biorę pilot w rękę i włączam telewizor. Kanał pierwszy, jakiś słaby serial. Kanał drugi, kryminał. Mam dość myślenia o pracy. ZVN, same nudy, zoolsat, mój ulubiony serial komediowy. Życie według beznadziejnych. Ciekawe o czym dzisiaj. W dzisiejszym odcinku Fryderyk beznadziejny wstając rano spotyka Alberta Szpeka, swojego sąsiada z góry. Okazuje się, że na korytarzu zawitał automat hazardowy. Spowodowało to wielkie zamieszanie nie tylko w domu beznadziejnych, ale także u rodziny pażdzierzy. Szybko jednak maszyna uzależnia głównego bohatera i żonę sąsiada do tego momentu, że ten postanawia wyłudzić pieniądze od żony... Widziałem już to. Zobaczę co dalej. kanał 7 Horror, kanał 8 horror, kanał 9 pornol. Naprawdę czemu ssaki oglądają takie rzeczy. Nie jestem w stanie tego ogarnąć. Ci co wierzą w duszę, tak łatwo padają ułomnością ciała. Bezsens. Kanał 10 wiadomości. Chyba nie ma nic lepszego do oglądania. Zostawię na tym. Dziwne, że o tej porze są wiadomości. Musiało się coś ważnego stać. Terrorysta wysadził dzisiejszej nocy Empire Stade Berlin w centrum miasta. Policja na nocnej zmianie już zajęła się całą sprawą. Wielkie nieba. Co się dzieje. -Jest z nami komisarz Petrov Blashov. Może pan powiedzieć co się stało. Pytają największego debila na komisariacie. No to będzie dobre. -Terrorysta w masce Białego wilka wysadził budynek w godzinach między 23;40, a 0;30. Nie ma to jak szczegółowa godzina. -Jest Pan w stanie coś więcej powiedzieć. -Nie. Hahahahahahahaha. Och Petrov Petrov. Dasz radę. hahahahaha. -W takim razie... -W takim razie proszę skontaktować się z szefem. -Przepraszam z moim szefem. -Nie, to nie tak. Z moim, znaczy nie z Pani tylko moim osobistym. Hahahahahahahahahahahaha, Aż ogon mi zadrgał. Masakra. Hahahahaha. Nie mogę. Dość, bo sprężyny popękają w łóżku od mojego rzucania się ze śmiechu. -Przekażemy państwu dalsze informacje jak tylko uda nam się porozmawiać z szefem ZPD. Będziemy na bieżąco. Mam tylko nadzieje, że szef mnie nie wezwie, bo nie mam siły na nic. Oby tylko chłopaki sobie poradzili. -Witamy się z państwem ponownie. Jest z nami Szef ZPD komendant Bogo. Czy może nam pan wytłumaczyć co tak właściwie się wydarzyło. -Jak ustaliliśmy z zeznań światków o godzinie 0:25 sprawca widziany był na dachu budynku. Nie ustaliliśmy jeszcze gatunku, ani innych szczegółów dotyczących sprawcy. Wersje zeznań są różne. Najwięcej jednak osób wskazało ssaka wielkości między 1,30m do 1,60m. Sylwetka przypominała ponoć Lisa lub wilka. Nie znane są jego motywy, ale jesteśmy pewni, że nie działał sam. Przeprowadzenie tego typu akcji jest niemożliwe dla jednej osoby. -Czy są jakieś ofiary. -Na szczęście mamy tylko dwójkę lekko rannych ssaków. Ich stan jest w normie. Dobra idę spać. Wyłączam to. Ahh ta kołdra jest taka ciepła i miękka. Z przyjemnością wtula się w nią głowę. Ciekawe, kto jest za to odpowiedzialny. Martwi mnie to jednak, że zrobił to drapieżnik. Na pewno nasz ''wspaniałomyślny" rząd... Nie gadaj tylko śpij. Rozdział 5 Wrzask budzika przeszywa całe mieszkanie. Wtorek zwiastuje cienki pas światła padający na moje oczy. To dziwne, budzę się i nic nie pamiętam ze snu. Zawsze zapamiętywałem swoje sny. Teraz mam pustkę w głowie. Nic nie pamiętam. Mięśnie mam wiotkie. Gorzej niż w nocy. Co to za hałas. A to budzik. Mały czerwony, metalowy budzik na drewnianym stołeczku. Jest zaledwie dwadzieścia centymetrów ode mnie. Jednak nie mam siły go wyłączyć. Czemu dałem ten stołek z lewej strony łóżka. Chyba tylko po to by utrudnić sobie zadanie. Wszak jestem praworęczny. No dalej odrobina napięcia mięśni. Ahhh czuje jak każde włókno powoli sprężynuje jak sznurek naciągany między dwoma drzewami. Krople potu ciekną mi po czole. Ahhh jest! Udało się! Jest. Gdy tylko pozbyłem się uporczywego dźwięku moja ręka jak wypuszczona z dłoni guma trzy krotnie razy szybciej schowała się pod kołdrę. Jednak coś mi się nie zgadza. Za ciemno tu trochę. Może to nadal sen? Zatykam noc by sprawdzić czy mogę tak oddychać. Jednak wciągnięcie powietrza do płuc jest nad wyraz trudne. Czyli to nie sen. Gdy śnimy można oddychać z zamkniętym nosem. Tak samo potwierdza to niezmieniająca nie gwałtownie godzina na zegarze na ścianie przy drzwiach wyjściowych. Ale co ja widzę. Jest 4:45! Czemu ustawiłem budzik na tak ranną godzinę. Może jeszcze uda mi się zasnąć. Nic dziwnego ze snu nie pamiętam. Spałem około 4 godzin. W tym czasie zdążyłem mieć zaledwie dwie lub trzy fazy Rem. Czyli snu głębokiego. Z reguły ma się tych faz około 5. Jestem taki zmęczony. Kolejny dzień przed tobą Bajer. Muszę wstawać. I tak już nie zasnę. Przynajmniej na spokojnie się przygotuje na przyjęcie tego dnia. Odbijam się z łóżka. Moje nogi mają w sobie teraz taką nie moc, że omal co się nie przywitałem czule z podłogą. Rozprężam mięśnie nóg. Małe szybkie wymachy na boki. Po rozruszaniu tejże jak ważnej części ciała mogę ze spokojem udać się do łazienki bez ryzyka zaliczenia jak to w mowie potocznej gadają tzw. Rychłej gleby. Muszę się umyć. Ściągam swoje ubrania od góry w dół. Powinienem je poukładać. Ale istnieje powiedzenie ,,Jeżeli możesz zrobić coś jutro to zrób to jutro". Nie ważne. Po prostu się wymyje. Chyba już nie robiłem tego tak długo jak ile czasu zajęło promykom słońca oświetlić ssacze padole w całości przez godzin tuzin po czternaście. Co ja mówię. Nick, nie łatwiej było powiedzieć, że tydzień? A właściwie raczej pomyśleć. Stoję obok wanny. Dokładnie analizuje wzrokiem każdy centymetr jej wypukłości. W końcu się decyduje i Hop! Wskakuje. W pierwszym momęcie ogarnia mnie straszliwy chłód w każdym punkcie gdzie ciało moje dotyka jej brzegów. Jest to przez mnie jednak przerwane. Odkręcam prysznic. Lubię to uczucie. To uczucie jak każda mała ciepła kropelka życiodajnej cieczy rozlewa się, pokrywa każdy fragment mojej skóry pod futrem. To uczucie jak krople wody...Jak one przedzierają się przez futro. Jest to naprawdę wspaniałe. Zawsze zastanawiałem się co by było gdybym nie miał futra? Co bym odczuwał gdy krople przeźroczystej cieczy uderzały by o ciało. Nie mam pojęcia. Ulgę i rozkosz kąpieli przeryw mi jednak pewien mały szczegół, który zauważyłem na swojej ręce. Aż się dziwie, że to jeszcze widać. Ahhhhhh... Jaki ja byłem...jakim... jaki głupi. Nadal pewnie jestem, ale nie aż tak. I po co ja to robiłem. Chyba tylko po to... Po to bym w nawet w przyjemnej chwili nie mógł zapomnieć o swojej zmarnowanej przeszłości. Te dwa małe symbole na mej lewej ręce są nadal świeże mimo lat... Robi mi się trochę słabo. Zmęczenie daje się we znaki. Położę tylko na chwilę głowę na wannie. Na brzegu. Zamykam oczy. Nie mogę teraz usnąć. Powstrzymuje się... jednak nie dam rady. Moje oczy są zamglone. Widzę tylko rozmazane zarysy wanny. Na krawędzi wanny udało mi się dostrzec pudełko. Skąd one tu? Małe zielone pudełko. Pomalowane w zielone wzory w różne odcienie zieleni, dając tym samym wrażenie ich wypukłości. Na środku pudełka widnieje owal koloru białego z czerwoną cienką obwódką. Sama obwódka jakby zlewa się z zielenią pudełka powodując, że nie są jasne jej granice. Na środku dziwny napis. Czarnym drukowanym drukiem. Moje zmęczone gałki oczne powoli podążają szlakiem tego napisu od lewej do prawej w celu jego odczytania. Nie jestem pewien co tam pisało. Napisy były wyraźne, ale jakieś dziwne. Nie wiem na czym takowa dziwność miałaby polegać. Były dziwne. Jednak odczytałem napis w miarę poprawnie. Było tam napisane: STRUNOWIEŻY. Co to miało by znaczyć tego nie ogarniam. Potrzepałem na boki głową i podniosłem są. Okazało się, że pudełeczka nie było. To był mikro sen. Kolejny znak jak bardzo brakuje mi spoczynku. Będę musiał kończyć już chyba kąpiel, bo się jeszcze w wannie utopie. Powoli wszedłem na krawędź wanny i zeskoczyłem na miękki brązowy dywanik. Na szybko się wytarłem i ubrałem. Po tym wszystkim obróciłem się w stronę łóżka. Kusi mnie, żeby jeszcze pospać. W końcu nawet jeszcze na polu widać najjaśniejsze gwiazdy, ale zbyt bardzo się boje, że się nie stawie na czas do pracy. Szybko wbiegam do kuchni. Może śniadanie mnie postawi na nogi. Chęć spożycia posiłku jest taka u mnie wielka, że mimo zmęczenia odzyskałem część siły. Dziwne trochę. Jedna z tych rzeczy, które zostały nam po przodkach. Głód. Jeden z czynników hamujący rozwój cywilizacji. Sprawia on wielki problem. Niestety pewnie nigdy się go nie pozbędziemy. Może i dobrze. Musielibyśmy być robotami, żeby zostawić głód w niepamiętnych odmętach historii. Jednak, czy zmiana fizycznego ciała ssaczego na maszynę jest dobra? Czy naprawdę my tego chcemy? Pewnie wielu nie. To nie przyniosło by nic dobrego. Kolejny łatwy sposób na manipulacje ssakami. Zaprogramować ich tak, by słuchali. Bezsens z punktu widzenia moralności. Zero wolnego słowa. A gdyby wszyscy myśleli jednakowo to nie było by nikogo kto by ich mógł przystopować. W dodatku jeden błąd jednego polityka w takiej sytuacji jest równy błędowi na skale światową. Dlatego, że nikt by mu nie zaprzeczył. Dopóki wszystkie ssaki będą myśleć inwidualnie to ten świat będzie miał jeszcze jakąś nadzieje, znaczenie, sens. Ahhhhhh znowu to samo. Po co to robisz? Nick, weź i żryj to co masz na talerzu zamiast w myślach gadać do siebie jakieś dyrdymały, których i tak nikt nie chcę pewnie słuchać. Świata sam nie zmienisz, a na pewno nie całodniowym myśleniem o tym co lepsze, a co nie... Ale czy na pewno pojedyncza jednostka nie może zmienić tego świata? Nie ważne. Zwyczajnie coś zjem. Wszystko co udało mi się znaleźć to zamrożone borówki i trochę chleba. I ja aktywny ssak na służbie mam na tym wyżyć? Kiedyś to się jadło. Pamiętam. A potem się tyło i tyło i prawie zdechło na cukrzyce. Ironia. Teraz jem za mało i mam niedowagę. Ciekawe. Jedz Nick to co masz i idź do tej roboty. Rozmroziłem jagody i położyłem na chlebie. Może średnio to wygląda, ale chyba lepsze to od starych krakersów nad lodówką. Gdy wkładam mój nędzny posiłek do ust nagle jeden mały kawałek chleba upada mi na ziemie. Momentalnie odkładam kanapkę i podnoszę z ziemi ten duży okruch. Nie wiem czemu, ale całuje go. Cccz..cczemu? Czemu to zrobiłem? Już tak nie robię chyba od 20 lat. Czemu akurat teraz to zrobiłem. To był odruch. Nie mam pojęcia czemu... Na chwilę zastygłem. Tak...Przypomniałem sobie. Stare wspomnienia. Nie! Koniec rozpamiętywania przeszłości! Przestań! Stop... Po spożytym posiłku położyłem się na łóżku i zacząłem przeglądać tablet. Ni się nie obejrzałem, a tu już jest prawie siódma. Muszę już iść. Ubiorę się i wychodzę... Ten jeden mały krok dla lisa, a jak wielki dla ZPD. Właśnie dom opuszcza jeden z najlepszych policjantów w tym mieście! Pół godziny później... Witaj praco. Nadchodzę. -Siema Pazurian! -Cześć Nick. Widzę, że dzisiaj dobry nastrój? -Jak zawsze. Dobry nastrój. Tak. Przynajmniej na zewnątrz. Powoli wchodzę do Sali głównej. Otwieram drzwi i patrze, a tam nikogo nie ma. Nikogo po za Bogo i Judy. O czymś rozmawiali. Może uda mi się coś dowiedzieć. -Witam szefciu. Cześć Judy. -Bajer! Tylko nie szefciu! -Dobrze Szefuniu. Na twarzy Bogo pojawił się wyraźny grymas jakby tłumiony krzyk. Jego mina była tak komiczna, że prawie się roześmiałem. Ledwo udało mi się ukryć uśmiech na twarzy. -Cześć Nick. Szefie? Mam wyjaśnić Nickowi to... -Nie, sam mu powiem. -Co takiego macie mi ciekawego do powiedzenia? Z niecierpliwości drżę! -Słyszałeś o tym co się stało tej nocy? -Tak owszem. Dobrze, że nie miałem wtedy nocnej zmiany w pana zamysłach. Szef mocno zacisnął zęby z gniewu. -Możesz nic nie mówić. Judy może jednak ty mu wytłumacz. Ja już nie mam do tej istoty siły. -Tak szefie. Nick chodzi o to, że z jakiegoś powodu władze miasta zakazały nam pracy nad tą sprawą z nocy. -Ale jak to? -Nie przerywaj mi proszę. Szef mi powiedział, że pozwoli mam się "wepchać" ze śledztwem w to, ale pokryjomu. -Serio szefie! Pan łamie prawo! O coś nowego! -Nie tak głośno dobra. -Nie musi Pan mówić szeptem. Na korytarzu jest tylko Pazurian. -Chodzi o to, że ja to robię dla dobra śledztwa. Niedopuszczenie was do sprawy było by głupie. Zwłaszcza, że Judy jest tak dobrą policjantką.Nawet najlepszą na komisariacie. -A ja? -A ty jesteś dodatkiem do pakietu. -Szef ma poczucie humoru. Cały dzień pełen nowych rzeczy! -Morda! Chodzi o to, że będzie tu mała kontrola i na pierwszy dzień śledztwa nie dam rady was po cichu włączyć do sprawy. Zaczniecie robotę jutro. Dzisiaj odbędziecie zwykły rutynowy patrol na wschodnich obrzeżach miasta. -Dobra Szefuniu. Zrozumiano. Chwyciłem Judy za rękę, całkowicie odruchowo. Gdy wychodziłem Szef zdążył jeszcze krzyknąć. -Nie mów mi szefuniu! -Dobrze zatem. Tak się stanie jak rozkażesz mój Lordzie. -Coś ty powiedział! Powtórz końcówkę! -Ładnie ubranie. Takie są w modzie. -To mundur! Szybko oddaliłem się ciągnąć za sobą Judy i zawarłem drzwi. -Nick, czy mógłbyś mnie puścić? Teraz dopiero do mnie dotarło co robię. Gwałtownie odskoczyłem i wypuściłem jej dłoń z moich łap. -Nick wszystko w porządku? -Tak karotka. Po prostu jakoś dzisiaj jestem rozkojarzony. -To jak w porządku to dobrze. Myślisz, że nie przyłapią Bogo na tym, że my bierzemy udział w tej sprawie? -Prędzej to on ich z gniewu by rozszarpał. -Dlaczego oni nie chcą nas do tak ważnej sprawy dopuścić. Głupotą jest nie wezwanie nas do tej sprawy po tym co zrobiliśmy. -Tak zgadzam się. Zwłaszcza, że sprawcą jest jakiś dziwny niski ssak w białej masce. No ale to jest sprawa na jutro. Teraz może zajmijmy się patrolem. Co im strzeliło do głowy? Co oni kombinują? Tak się zamyśliłem i zagadałem, że nawet nie zauważyłem jak karotka zdążyła już wejść do naszego radiowozu. -No Nick, śmiało. Weź się nie guzdraj! -No dobra już idę. Bardzo mi ta śmieszna sytuacja poprawiła humor. Jak najszybciej zarwałem się z miejsca i podbiegłem do otwartych drzwi samochodu. -Głupi królik. -Głupi lis. -Dobra to od czego zaczynamy? -Najpierw jedziemy na ulice pamięci Little Big Horn. -Dobra, komu w drogę temu w... Co to? -Co? -Mam dziwne przeczucie. Coś właśnie się złego dzieje. -Co takiego. Naprawdę? Lisy tak mają? -Niektórym ssakom jeszcze zachował się szczątkowy 6 zmysł. -Cały się trzęsiesz? Co się dzieje Nick? -Mam silne dreszcze. Włosy mi się jeżą. Co do cholery jest nie tak. Judy ruszaj prędko, ale nie na ulicę pamięci Little Big Horn. -Ale to nie zgodne z trasą. -Nie ważne. Szybko jedź w drugą stronę. Judy szybko i nerwowo wetknęła kluczyki i odpaliła wóz. Pędziliśmy jak szaleni, a uczucie, które przeszyło mnie na wylot ani na chwilę ni ustawało. Po pewnym czasie. Zauważyliśmy to... Kawałek dalej jakieś 500 metrów od komisariatu na ulicy Hemingweya. Młoda samica kojota lat na oko 16, stała przy krawędzi mostu. Był top smutny obrazek. Niebo było szare, a na horyzoncie zbierało się na deszcz. Dookoła szare ulice przecinające bladą zieleń traw. Trawa pełna małych błyszczących kropelek rosy. Tuż przy moście stał stary budynek kina. Pomalowany z boku w całości na szaro. Mimo, że przednia jego ściana była pomarańczowa to ten blady pomarańcz tonął w szarości okolicy. Warstwa chmur była tak gęsta, że tylko pojedyńcze strumienia blasku przebijały się przez nie. W okolicy nie było żadnej żywej duszy. Po za nią. A co najciekawsze to kolory je ubrań tak bardzo były jaskrawe, że wydawało się, że została jakby wyróżniona na tym tle. Jakby namalowana by przyciągać uwagę. Jakby zrobić zdjęcie tej scenerii można łatwo by pomylić zdjęcie z obrazem. Jej cele były nie mal jasne. Siedziała na barierce mostu przy samej krawędzi i patrzyła w dół. Co mogło dobrowadzić tak piękną i uroczą istotę do takiego stanu. Cała drgała. Nie była jeszcze zdecydowana by to zrobić. Bała się. -Judy, szybko...zadzwoń po karetkę. Ja z nią pogadam. Ty zostań w aucie. -Nick, ale ja wiem jak się odchodzić z ssakami w takiej sytuacji. Byłam do tego szkolona! -Żadne szkolenie nic Ci tu nie da. To co tam mówią... To co tam mówią to jedne wielkie kłamstwo. -Jeśli tak uważasz to idź do niej tylko szybko! Oby nic biedaczce się nie stało! -Nic jej nie będzie. Dzwoń już! I proszę uspokój się. Mówisz tak bardzo zdenerwowanym głosem. -Dobrze idź już. Z całych sił podbiegłem go niej tak szybko jak tylko mogłem. Jakieś pięć metrów od niej zatrzymałem się i podszedłem do niej spokojnie. -Czemu siedzisz tu sama? Ewidentnie nie chciała rozmawiać. Trzymała ręce zaplecione i opuszczone. Bardzo się bała. To było niesłychanie wyraźne. Rzuciła we mnie zwrokiem błękitnym jak Ocean podkrążonym okiem. Potem cały czas patrzyła się w dół. Bałem się podejść bliżej, więc robiłem to małymi krokami. Gdy byłem od niej gdzieś około 2 i pól metra ona obróciła się do mnie. -Niech pan mnie zostawi... proszę... to nie ma sensu. Niech pan idzie. -Dlaczego chcesz to zrobić. -Proszę... Proszę mnie zostawić. Nabrałem pewności siebie i podszedłem nieco bliżej. Oparłem się o barierkę na której siedziała. -Nie chcesz tego zrobić, prawda? -Chcę. -Jakbyś chciała to byś już to zrobiła. -Bo jestem taka słaba, że nie mogę się odważyć. -Wiesz, mnie na przykład ciężko by się było odważyć usiąść tak na samej krawędzi barierki mostu i to jeszcze w taki bardzo wietrzny dizeń. -Proszę Pana... Pan myśli, że mnie pan przekona takimi tanimi chwytami psychologicznymi? Mnie już badało paru takich od wariatów. Mieli mi pomóc. Pogorszyli tylko wszystko. -Jak masz na imię. -Sarah, ale... Czy to ma jeszcze jakieś... Jakiś sens... znaczenie? -Słuchaj Sarah puki jeszcze nie jesteś tam dziesięć metrów niżej to pewnie tak. -Pan sobie ze mnie żartuje! Proszę odejść. Zaczęła płakać. Zakryła twarz rękoma i zgięła głowę do samych polan. Była tak smutna... Płakała. Bardzo gorzko. To nie jest zwykły płacz. To był bardzo wymuszony płacz, ale za razem szczery. Musiała wcześniej już tyle płakać, że teraz już nie ma na to siły. Szybko przestała upuszczać łzy. -Nie żartuje sobie z ciebie. Ja... Ja po prostu cię rozumiem i chcę ci pomóc. -Jak Pan może mnie rozumieć? Jak!? -To teraz nie jest ważne. Ważna teraz jesteś ty. Ile masz lat? -17. -Ile żyją przeciętne ssaki. Takie typowo twojego wzrostu? -Nie wiem 70 lat? -85 lat? Odejmij od tego 17. -68. -Tyle masz lat jeszcze przed sobą. Możesz wiele jeszcze w tym życiu osiągnąć. Ja wiem, że to co teraz powiem jest głupie. Wiem, że dla ciebie to kompletny nonsens, ale kiedyś będzie lepiej. Po każdej burzy wychodzi słońce. Nawet po tej najdłuższej nastaje ład. -Ale... Jak może być lepiej. -To dziwne, ale to prawda. Prawda nie zawsze musi być dla nas oczywista. Kiedyś będzie lepiej. Zawsze można coś zrobić. Nigdy nie jest za późno. Zadam Ci teraz takie osobiste pytanie. Nie obrazisz się? -Jak ma się obrazić na kogoś prawie trup? -Prawie... Ah... Czy chciała byś mieć dzieci? -Zawsze marzyłam o córeczce. Nadała bym jej na imię Ania... -Jeżeli to zrobisz nie będziesz mogła tego cofnąć. Odbierzesz nie tylko życie sobie, ale też Ani, bo jeśli umrzesz to ona nigdy się nie narodzi. -Pan nie rozumie! Ani nie będzie! -Dlaczego. Nie wykluczaj tego póki... -Ona nie żyje! Nastała cisza... Lekki podmuch wiatru ją rozproszył... Oblał moje policzki... Cóż ssak może... Jest nędzny przy tym żywiole... Życiu... Rozdział 6 OSTRZENIE. COŚ MNIE NATCHNĘŁO NA "BARDZO SZCZEGÓŁOWE OPISY". JEŚLI JESTEŚ BARDZO WRAŻLIWY TO NIE CZYTAJ. WSZYSTKO BĘDZIE W NASTĘPNYM ROZDZIALE WYJAŚNIONE. MIŁEGO CZYTANIA. O ILE KTOŚ W OGÓLE CZYTA Zszokowało mnie to co powiedziała, a za razem zdziwiło. Nie byłem na to przygotowany. Kompletnie nie wiedziałem co powiedzieć. Na szczęście to ona pierwsza zaczęła mówić. -Nie będzie Ani. To wszystko moja wina. -Dlaczego twoja? Możesz mi opowiedzieć? -Wolałabym nie. -Myślę, że jednak potrzebujesz się komuś zwierzyć. Pewnie nie miałaś komu. Mam rację. -Tak, ale... -To teraz masz komu. Powiedz mi. Nie bój się Sarah. Wyduś to z siebie. -W sumie i tak mi wszystko jedno... -Nie przerywaj mów. Nie musisz tego robić szybko. Powiedz powoli własnymi słowami. -Nie wyśmieje mnie Pan? -Sarah, jestem policjantem. Po tym co ja widziałem w tej pracy na pewno cię nie wyśmieje. Moja matka była kiedyś psychologiem. Sam się tym zainteresowałem. Cokolwiek nie masz mi do powiedzenia to na pewno nie będę się z tego śmiał. Z resztą sam kiedyś byłem wyśmiewany. W szkole średnio za mną przepadano. Co prawda miałem kilku kumpli... -Zabiłam je? Ta rozmowa z każdą chwilą robiła się coraz to trudniejsza. Już kompletnie nie wiedziałem co mówić, więc pozwoliłem jej przejąć mikrofon. Oby tylko pogotowie było już w drodze. Nie wiem jak jeszcze długo dam radę sobie z nią. -Tak. Zamordowałam je. Poszłam do lekarza. Poszłam i je zamordowałam. Media nazywają to inaczej, obierają to w ładne słowo. W pewne słowo, które ma na celu zminimalizować poczucie winy. Nazywają to aborcją, ale teraz wiem, że to morderstwo. Zabiłam Anie. -Zadam Ci delikatne pytanie. Czy ktoś cię skrzywdził? -Nie... Zrobiłam to...Całkiem...Śśśś...świadoma konsekwencji. Sprawa jest jeszcze bardziej trudna niż myślałem. Nie wiem czy dam radę jeszcze tak długo. Czemu nie ma jeszcze tego pieprzonego pogotowia. -Pewnie teraz Pan myśli sobie. Ruchała się z byle kim, zabiła dziecko i ma za swoje! Nie zrobiłam tego z byle kim. Myślałam, że mnie kocha, ale... co ja gadam. On mnie kocha. Ale co z tej miłości. Podjęliśmy wspólnie decyzje i uśmierciliśmy to dziecko. Dlaczego on mnie nie powstrzymał. Gdyby rodzice się dowiedzieli. Jeżeli chce Pan jeszcze wiedzieć jak udało mi się dokonać aborcji będąc niepełnoletnia w tajemnicy przed rodzicami? Tak popełniliśmy przestępstwo. Przekupiliśmy lekarza. -To teraz nie istotne. Ważna jesteś ty, tu i teraz. Popełniłaś błąd owszem i to nie odwracalny, ale zawsze możesz zmienić swoje życie. Każdy ssak przychodzi na świat na starcie wygranym. Każdy ssak jest w stanie pokonywać trudności w życiu bez znaczenia na wagę tych trudności lub siłę psychiczną tej osoby. Każdy puki żyje wygrał. Jeżeli teraz to zrobisz. Jeżeli teraz skoczysz. To tak jakbyś poddała się na finiszu. Uprawiasz jakieś sporty Sarah? -Lubię piłkę nożną. -Zabić się to jak wygrywać mecz dużym wynikiem i poddać mecz walkowerem. Jeżeli to zrobisz. Jeśli skoczysz... To wtedy poniesiesz klęskę. -Gdyby tylko o to chodziło. Gdyby to był jedyny powód mojego obecnego stanu to bym ze sobą jeszcze nie skończyła. Chcę Pan usłyszeć kolejną nudną historię. -Możesz mi powiedzieć co tylko zapragniesz. Po to tu jestem. -Więc zacznijmy od tego, że jestem wariatką, dobra? -Słuchaj nikt... -Ja mówię! Ten krzyk był niczym ostatnie skamlanie o pomoc cierpiącego małego szczeniaczka. Małego chłopca. Kilku letniego chłopca, który się zgubił i szuka matki. Ona naprawdę jest zdesperowana... Byłam prześladowana w szkole. I nie było to jakieś drastyczne prześladowanie. To były zwykłe chamskie odzywki. Rozumie Pan? Gdyby to były faktycznie jakieś wielkie prześladowania być może nie siedziała bym teraz na tym moście. W szkole było wiele osób wśród personelu, które mi pomagały, ale nie przejmowały się tym na serio. Gdybym była bita i opluwana to by na pewno ktoś reagował i ktoś pomógł, ale to były zwykłe drobne zaczepki. Nic więcej. Nic wielkiego. To zwyczajne zaczepki. Nikt tego nie brał na poważnie, a bolało. Byłam również zawsze ignorowana. Nikt do mnie nie gadał. Owszem gdy do kogoś się odezwałam to ze mną rozmawiali, ale mnie bolało, że nikt do mnie nic nie powiedział pierwszy. Głupie co nie? Nawet zrobiłam test. Nie odezwałam się w ogóle do nikogo. Byłam ciekaw ile osób chociaż się ze mną przywita. Oczywiście, że nikt. Nawet podchodziłam specjalnie do innych. Liczyłam, że coś powiedzą. Nic! Kompletna ignorancja. Miałam tego dość. Byłam wściekła. Cały swój gniew wyładowywałam na ojcu. Żyło nam się dobrze. Tata był zawsze fajny. Zawsze wszystko było dobrze, ale ja zwyczajnie się wkurzałam na niego o wszystko. Po to by odreagować. Wkurzały mnie proste czynności. Ziewanie, stukanie, pukanie, ruszanie nogą. Czasami nawet biłam ojca. Biłam go. On pokornie to znosił. Byłam taka podła. Również potem źle się odnosiłam do matki. Chciałam na siebie zwrócić uwagę. Liczyłam, że mnie zaprowadzi do lekarza, ale oczywiście nie. Kiedyś to było cudowna córeczka, świetne dziecko, dobre w nauce. Wystarczyło mi tylko nie radzić sobie z jedną emocją i co w domu słyszę? Skończony cham, matoł z ciebie, bez żadnych ambicji, psychopatka, [cenzura]. Miałam tego już dosyć. Zaczęłam się ciąć. Matka to zauważyła i wie Pan co ona na to? Nic. Upomniała mnie tylko. Nastraszyła wysłaniem do czubków i koniec. A najgorsze, że to wszystko moja wina. Bo nie panuje nad gniewem jaki we mnie siedzi. -Nie obwiniaj o wszystko siebie. Nie jesteś panem wszystkich problemów świata. Owszem. Masz racje. Jest coś z tobą nie do końca dobrze. Nie panujesz nad gniewem. To jest jednak jedna z tych rzeczy, której możemy się wyzbyć. Nie mów o sobie, że jesteś wariatką. Nawet jeżeli inni tak myślą. Każdy jest dziwny na swój sposób. Skoro matka nie zabrała cię do lekarza to mogłaś sama pójść. Rozumiem, że tego nie zrobiłaś, bo się wstydziłaś. Być może się bałaś. Nie masz czego. Oczywiście twój lęk przed pójściem do ssaka, którego nie znasz i nie wiesz co Ci odpowie jest całkiem zrozumiały i naturalny. Wszyscy boimy się tego czego nie znamy. Trzeba się przełamać. To tak jak pójść do stomatologa. Masz problem z zębami to idziesz się leczyć. Tu jest tak samo. Jesteś normalna. -Czasami myślałam sobie... Czy to moja wina? Moja wina, że mnie ignorują? Nie zapraszają na imprezy, urodziny? Moja wina, że nie mam właściwie kolegów? A już na pewno nie przyjaciół? Teraz widzę, że tak. To ja zawaliłam. Potem poznałam chłopaka, ale do dziś nie wiem czy na pewno mnie kocha. Nie wiem jak by zareagował jakbym mu powiedziała to co teraz tobie Panie Policjancie. Po tym co zrobiłam jestem pewna, że Bóg o ile w ogóle nie istnieje, mi nie wybaczy. Naprawdę potrzebna jest jej pomoc. Słyszy na szczęście już pogotowie. -O Bogu, jak to tam z nim jest Ci nie powiem, ale na świecie jest wiele osób, które mają podobne problemy. Jestem przekonany, że nie jesteś z tym sama. W dodatku na świecie jest wiele osób, które pomagają takim ssakom jak ty. Słuchaj, jedzie już po ciebie pogotowie. Nie bój się ich. Oni mają dużo takich przypadków. Zapewne cię zrozumieją i pomogą Ci. A jeżeli pobyt u psychologa Ci nie zbyt coś da to poproś o pomoc innego specjalisty. Nie bój się prosić o pomoc. Przeciwnie, jak już nie możesz to błagaj o nią. Proś, a ktoś Ci jej udzieli. -Czuje się jak rozkładające się zwłoki. Na zewnątrz jeszcze normalne, ale w środku już przeżarte pleśnią i robactwem. Czuje, że jestem w beznadziejnej sytuacji. Najgorsze jest to, że innym mordują rodziny, gwałcą... A ja...Nic. Odczuwam ból, smutek i wyrzuty sumienia. Tak praktycznie samo z siebie. -Nie jest to prawdą. Przecież przed chwilą powiedziałaś dlaczego tak się czujesz jak teraz. Jesteś normalną osobą z pewnym problemem. Musisz udać się do lekarza. Porozmawia z tobą psycholog w szpitalu. Opowiedz mu wszystko. Być może zrozumie cię bardziej niż ja. -Czy mogę Pana przytulić? -Oczywiście, tylko zgłoszę mojej partnerce, że wszystko w porządku. Podniosłem krótkofalówkę i zameldowałem Judy, że sytuacja została opanowana. Wtedy Sarah obróciła się do mnie. Zdjęła kaptur i odsłoniła twarz. Była naprawdę pięknym kojotem. Miała delikatne rysy, które momentami przechodziły w wyraźne ostre krawędzie. Jej futro było jasno brązowe, nos mały fioletowy w kształcie podobnym do serca oraz piękne wspomniane wcześniej błękitne oczy, połyskujące przy wątłym lekko wyrywającym się za chmur światłem słonecznym, niczym jak niebo pełne gwiazd. Jak można było skrzywdzić tak piękne stworzenie jakim jest ona. W dodatku tylko za to, że ma problemy emocjonalne. Jak to możliwe, że nikt jej nie pomógł. Na szczęście mam nadzieje, że teraz wszystko się zmieni. Jej rodzice, którzy ją na sto procent kochają teraz ją zrozumieją i pomogą. Liczę na to, że tak będzie. -Nie chcę być dociekliwa, ale jak Pan się nazywa. Głośny dźwięk syreny. Karetka przyjechała. -Jestem Nick Bajer. Możesz mi mówić po imieniu. Wtedy objęła mnie sowim drobnym ciałem tak mocno jak jeszcze nikt do tej pory. Nam obu do oczy popłynęły łzy. Jednak ona szybko przerwała tą chwilę. -Nick, dziękuje Ci za to, że byłeś prawdopodobnie jedyną osobą w moim życiu jaka okazała mi tyle dobroci. Płakała, ale była cała uśmiechnięta, jednak nadal coś mnie niepokoiło. -Dziękuje, ale ja już zdecydowałam. Nie chcę już cierpieć.. Życie nauczyło mnie, że nie warto być kimś innym niż takim za jakiego cię mają. Ostatnie zdanie trochę mną wstrząsnęło. To to samo co ja uważałem kiedyś -Każdy cierpi. Ty przeszłaś już przez najgorsze. Będzie tylko lepiej. Jeżeli nie będzie lepiej teraz to może jutro, za miesiąc lub rok. Ale będzie lepiej. Najgorsze za tobą. A jak chodzi o to co powiedziałaś na końcu to ty sama decydujesz jak będą na ciebie patrzeć. -Nie do końca o to mi chodziło, ale... Zatrzymała się na chwilę. Myślała nad czymś bardzo ważnym. Chciała mi coś powiedzieć. Widać było, że miała straszną gonitwę myśli. -Powiedz śmiało. Nie myśl jak. Powiedz. Wtedy karetka przybyła na miejsce. Z wozu wysiadło parę niskich ssaków. Otwarły się tylne drzwi. Światło ze środka rozpromieniowało na cały most. Blask wyraźnie mocno zwęził jej soczewki. -Panie Nick, ja... -Tak? W tym momencie popełniłem błąd. Zerwałem z nią kontakt wzrokowy i spojrzałem na zaniepokojoną Judy. To był błąd. Mój błąd. -Chodzi o to, że przyszłość jest dla mnie zbyt nie pewna. Jest zbyt ryzykowna. Ja nie chce ryzykować. Ma Pan racje. Ssaki boją się tego co nie znane. Mnie to natomiast przeraża. Ja już zdecydowałam. Potem nie uda mi się znowu... -Ależ... Sarah. Proszę Cię. Daj sobie pomóc. Sarah lekko odepchnęła mnie. Zeszła z barierki. Stanęła naprzeciw mnie na wprost. Dokładnie przed mną. -Przepraszam, ale już nie można mi pomóc. Z powrotem wskoczyła na barierkę. Kilku ratowników zaczęło biec w jej kierunku. Skoczyłem próbując ją chwycić jednak ona zrobiła unik i upadłem na ziemie. -Widzisz ile osób chce Ci pomóc. -Bez skutecznie. Jestem morderczynią dzieci. Jeden z ratowników medycznych wyciągnął do niej stoją jeżową dłoń. Niestety Sarah skoczyła w dół. Wstałem... Ciało młodej nastoletniej dziewczyny powoli w tańcu rozpaczy wiruje w dół. W tangu śmierci schodzi coraz niżej swobodnie tnąc powietrze. Jej ubrania okryły jej twarz do chwili przed upadkiem. Wtedy na ułamek sekundy zobaczyłem jej błysk oczu. To trwało chwile, ale widziałem jak patrzyła się na mnie. Przerażonym niczym ranny ptak patrzący na swój koniec z rąk orła. Ten wzrok był również pełen smutku i desperacji. Ostatnie spojrzenie na świat było spojrzeniem na mnie. Na mnie aż do głębi. Chwilę potem jej ciało wpadło do płytkiej rzeki. -To się nie mogło stać. To nie możliwe. Judy chwyciła mnie za rękę. Razem z nią patrzyliśmy marnie w dół. Sarah jeszcze żyła. Krew dookoła niej zlała się z wodą w brunatną gęstą ciecz. Jej oczy były zamknięte. Jej kratka piersiowa gwałtownie się unosiła. Jakby zaraz miała wymiotować. W końcu z jej ust wytrysnęła jasno czerwona krew. Tak bardzo czerwona krew. Czerwieńsza niż cokolwiek co widziałem. Każde kaszlnięcie wydobywało więcej tej cieczy. Na jej kolorowym ubraniu zaczęła powoli dominować ta sama czerwień. Twarz miała w grymasie jakby chciała krzyczeć z bólu. Ona jednak się dławiła. Kaszlnęła ostatni raz. Przekręciła głowę na prawy bok względem niej. Krew lekkim nurtem ściekała po jej policzku. Jej wargi były całe czerwone. Jej ciało opadło bez siły. Ręce i nogi delikatnie były poruszane przez nurt rzeki. Ostatkiem siły zdążyła się jeszcze uśmiechnąć. To moja wina... Dwie godziny później. Komisariat ZPD. Głupi. Głupi jest ten świat. Bezsens. Myślę sobie. To nie prawda. Świat ma sens. Tylko [cenzura] jaki. Gdzie jest ten sens. Czym on jest. Niektórzy mówią, że sensem życia jest szukanie go. Inni, że poznawanie przyjaciół i pogłębianie zainteresowań. Nie mam pojęcia kto mówi prawdę. Jeszcze inni powiedzą, że to Bóg nadaje temu światu sens. Tylko czy on w ogóle istnieje? Nie wiem. Ani w niego nie wierze, ani nie mówię, że nie. Jedno jest pewne. Jak jego działalności nie widzę. Ale może inni widzą? Nie wiem. Niewiedza to chyba najgorsze co może kogoś spotkać... Siedzę w poczekalni w ZPD. Za rogiem stoi Judy. Z kimś rozmawia. Nie wiem co oni mówią. Wtedy Karota wraz z wysokim samcem antylopy grzywiastej wyłania się, wchodząc w mój zakres widzenia. -Nick? Wszystko w porządku? -Wiesz Judy, nie jest codziennym patrzeć jak wynoszą zwłoki osoby, z którą przed momentem rozmawiało się. A Pan kim jest. -Witam jestem Kazimieras Smirnov. Jestem psychologiem. Chciano bym z Panem porozmawiał. -Labas Ritas! Jest Pan z Litwy, nie mylę się. -Tak. -Po co mi psycholog. Jestem policjantem. Często widuje śmierć w swojej pracy. -Panie Bajer chodzi o to, że był Pan świadkiem samobójstwa. Rozmawiał Pan z tą dziewczyną w jej ostatnich sekundach życia. Po za tym w takich sprawach jest procedura, że każdy świadek samobójstwa powinien... -Sprawdzić czy nie jest szurnięty? Wiem. Ale nie muszę się na to zgodzić, prawda? -Nick, ale to Ci nie zaszkodzi. Proszę, porozmawiaj. Od chwili kiedy ta dziewczyna się... To nic się nie odzywasz i się ciągle izolujesz. -Wybacz Judy, ale nie zgadzam się na to. I jak możesz stwierdzić, że się izoluje po zaledwie dwóch godzinach. A ta dziewczyna miała na imię Sarah. I na pewno by jej zależało na tym by mówić do nie po imieniu. -Był Pan świadkiem. Może Pan nam pomóc dociec dlaczego Sarah popełniła samobójstwo. -Czy to istotne. Czy uzupełnienie teczki z pod tytułem "przyczyny samobójstwa" jest takie ważne. Ważniejsze od życia. Złoże raport, ale nie chcę rozmowy. Wieczorem w moim domu. Mam dość tego dnia. Muszę pójść spać jak najszybciej. Rozdział 7 Jest to pierwsza część rozdziału, ponieważ nie chciałem by był za długi i żeby kończył się w takim miejscu. Starałem się zrobić dla odróżnienia coś trochę śmieszniejszego. Średnio to wyszło, ale może być. Nie jest źle. Drugą część rozdziału wrzucę niebawem. Nie jestem bardzo jakoś bardzo dumny z tej części, ale następna idzie mi całkiem dobrze. A i jeszcze jedno. Ta część nie wnosi za wiele do fabuły, ale musi być, bo odgrywa rolę łącznika. W następnej części, będzie dość ciekawie. I postaram się was zaskoczyć To co dzisiaj się wydarzyło, było... Ahhh, po prostu...Kuźwa. Nie wiem co o tym myśleć. Mógłbym powiedzieć o tym zajściu milion słów, ale nie potrafię nic z siebie wydusić. Nawet w myślach. Nikt kto nie przeżył czegoś podobnego lub gorszego nie wie jak to jest. Jak to jest nie mieć na coś słów, a jednocześnie mieć ich wiele. I nie mówię tu o sytuacji kiedy zobaczymy coś głupiego i zabraknie nam tchu by coś powiedzieć. Nie mówie tu o zakłopotaniu co powiedzieć w jakiejś niezręcznej sytuacji, ani czy w ogóle się odezwać. Chciałbym coś powiedzieć i wiem co, ale nie mogę. Mam blokadę. To jak rozwiązywać zagadkę matematyczną, która jest bardzo trudna, albo i nie. To złe porównanie. Widzisz Nick. Nawet myślenie o tym czym jest to uczucie nie potrafienia wydusić z siebie nic powoduje, że coraz bardziej gubisz się w meandrach swego myślenia. Jedno jest tylko pewne. Jestem głupi. Zawsze brakowało mi pewności siebie. Ten jeden raz ją nabrałem. I co. Tragedia. Pamiętasz jak powiedziałeś, że stany zjednoczone odzyskały niepodległość w 1800 roku? Śmiech na całą sale. A najgorsze było to, że ten ciul od historii zawsze cię pytał z tematu, z którego nic nie umiesz, a jak cały rok pytał jak umiałeś to cię nie pytał. Pytał za to innych debili, którzy nie wiedzieli, kto zrzucił bombę atomową na Hiroshime, ani czyje to miasto było. [cenzura], ktoś powiedział, że to Anglicy na Chińczyków. Albo skąd ruszyło lądowanie w Normandii. Nie no oczywiście, że z Francji do Francji, albo z Belgii do Francji. A najgorsi byli Ci co nie wiedzieli jakie granice miało dane państwo mimo tego, że mają mapę z legendą tuz przed ryjem wraz z legendą. Ale oczywiście nikt ich nie wyśmiewał, bo to klasowi liderzy są przecież. Z zwyczajnych introwertyków, którzy nikomu nic nie wadzą, którzy intelektualnie by ich zmiażdżyli i roznieśli w pył oczywiście śmiać się można. Dlatego właśnie wdziałem maskę. Pierniczenie typu BĄDŹ SOBĄ, na nic się nie zdaje w prawdziwym życiu. Nie można być w pełni sobą. Nie zawsze jest się dobrym sobą. Sobą można sobie być dla siebie. Zakładając maskę możemy porozumieć się z każdym, ale wymaga to silnego samozaparcia. Ciężko jest wszak nie być sobą przez wieczność. Dlatego ja lubię czasami wyrwać się z tłumu. Pójść do ciemnego kąta mojego pokoju i cicho w nim zaszlochać, rozważyć jakiś złożony problem, albo zwyczajnie pobyć samemu w ciszy. Ale trzeba pamiętać, że pod każdą maską kryje się kolejna maska i można się nie połapać kim się naprawdę jest. Dobra koniec gadania. Jest dopiero 20:00, ale ja już mam ochotę ułożyć się do snu po tym wszystkim. Wezmę dwie tabletki Hydroxziny i usnę. Łykam jej jedną po drugiej bez popijania. Nagle coś zaczyna ruszać się w mojej kieszeni. To telefon. Judy do mnie dzwoni. Odbieram gładko pocierając palcem na bok. -Cześć Judy. Coś się stało. -Cześć Nicky u mnie okej. A u ciebie. -Wszystko dobrze. Dzięki za troskę. -Słuchaj, na pewno jest dobrze, wiesz... -Tak, tak wiem. Karotka, jestem policjantem. My spotykamy się z takimi rzeczami na co dzień w pracy. -Wiesz, że bycie policjantem nie czyni cię niezniszczalnym... -Wszystko w porządku. Na pewno. Cieszę się, że o mnie myślisz, ale nie chcę byś się martwiła na zapas. -To rozumiem, że jest... -Tak w najwyższym porządku. -W takim razie proponowałeś mi nie dawno bym cię odwiedziła, ale nie powiedziałaś kiedy i gdzie mieszkasz. Czy... -Tak oczywiście, że możesz przyjść. Mieszkam na Ogrodowej 13 mieszkanie 37 tylko na moim domofonie jakiś żartowniś przerobił Bajer na Bayern. -Będę pamiętać. Mam nadzieje, że nie przeszkadza Ci to, że tak późno przyjdę. -Przecież cię sam zaprosiłem głupi króliku. -Dobrze. Wydaje mi się, że wyrobię się koło 21:00. -W takim razie, więc z niecierpliwością czekam by podzielić z tobą te noc na nas dwoje. -Nie galopuj, aż tak daleko, bo... ach nie ważne. -Czekam z niecierpliwością. -Do zobaczenie. Z komórki dobiegł cichy dźwięk rozłączania się. -CHOLERA JASNA. ZAPOMNIAŁEM KOMPLETNIE. NIE MAM NIC, A NIC DO JEDZENIA. MIESZKANIE BRUDNE I PANUJE BAŁAGAN, JESTEM CAŁY SPOCONY, UBRANIA POROZRZUCANE, A JEDYNA ISTOTA DLA, KTÓREJ JESZCZE ŻYJE BĘDZIE W OGLĄDAŁA TEN MARAS ZA GODZINĘ. Gdy skończyłem swój lament usłyszałem walenie w ścianę od zewnątrz i głośny stłumiony krzyk za niej. -Cholera jasna. Nikt nie musi i nie chce wiedzieć w jakim syfie tam żyjesz. No świetnie. Teraz sąsiad będzie mnie podsłuchiwał całą noc. Dobry słuch jak na... ehhh... Ten gatunek, którym jest. Nie ważne. Mam trochę pieniędzy. Dam radę coś jeszcze kupić w sklepie. Spróbuje gdzieś ten burdel z ubraniami schować do szafy na szybko. Nie umyje już się, ale może przynajmniej czymś się popsikam. Gdy ja tak rozmyślałem, ktoś nagle zapukał do drzwi. Ktoś to teraz jest do cholery. Patrze przez ten cały otwór w drzwiach i nikogo nie widzę. Skoro nikogo nie widać przez oko Judasza to znaczy tylko jedno. Jest to ktoś bardzo niski. Czy to... Otwieram drzwi. -Siema stary. Sorry, że spadam tak późno, ale masz może jeszcze ten stołek. -Feniek, na wszystkie cuda ssaczych rąk tego świata, zsyła mnie chyba teraz chyba jakaś dobra siła wyższa. -Nawróciłeś się. To dobrze, ja tylko potrzebuje tego stolika. Nie dosięgam do wyższych półek w sklepie. Rozumiesz. -Słuchaj stary nie teraz. Mam ran... Spotkanie z pewną urokliwą panną. -W sensie randka? -Nie, spotkanie jasne. -Nie mów już nic. Tylko mnie nie adoptujcie w razie ślubu, jasne. Nie to, że nie chcę. W końcu można się dobrać do... -Cicho! -...bez zostania spoliczkowanym. -Jak chcesz się przydać to przynieś mi jakieś jedzenie nadające się na kolacje jedzenie i takie wino oraz jakiegoś energetyka, bo padnę ze zmęczenia. -Aż tak będzie ost... -Zamknij się bierz moje pieniądze. Wręczyłem temu wariatowi garstkę tych nędznych zielonych papierków, a on szybko podążył w stronę klatki schodowej. Teraz muszę tylko się umyć i posprzątać. Dzięki niemu mam więcej czasu. Kumple się czasami przydają. Gorzej będzie jeśli kiedyś on zrobi jakieś przestępstwo i zamiast części mojej kwota odda mi ją w całości, albo co gorsza więcej. Heh...Bajer do dzieła. Zbajerujesz ją jakoś. Zacznijmy może od sprzątania. Wyczyściłem stół, krzesła. Wymyłem podłogę na szybko. Pozbierałem ciuchy i ziemi i inne nudne zadania domowe wykonałem. Można powiedzieć, że zrobiło się jakby jaśniej w domu. Jeszcze muszę tylko odkurzyć dywany i będzie super. Do przyjścia Judy zostało 30 minut. Coś mi się wydaje, że te podłogi trochę jakby nie domyłem, ale to nic. W dół się nie będzie patrzyła. Musiałem szafę zastawić fotelem. Nie wszystkie ubrania się w niej mieszczą. To dziwne. Moja mama miała dużo więcej ubrań do składania w szafie podobnej wielkości. W dodatku dochodziły do tego ubrania moje i ojca, a jej wszystko się mieściło tak, że miejsca jeszcze było. Słyszę dzwonienie do drzwi. To pewnie Feniek z zakupami. To cudownie. Podchodzę do drzwi wyjściowych szybkim wesołym krokiem. Jednak to co zobaczyłem zwaliło mnie z nóg. Dosłownie, tak, że aż kolana mnie zabolały. - Coś ty... Co się stało? Zobaczyłem go całego brudnego i przemoczonego. W ręku trzymał kwiaty, które były całe mokre i opadnięte. W prawej dłoni miał reklamówkę. Oczywiście całą mokrą. Boje się spytać co kupił. Zwłaszcza patrząc na to, że widzę tam coś o strasznie dużego. -Ehhhhh... Słuchaj jest taka sprawa, bo... okradli mnie. Nic mi nie jest. Jakiś rowerzysta wepchnął mnie do kałuży i wyrwał połowę kasy. -Dobrze, że nic Ci nie jest. W takim razie co kupiłeś. -Kiełbasę drobiową, pasztet, chleb, trochę owoców, mąkę, jajka, ser biały i cukier. A no i jeszcze czekoladę. -Ehhhhh... -No co? Czemu tak łapiesz się za głowę. -Ona nie jest drapieżnikiem. Czy to jest jasne. -Nie powiedziałeś mi o tym. I nie mów takim głosem przez zęby. -Nie zrobię ciasta w pół godziny. Chleb pewnie jest mokry sądząc po reklamówce. -Też mi nic nie... -Czekaj, skoro ten rowerzysta zabrał Ci pieniądze jeszcze przed pójściem do sklepu... Nie mylę się? -Tak. -To jak to możliwe,k że zakupy są mokre? -Heh, bo potem znowu wpadłem do kałuży. -Jak? -Poślizgnąłem się, ale to nie była ta sama kałuża. -Masz pieniądze. Za rogiem jest inny sklep. Zdążysz coś jeszcze kupić. Kup może jakieś ciasto. Może jakąś sałatkę i może jeszcze... Zaraz, a gdzie wino? -Nie sprzedali mi. -A to dlaczego? -Baranie, bo za dużo wzrostu nie mam. -To jak kupowałeś do tej pory? -Koturny. -Masz mój dowód osobisty. -Ale sklepikarka zauważy różnicę. Przecież widać jak na dłoni. Mnie by pomyliła z takim brzydalem jak ty? -Nie zobaczy. Ona jest prawie ślepa tylko musisz pójść do Manatana. Tam ona pracuje. -Dobra, dobra, ale wiedz, że będziesz musiał mi się za te dobrodziejstwa jakoś kiedyś odwdzięczyć. -Tak też będzie, ale teraz nie trać czasu. -A mój stołek? -Ja wrócisz. Gdy tylko to powiedziałem zamknąłem drzwi. Może nie było to zbytnio miłe. Może wyglądać na to, że nie jestem dla niego zbyt miły, ale on dla mnie też nie bardzo. To jest taka przyjaźń. Jest to coś ciężko wytłumaczalnego racjonalnie. Wręcz coś nie logicznego, ale chyba na tyle takie przyjaźnie są powszechne, że nie muszę za bardzo tego tłumaczyć. Teraz tylko na szybko się wykąpie. Wchodzę do łazienki i powoli ściągam ubrania. Kładę stopy delikatnie w wannie by się nie poślizgnąć i siadam. Jednak coś jest nie tak. Powieki robią mi się ciężkie. Wręcz tak ciężkie jak pancerne drzwi do sejfów. Czuje straszne osłabienie, a moje mięśnie robią się wiotkie. Opieram się o krawędź wanny bezwładnie. Odkręcam prysznic. Jest mi bardzo słabo. Myślę sobie. Cholera, może to czad. Jestem coraz bardziej senny. Uświadamiam sobie, że to nie może być przecież czad. Mam czujnik. Sprawdzałem go niedawno. Na pewno jest sprawny. Piszczał by gdyby to był czad. O nie! Już wiem! Tabletki. Takkk... To one są temu winne. Po co brałem dwie. Pewnie jeszcze zażyłem te mocniejsze. Co ja zrobiłem. To nie zagraża mojemu życiu, ale ja przecież zaraz padnę, a Judy zaraz tu będzie. Czekaj, przecież Feniek miał mi przynieść energetyk. Chyba tak. Nie pamiętam już czy mu o tym powiedziałem. Usypiam. Bezwładnie moje ciało opada do przodu. Na szczęście ostatkiem siły przekręcam kurek na zimną wodę. Zimną to za mało powiedziane. Była lodowata. Poczułem się jakby nałożono na mnie w jednej sekundzie płaszcz ze śniegu, a szyje owinięto mi szronem. Instynktownie wyskoczyłem z wanny dodatkowo spadając gołymi nogami na zimne kafelki. -Ahhhh! Teraz tak prędko nie zasnę. Na razie. Powiedziałem do siebie na głos. Dlatego, że nie mogłem znowu się zamyślać. Muszę szybko iść do kuchni. Zaparzę sobie kawę. Właśnie, przecież mam kawę. Mogę Judy dać kawę. Czemu wcześniej na to nie wpadłem. Wino jak na pierwsze spotkanie pod moim dachem trochę średnio pasuje jak na spotkanie. W sensie, że niby to nie jest randka. Chociaż... Oficjalnie nie. Do przyjścia Judy pozostało 9 minut. Kiedy wypiłem zrobioną przeze mnie kawę oraz przygotowałem jej trochę dla Judy to ktoś zapukał do drzwi. Pewnie to mój dostawca zakupów. Kiedy otworzyłem drzwi okazało się jednak, że to mój sąsiad. Niski brązowy bóbr ubrany w zielony sweter i białe spodnie odwrócił głowę w moją stronę i patrzył tak na mnie z doły z lekkim zdziwieniem. -Dobry wieczór. Jestem Robert Hamilton. Pański sąsiad. Mieszkanie obok. Na prawo od pańskiego mieszkania. Wyciągnął do mnie rękę na przywitanie. Zrobił to dość szybko, ale niepewnie. Oczywiście odpowiedziałem mu i uścisnąłem jego dłoń. Była strasznie sucha. Suchsza niż naturalnie. Może to i lepiej. Jego głos jest strasznie szeleszczący. Mówi dość nie wyraźnie. -Dobry wieczór moje imię Nicolas, a nazwisko Bajer. Do usług. -Nie spodziewałem się, że jest Pan Lisem. -A ja, że Pan jest Bobrem. -Mieszkamy obok siebie od trzech lat, a nawet się nie znamy. -Tak już bywa. -Ja do Pana tylko o dwie rzeczy. Pop pierwsze chciałem przeprosić za to co powiedziałem i uderzałem w ścianę. -A to Pan... Nic nie szkodzi. Ściana jest cała. Przynajmniej z mojej strony dziur nie ma. -To dobrze. -A ta druga sprawa? -Jak już mówiłem. Mieszkamy obok siebie długo i w ogóle się nie znamy. Nic o sobie nie wiemy. A taka wiedza kogo się ma za ścianą może być kiedyś bardzo przydatna. -Chcę mnie Pan zaprosić do siebie? -Proszę Nick, mów mi Rob. Tak o to mi chodzi. -Wie Pan co... Teraz nie bardzo mogę, ale może kiedy indziej? -To dobrze to innym razem. Do zobaczenia. -Do zobaczenia. Miły gość, ale jakoś tak dziwnie się wykrzywił gdy mnie zobaczył. Może mi się zdaje? Czasami niektóre drobne gesty biorę za bardzo do siebie. Jeszcze nawet nie zdążyłem zawrzeć drzwi, kiedy zobaczyłem Feńka. -W końcu. Masz to co chciałem? -Tak, a ty masz mój stołek? -Oczywiście. Wręczyłem mu ten nieszczęsny stołek, a on dał mi zakupy. Tym razem wszystko było w porządku. -Dobra to ja spadam. Cześć! -Dzięki za pomoc. Cześć! Gdy tylko on wyszedł ja oparłem się lekko o drzwi i powoli zjechałem po nich plecami do pozycji siedzącej. Wszystko jest gotowe. Nareszcie. Mogę odpocząć. Ułożę tylko jedzenie na stole i wypije jeszcze jedną kawę. Leki dają się we znaki. Gdybym tylko nie zapomniał o odwiedzinach Judy to wszystko przygotował bym lepiej. Sam jej to proponowałem. Jak mogłem zapomnieć. Nie mam pojęcia. W ogóle dziwnie to wyszło. Nie ustaliliśmy godziny. Dziwne też jest, że ona nie przypomniała mi wcześniej. A jak przypomniała sobie to mimo, że jest już trochę późno to i tak chciała się spotkać. Dlaczego nie przypomniała wcześniej? Może to przez tą dziewczynę. Nie wiedziała jak się mnie spytać po tym co miało miejsce. Jaki ten świat jest niesprawiedliwy. Biedna dziewczyna. Miała dość trudne życie. I co ma teraz? Jeżeli Bóg istnieje to jest w piekle, że samobójstwo, a jeżeli nie to nic. Po prostu znikła. Za parę pokoleń nikt nie będzie o niej pamiętał. A za jeszcze parę to nawet jej grobu nie będzie. Nie wiem co gorsze. Być i cierpieć czy zniknąć i zostać zapomnianym. Wymazanym z historii. Nick nie myśl o tym. Za chwilę przyjdzie tu twoja wspaniała Judy. Jedna z niewielu osób dla której jeszcze żyjesz. ... Pukanie do drzwi. Ten głośny monotonny dźwięk. Ahhh... Tak dobrze robi na moje uszy. Dlaczego? Dlatego, że wiem do kogo ono należy. Wiem kto stoi za tą małą drewnianą tarczą wmontowaną w ścianę. Czuje jej zapach. Użyła perfum. Musi jej zależeć. Słodki zapach fiołków i innych pięknych kwiatów oraz traw. Od razu czuje się jak w na wsi. Czuje jakbym stał na wielkim polu pełnego zbóż i kwiatów. Stukanie przypomina mi śpiew ptaków. A po za tym cisza. Jedyna rozumna istota w pobliżu to właśnie ona. Oczami wyobraźni widzę jak macha do mnie. Akurat do mnie. Jest tyle osób na świecie. Tylu mężczyzn. Akurat ja jestem tym jednym, który jest tu na tym polu o idealnej godzinie. Jest taka piękna. Czuje się taki doceniony, bo akurat mnie wybrała. Tylko mnie. Jest niczym rusałka. Jej piękno przyćmiewa mi wszystko... Krok po kroku. Niczym jak w walcu podchodzę do drzwi. Kiedy tylko moja dłoń chwyta za zimną klamkę od razu je otwieram by ujrzeć ją. Moją i tylko moją... Moją Judy. -Cześć Nick. Widzę, że ładnie się dziś przyodziałeś. Jej głos jest nektarem, który spijają moje narządy słuchu. -Ty też dzisiaj pięknie wyglądasz Judy. Witaj moich średnio skromnych, ale jednak skromnych progach. Powoli postawiła pierwszy krok w moją stronę. Weszła do mojego domu. Jestem taki szczęśliwy. Dawno taki nie byłem. To nie jest tak, że jestem radosny. Jestem zwyczajnie w pełni szczęśliwy. Tak w pełni szczęśliwy. -Wow, Nick. Nie musiałeś aż tak wystrajać stołu. Ale dziękuje, że zrobiłeś to dla mnie. Doceniam to. -Cieszę się, że Ci się podoba. -I nawet kupiłeś wino. Myślałam, że raczej to będą zwyczajne odwiedziny, ale widzę, że zrobiłeś... Jakby to nazwać? -Kolacje dla dwojga przy świetle świec? Może i jestem szczwanym lisem, ale wiem jak ugościć kogoś. -Wiem. Dziękuje za to. Ale pewnie musiałeś wydać sporo pieniędzy. Mogę Ci je zwrócić. -Twoją zapłatą będzie zwykłe bycie tu ze mną. Nic więcej. A teraz proszę usiądź. Zasiadła na przeciw mnie. Szkoda, że nie mam zbyt ładnych krzeseł i że ten stół nie jest zbyt duży. Jednak ważne jest to, że nie narzeka oraz się jej podoba, a przynajmniej tak mi się wydaje. -Nie spodziewałam się kompletnie. Znaczy się, wiedziałam, że na pewno się przygotujesz, ale to jest wspaniałe. Przerosłeś moje najśmielsze oczekiwania. -Miło mi to słyszeć Karotka. To jak może po kieliszku wina? -Z całą chęcią odrobinę się napije. Nalałem powoli po trochu tego płynu sobie i Judy. Widzę, że jest szczęśliwa. Tak bardzo mnie to cieszy. Usłyszałem też komplementy od niej. Dawno nie takowych nie zaznałem od nikogo. Niby to tylko zwykłe słowa, ale przyjemnym jest usłyszeć coś miłego gdy przez pół życia mogłeś zastać tylko obelgi z ust innych ssaków. Rozmawialiśmy jakiś czas o mało ważnych tematach. Ogółem świetnie się bawiliśmy. Jednak widziałem, że Judy chce mi powiedzieć coś bardzo ważnego. Wnioskuje po jej mimice. Swego czasu interesowałem się trochę tym i wiem, że coś skrywa. -Coś się stało Karotka. Widzę, że coś przede mną ukrywasz. Chcesz mi coś powiedzieć. Starałem się by mój głos był bardziej troskliwy niż dociekliwy. Nie wiem jak ona to odebrała, ale chyba nie tak źle, bo po chwili odpowiedziała trochę wolniejszym, spokojniejszym i jakby z lekką barwą smutku głosem. -Tak. Jest coś co mnie martwi od dawna. -Hmmm, mów dalej. -Czuje, że w Zwierzogrodzie coś jest nie tak. Coś wisi w powietrzu. Ja zawsze jestem pozytywnie nastawiona do życia, ale coś mnie niepokoi. -Mogłabyś rozwinąć temat. -Zacznijmy od tej listy dziwnych nakazów. Tych nadesłanych przez burmistrz odnośnie policji. -Mówisz o tym odpowiedniej długości pazurów, delikatnym traktowaniu bandytów i tego typu inne bzdury? I tak nikt się do tego nie stosuje. -A jak ciebie i inne drapieżniki do tego zmuszą? Wtedy wstałem, a mój ton głosu stał się niszy i żartobliwy. -Nie wiem co siedzi w głowie Pani burmistrz. Jestem zbyt słaby by to pojąć. Naszej wspaniałej burmistrz Obłoczek. Najlepszej i wszechmogącej. Wszechwiedzącej i pracowitej Pani burmistrz. -Jesteś naprawdę zabawny Nick. Ale... -Żadnych, ale Karotka. Mamy nową burmistrz i jakoś to przeżyjemy. Swinton była podobna. Tylko, że ona się nie patyczkowała i chciała radykalnie działać. Obłoczek najwyraźniej popiera poglądy byłej burmistrz, ale jej działania jak na razie są nieszkodliwe. Jakieś dziwne nakazy. Przecież żadnego ssaka na siłę nie przymusi. -Jak na razie jest to w formie nakazu, który nie jest obowiązkowy, ale co uda się jej wprowadzić to jako prawo? -Prawdą jest to, że to co robi jest niepokojące, ale jak na razie to pokazuje tylko swoją niekompetentność. Jak tak dalej będzie to straci stanowisko. -Obawiam się, że pewnego dnia świat się stanie nie czuły na cierpienia innych. Jednak staram się o tym nie myśleć. Wierzę, że chodź jeden ssak będzie czynił dobrze to ten świat nie upadnie. -Jedna jaskółka nie czyni wiosny. -Każde życie się liczy. Każda jedna osoba. -Życie... Zdefiniuj co oznacza słowo życie. -Jak to co oznacza. Oznacza, coś co każdy ma i każdy może je wykorzystać jak tylko chce. Należy żyć na sto procent. Całą parą. Trzeba wierzyć, że istnieje księżyc nawet jeśli przykryły go chmury. -Nie to miałem na myśli. Pomyśl o tym bardziej w sposób dosłowniejszy. Podam taki przykład. Wyobraź sobie rybę. Może to być zwykły śledź, albo pstrąg lub dowolna jaką sobie wymyślisz. Masz ten obraz w głowie? -Tak. Mam. -To teraz wyobraź sobie, że ta ryba pływa swobodnie wśród wód. I pływa... I pływa... I pływa. A teraz wyobraź sobie, że ta ryba się starzeje. I zwalnia... I zwalnia... I zwalnia... Aż w końcu umiera. Wyobraziłaś to już sobie. -Tak, ale mieliśmy mówić o życiu. -Do tego zmierzam. Teraz wyobraź sobie, że w jednej ręce trzymasz tą rybę przed śmiercią, a w drugiej dopiero co zdechłą. Powiedz mi. Czym się różni jedna od drugiej. -Jedna żyje, a druga nie. -Dobrze, ale nie uwzględniajmy teraz tego. Czym się różnią. -Chyba...niczym. -Tak to prawda. Skład chemiczny ten sam. DNA? To same. Wady wrodzone? Te same. Opcjonalne pasożyty? Te same. Historia ta sama, ale jednak o jednej powiemy, że żyje, a druga nie. Obie niczym się nie różnią, a jednak tak. I teraz postawmy pytanie: Czym jest życie? Co jest tą iskierką, która powoduje, że jedna ryba jest żywa, a inna nie? Są prawie identyczne. -To powiem Ci Nick, że mnie bardzo zaskoczyłeś mnie tym filozoficznym rozważaniem. Lubię takie tematy, ale nie jestem zbyt dobrym filozofem. Jednak porozmawiajmy może o czymś innym? -Tak masz rację. To może... ehhh. Może ty coś wymyślisz? Ty jesteś w wymyślaniu rozmowy lepsza. -Wiesz, nie bardzo chciałabym poruszać temat pracy, ale wiesz... Jutro zostaniemy przydzieleni do tej sprawy co ostatnio miała miejsce. -Mówisz o tym terroryście, który wysadził ten budynek. Ten co nosi białą maskę? -Tak. Kim on może być? -Nie wiem Judy. Pewnie to kolejna osoba, która szuka sensu i znajduje go w wyrządzaniu innym krzywdy. Nie martw się. W końcu to my jesteśmy Ci dobrzy, którzy go powstrzymamy. Prawda Karotka? -Oczywiście szczwany lisie. -Dobra, więc może coś zjedzmy. Może zobaczymy czym karmią nas dziś propagandowe media? -Jeśli masz na myśli telewizje to oczywiście, że chętnie coś zobaczyłabym, ale nie koniecznie media. -Z tymi mediami to taki lekki żart. Poczekaj na mnie chwilę. Dobrze Judy? -Poczekam, ale się pośpiesz, bo jedzenie dobre jedzenie i ja tworzymy zgrany duet. Wyszedłem na chwilę do łazienki. Trochę głupio, że zacząłem te swoje filozofie, ale najwidoczniej nie jest tak źle. Jej się podoba. Gorzej jednak jest ze mną. Lek nadal działa i co chwilę muszę się pilnować, żeby nie zasnąć. Przemyłem tyko twarz dla orzeźwienia i szybko wróciłem do Judy. -Jestem już jak widzisz. -Tak. Niezaprzeczalnie widzę Nick. Wyglądasz jakbyś czymś się denerwował. -Nie Judy. Ja tylko... Tak, trochę się denerwuje. Nie chcę czegoś popsuć. Jednocześnie czuje się jakby z mojej klatki piersiowej zaraz miał się wylęgnąć Obcy z filmu pt. Obcy: Ósmy pasażer Zootromo. Chodzi o to, że mi na niej bardzo zależy i... Tak, chyba to to czego się obawiałem. Znaczy się, ja to wiedziałem wcześniej, ale teraz jestem już pewny. Chyba się... Wtedy Judy przerwała moje rozmyślania i podeszła do mnie dość blisko. -Coś się stało Nick? Widzę, że coś jest nie tak. Możesz mi powiedzieć. -Teraz się rewanżujesz? -Nie rozumiem. -Wcześniej zadałem Ci podobne pytanie. -Ahhh, no tak. Ale tak na poważnie to czy coś jest nie tak? -Judy, a cokolwiek to będzie to czy... Nie obrazisz się na mnie? -No co ty szczwany lisie. Dlaczego niby. Jesteśmy w końcu przyjaciółmi. -Tak Judy, jesteśmy. Ehhhh... Usiądź proszę. -A powiesz mi co cię trapi? -Tak, tylko usiądź. Judy spełniła moją prośbę lub rozkaz. Oba ostatnio coraz mniej się od siebie różnią. Starałem się ukryć emocje, ale organizm odmawiał posłuszeństwa. Cały się trzęsłem. Były to małe ruchy, ale dość widoczne. Najgorzej było z rękoma, więc schowałem je za siebie. Pomyślałem, że powiem jej prawdę. Ale jak to powiedzieć. Z każdą chwilą patrzyła się na mniej z coraz to bardziej ciekawską i zatroskaną miną. Chciałem coś z siebie wydusić, ale każda próba kończyła się na jąkaniu. -Czemu tak się denerwujesz. Spokojnie. Jesteśmy przyjaciółmi. Nie denerwuj się. Zaufaj mi. To chyba jeszcze nie ten moment. Spuściłem głowę, a gdy ją podniosłem z ust wylało mi się słodkie kłamstwo. Właściwie to nawet wyrwało mi się. -Ja też się niepokoję tą sprawą. W dodatku to co robi Obłoczek... Co będzie jak zakażą nam razem pracować. -Nie pozwoliła bym na to. -Niezaprzeczalnie, ale co jeśli chcieli by mnie zwolnić. -Nick, głuptasie. To ja też bym się zwolniła. -Zmarnowała byś swoją karierę i... -Cicho. Co będzie to będzie. Nie pozwoliła bym, żeby cię zwolnili bez przyczyny. Tylko dlatego, że Pani burmistrz ma coś do drapieżników i to bez powodu. Jeśli jednak nic by moje apele nie dały też bym się zwolniła. Nie chciała bym pracować z nikim innym kto nie jest tobą. Jesteś dla mnie ważniejszy niż ta praca. Bardzo się wzruszyłem tymi słowami. Tym razem moje nogi i ręce mnie nie posłuchały i przytuliłem Judy. Me ręce znów zatonęły w jej futrze. Po chwili ona również mnie objęła. -Wy lisy jesteście takie... -Stop. Mam do tego cytatu prawa autorskie. -Zabawne, a ja mam prawa autorskie do przytulania. Czas jakby zwolnił. Staliśmy wtuleni tak tylko przez kilka sekund, ale czułem się jakby przeminęły lata. Bardzo przyjemne i piękne lata. Ta chwila była lepsza niż całe moja życie przedtem. Gdybym wiedział wtedy, że kiedyś dojdzie to tej chwili. Jednak gdy już przestaliśmy się obejmować szczęście zastąpione zostało przez wyrzuty sumienia. Mogłem jej to powiedzieć. Tak to troszeczkę ją okłamałem. w sensie, że prawdą jest, iż martwię się tym co robi burmistrz, ale to nie to chciałem powiedzieć. Jednak wolę teraz miło spędzić wieczór niż myśleć o tym. -To może potańczymy? -Dobrze, ale tylko poczekaj sekundkę. Judy wyjęła telefon i go przeglądała. W końcu znalazła to chciała i włączyła jej ulubioną piosenkę gazeli. -Chcesz do tego tańczyć. -Czemu by nie. Kocham tę piosenkę. -No dobrze. Tańczyliśmy razem przez dłuższy czas. Nie mam pojęcia jak długo. W międzyczasie dowiedzieliśmy się osobie czegoś ważnego. Oboje jesteśmy kiepskimi tancerzami. Judy od czasu do czasu zmieniała piosenkę, ale tylko jak udało nam się w końcu złapać jej rytm, ta się kończyła. Wirowaliśmy chyba pół nocy. Przez chwilę nawet przypadkiem weszliśmy na balkon, którego zapomniałem zamknąć. Księżyc był w pełni. Jego światło poszarzało nasze futro tak bardzo, że czuliśmy się jak w starym czarno-białym filmie sprzed wielu lat. Ale ze mnie naukowa fajtłapa. Księżyc nie świeci. On wyłącznie odbija światło słońca. Nie ważne Nick. Nie myśl chwili, tylko czuj chwilę. Sercem, a nie rozumem. Judy na chwilę się zatrzymała trzymając mnie za ręce. -Nick, bardzo się przyjemnie z tobą tańczy, ale jestem już zmęczona. -Czyli się poddajesz. -Czemu? -W konkursie przydeptanych nóg wygrywał 10 do 8. -Heh...No widzisz przegrałam. Dobrze, że Bogo się nie dowiedział o mojej klęsce. Wtedy w końcu by się mnie pozbył. -Mnie się tak łatwo nie pozbędziesz. Popatrzyliśmy sobie w oczy. Nasze spojrzenia były bezmyślne. Zupełnie jak wzrok małego dziecka patrzącego na matkę lub zabawkę. Małymi ruchami przybliżaliśmy się do siebie. Jednak Judy odwróciła wzrok i pomaszerowała do salonu. -Wiesz Nick. Jest już późno i chyba muszę już iść. -Coś zrobiłem nie tak? -Nie, tylko trochę za bardzo zabalowałam. W sensie, że jutro mamy prace... Ale chętnie jeszcze się z tobą spotkam. -Zobaczymy się w pracy. -Miałam na myśli, że tak po pracy. -No dobrze. Spojrzałem na zegarek. jest już prawie północ. Nie jest jeszcze tak późno, ale Judy ma jeszcze przed sobą powrót do mieszkania.. -To co ty ma przyszły weekend. -Dobrze. Może być Nick. Jestem naprawdę szczęśliwy z tej krótkiej wizyty Judy. Szkoda, że ona już musi iść. W końcu udało mi się na moment zapomnieć o tej całej goryczy jaką na co dzień lekko chory świat. Chory, ale do wyleczenia. Wtedy ktoś strasznie głośno zapukał do drzwi. Wręcz właściwie zaczął do nich walić pięści. -Co to takiego. Zapraszałeś kogoś? -Nie. Nie mam pojęcia kto to. Poczekaj. Zabrałem ze sobą kij od miotły. Nie jest to za dobry oręż, ale jeśli to jakiś pijak to powinien wystarczyć. Gdy Wyglądałem przez otwór w drzwiach, nikogo nie widziałem. Albo ta osoba leży, albo jest bardzo niska. Poczułem lekki niepokój. Powoli chwyciłem klamkę. Zrobiłem parę wdechów nim rozpocząłem jej przekręcanie. Gdy nieco oddaliłem drzwi od framugi usłyszałem cichy jęk. Rozpoznałem go od razu. Szybko rozwarłem wejście. I ujrzałem leżącego na wycieraczce Feńka. Całego we krwi. Jęczał z bólu. Ledwo co oddychał. Obrócił oczy w moją stronę. Krew ściekająca mu z głowy zalała mu je. Nagle opadł bezwładnie na ziemie... To właśnie jest życie. Gdy jeden się cieszy inny cierpi. Pomyśl o tym za każdym razem kiedy się cieszysz. Pomyśl o tych wszystkich, którzy w tym momencie cierpią. Urodziny jednego są śmiercią drugiego. Ten wesoły korowód kręci się od początku świata. Gdzie życie tam śmierć. Gdzie radość tam łzy. Nie pozwól zbytnio zasłonić sobie oczu szczęściem, bo kiedyś na pewno będziesz nieszczęśliwy. Tak samo gdy cierpisz to pamiętaj, że po burzy nastaje słońce. Ciesz się każdą dobrą chwilą, ale nie daj się jej zaślepić. Smuć się każdą złą chwilą, ale miej świadomość, że istnieje szczęście. Taka jest właśnie równowaga tego świata. Tak to zostało zrobione. A wszelkie próby wyłamania się z tej karuzeli skończą się porażką. Rozdział 8 Minęło parę godzin odkąd zabraliśmy z Judy Feńka do szpitala. Nadal mam przed oczyma ten obraz. Obraz najlepszego przyjaciela, który leży u progu twoich drzwi cały we krwi, skamląc o pomoc lub skrócenie męki. Pamiętam jego przekrwione oczy, które były jakby martwe. Jakby coś... Jakby coś opuszczało jego ciało. Jakby już był jeden krok od śmierci. W swoim życiu taki moment widziałem jeszcze tylko raz. Wtedy byłem świadkiem śmierci pradziadka. Jego oczy były wtedy właśnie takie puste. W dwie sekundy stały się puste. Jakby czegoś w nich brakowało. To już nie były oczy. Nie te same oczy. To nie były te oczy pełne miłości. To były dwie czarno-białe dziurki otoczone przez brązowo-rude, wypłowiałe futro. Ja nie wiem czy jest coś po śmierci. Nie mam pojęcia. Czasami myślę sobie, że z naukowego punktu widzenia to oczywiste, że nie. Jednak wtedy wspominam śmierć dziadka i im bardziej wgłębiam się w jego puste oczy tym bardziej głębiej się zastanawiam, gdzie jest to coś co pozostawiło tą pustkę. Wracając jednak do Feńka. Miejmy nadzieje, że nic mu nie jest. Co ja chrzanie. Jeszcze chyba nie widziałem nikogo w gorszym stanie. Przynajmniej nikogo żywego w tym stanie. Miał złamanie otwarte kości strzałkowej, kaszlał krwią i w dodatku miał wielką szramę przez środek brzucha. Miał dużo szczęścia, że w ogóle się doczołgał do mnie żywy. Ale czemu teraz. Czemu teraz gdy w końcu byłem na tą chwilę szczęśliwy. Tą chwilę. Same smutki i zmartwienia. Chyba żyje tylko dla Judy. Tak... Jeżeli jej nie będzie to... Nie myśl tak Nick. Nie myśl tak ty głupi debilu. Nigdy nie wolno się do kogoś tak przywiązać by... Inaczej...Nie można nigdy przeceniać czyjegoś życia nad swoje. O i teraz wszystko się zgadza. Tak czy jak. Siedzę w szpitalu. Mój przyjaciel jest w śpiączce, a Judy ze względu na to poświęciła się i uprosiła szefa żebyśmy do pracy nie musieli przychodzić. A przynajmniej tej oficjalne pracy, bo jeszcze pozostało nasze "tajne śledztwo". Nie zdziwiłbym się w cale jakby Feńka pokiereszował tak ten palant w białej masce. Jeśli tak to mam tym bardziej zajmę się szybciej za tą sprawę. Gościu naprawdę jest niebezpieczny. Wczoraj podobno zabił prezesa pewnej znanej firmy, a za razem byłego wojskowego. Jak o coś zrobi Judy to chyba... Chyba coś tam. -Wszystko w porządku Nick? -Tak Judy. Tylko wyjaśnij mi czemu to musi spotykać mnie. -Tak już to jest. Czasami jest dobrze, a czasem źle. -Ale czemu gdy w końcu byłem szczęśliwy na tą krótką chwilę to... -Na tą krótką chwilę? A nie byłeś szczęśliwy tydzień temu jak Pigocovia Pigów pokonała Wiśnia Sharków? Wygrali puchar czy coś tam. -Wygrali ligę. Tak owszem, ale to była radość, a nie szczęście. -Nie rozumiem. -Dla mnie radość to może być z danej, miłej i krótkotrwałej sytuacji takiej jak zwycięstwo ulubionej drużyny piłkarskiej. Szczęście natomiast to coś większego. To coś tak silnego, że potrafi spowodować, że będziesz z tego szczęścia skakał. -A to czasem nie tak, że to właśnie te krótkie i radosne chwile, budują to szczęście? Ta wypowiedź bardzo mnie zaskoczyła. Chciałem coś odpowiedzieć, ale skończyło się tylko na głębokim wdechu po czym spuściłem wzrok w dół. -Czy tym Nick byłeś przy mnie szczęśliwy. -Tak Judy i to bardzo. -A czy twój przyjaciel też powoduje, że jesteś szczęśliwy. -Tak. Nawet dość często. Bardzo często. -Przypomnij sobie te chwilę kiedy to byłeś z nim szczęśliwy. -Co mi to da? -Nie wiem. Może poczujesz się dzięki temu lepiej. -Judy, obiecaj mi coś? -Co takiego. -Obiecaj mi, że nigdy nie będę musiał siedzieć w szpitalu patrząc na ciebie nie przytomną. Całą we krwi, przypiętą do kabli. Obiecaj mi, że nigdy nie będę musiał patrzyć jak umierasz. -Obiecuje Nick. -Na... -Tak, obiecuje. Nigdy nie będziesz musiał patrzeć na to jak cierpię. Przysięgam, że zrobię wszystko by do tego nie dopuścić. Chwilę potem przyszedł lekarz. No nic dziwnego. Przecież to szpital. Coś tam gadał. Jakieś tam medyczne bzdury. W końcu powiedział najważniejsze zdanie. -Stan jest stabilny. Nie wymaga operacji. Jednak nie wiemy kiedy się wybudzi. -To dobrze. Dołóżcie wszelkich starań by jak najszybciej wyzdrowiał. -Oczywiście proszę Pana. Tak będzie, a jeśli nie to równie dobrze nie jestem zebrą. Wygląda na dość miłego gościa. Odszedł i powoli znikł w ciemnych korytarzach. Te żółto-brązowe ściany powodują, że jest tutaj strasznie ciemno. W dodatku mamy już noc. Nie wierzę, że przesiedziałem tu cały dzień. Teraz musimy się zająć sprawą zamaskowanego jełopa. Bogo dał nam parę wskazówek. Są one bardzo słabe, ale reszta komisariatu jest na tym samym poziomie śledztwa. Opuściliśmy budynek szpitala i weszliśmy do naszego auta. Z tej strony szpital wygląda strasznie. Ściany są szare i odrapane, a przy dachu wiszą jakieś stare czerwone lampy. Tak samo samych okien było nie dużo. Gdyby był konkurs na najbardziej nadającą się pod horror lokalizacje to z pewnością ten budynek miałby wysokie miejsce. -To co mamy Judy? -Wiemy, że z terrorystą widziana była Elizabeth Afton. Nie wiemy o niej zbyt wiele. Także miejsce jej pobytu nie jest znane. Tutaj masz zdjęcie jak stoi na dachu z tym kolesiem w masce. -Poparzmy. -Długo się zastanawiałam nad tą fotografią, ale na nic nie wpadłam. -Wiem gdzie mamy jechać. -Co? -Oni muszą się gdzieś spotykać razem. Być może obmawiają swoje nędzne zbrodnie z jakimś cichym miejscu gdzie nikogo nie ma. Jej czarna suknia jest potargane. W dodatku widzę na niej coś co przypomina liść. Co oznacza, że spotykają się raczej w parku. Nie wydaje mi się, żeby to był las. Ani na pewno nie było to w Las Padas, bo tam zawsze pada, a ubrania są suche. -Mogli do tego czasu wyschnąć. -Nie sądzę. Raczej nie spotykają się często. To było by bardzo ryzykowne. Tak samo te spotkania za pewne są krótkie. Dodatkowo rozerwana sukienka świadczy o tym, że musiała się zahaczyć o jakieś krzaki. W takim razie szukamy miejsca pełnego krzaków takiego jak na przykład... -Park! -Dokładnie Judy. Ale tylko trzy parki w mieście są rzadko odwiedzane na tyle by nikt ich nie widział. Ogród Jordanowski koło domu handlowego na ulicy świętego Macieja, Park pod pałacem Hrabiego o pseudonimie Monte Morte i niedokończony Park na obrzeżach miasta przy starym zniszczonym parku rozrywki i to właśnie musi być ten ostatni. -Dlaczego? -Jest tam staw gdzie często kąpią się kaczki, a ona ma na sobie okruszki chleba. -Może karmiła gołębie? -W dwóch poprzednich lokacjach jest ich raczej mało. -W takim razie znamy już miejsce. -Ale nie znamy godziny. Gdzie zostało zrobione to miejsce i kiedy. -Chwilę przed wybuchem tego drugiego budynku na blueberries streat. -Pewnie podróżowali samochodem. Dojazd potrwałby około 2 godzin. -Wybuch był o 20:00, a więc... -Spotykają się o 18:00 -Tak, dokładnie. Nie wiemy jednak w jakie dni, ale wystarczy tylko, że będziemy musieli się na nich czaić. -Jesteś genialny Nick! -No wiem. Judy schyliła się i zaczęła przeglądać wszystkie możliwe schowki w samochodzie. -Zgubiłaś coś Judy? -Widziałeś może mój telefon. -Może jest w szpitalu. -A no tak. Zostawiłam go na biurku wtedy gdy rejestrowaliśmy twojego przyjaciela. -To pośpiesz się. -Dobrze. Już wychodzę. Bardzo szybko wyszła. Tak jak przystało na królika. Czy też zająca. Sam już nie wiem. Wszyscy mówią na nią króliki, ale de facto ona jest zającem. Jednak skoro jej nie przeszkadza jak mówi się na nią, że jest królikiem to niech będzie królikiem. Nie zdążyłem nawet skończyć myśli, a ona już była w szpitalu. Jest na prawdę szybka. A ja jeszcze bardziej. W końcu wyścig z nią do komisariatu wygrałem. Nie wiem ca robić. Może zapuszczę radio. Strasznie tu cicho. Ta cisza przyprawia mnie o dreszcze. -Obywatele całego państwa radują się, bo udało im się w kolejnych prawych wyborach wywalczyć prawo do aborcji. Od teraz żadna kobieta nie musi już wybierać się w celu dokonania tego w podróż na morze. Po tylu latach usunięto bezsensowną 8 poprawkę w konstytucji. Koniec z starymi, ograniczającymi prawami. Liberalizacja aborcji przyjęta. Mówił dla państwa Olaf Stapledon... Jezu! Gościu mówi głosem jak jakiś fanatyk. Ja pierdole. -Tysiące ludzi wiwatują w całym Cloverlinie. Irlandia była nie mal ostatnim krajem w europie gdzie aborcja była niemalże zakazana. Ostatnie państwa w europie, które nadal mają zaostrzone prawa Aborcyjne lub całkowicie jej zakazują to Polska,Monako i Malta. Życzmy, aby te państwa w końcu wysłuchały głosu tysięcy poszkodowanych kobiet. Od teraz wstawiam wykład o aborcji. Jeżeli nie chcesz tego czytać to możesz pominąć ten fragment, ale jeśli zastanawiasz się nad tą kwestią lub nie masz poglądu na jej temat zalecam przeczytanie. Ten fragment nie jest istotny fabularnie, ale chciałem wyrazić w nim swój protest przeciwko ostatnim referendum, które odbyło się w Irlandii. Wyłączam to coś. Mam dość. Propaganda w tym radiu jest na żałosnym poziomie. Nie rozumiem jak można, aż tak...A nie wiem co powiedzieć w tym temacie. Jeżeli wszystkie media teraz takie są to żenada. A w ogóle to ja uważam, że aborcja to morderstwo i pewnie nie ja jeden. Rozumiem, że ktoś może mieć inne zdanie, ale gościu wypowiadał te słowa z takim rażącym fanatyzmem, że zapewne uraził odmienne poglądy innych osób. Moje z resztą też. Ale proponuje przemyśleć tą kwestie. Dlaczego ja uważam, że aborcja to morderstwo i że jest zła. Nie będę podawał oczywistych religijnych argumentów, bo ja Nick Bajer nie jestem zbyt wierzący. Ssak w łonie matki potrafi wydalać, odżywiać się, oddychać i jeść oraz ruszać się. Są to cechy podstawowe żywego organizmu, więc jak można powiedzieć, że płód dziecka to nie istota żywa? Co prawda płód to chyba trzeciego czy też drugiego miesiąca nie czuje bólu, ale czy czujcie bólu jest warunkiem życia. Czyli według zwolenników aborcji nie ma nic złego w wyrywaniu kończyn za pomocą szczypiec. Następnie przecinaniu tułowia w pół tępym narzędziem, aż w końcu w miażdżeniu głowy w miazgę i wyciąganiu kawałem ko kawałku. Nie ma w tym nic złego, bo płód nie odczuwa bólu. Gdzieś usłyszałem, że płód znajduje się w stanie podobnym do śpiączki. Okej, czyli według zwolenników aborcji nie było by złym jeżeli wprowadzić kogoś dorosłego w stan śpiączki, a następnie rozczłonkować jego ciało na kawałki, ponieważ nie czuje bólu. Myślę, że udowodniłem tym brak logiki w argumencie o nie czuciu bólu. Najgorsze jest to, że gdy ktoś urazi zwolenników aborcji lub liberałów to od razu robią Ci awanturę nawet jeśli krytyka delikatna. Z kolei oni sami są nietykalni, gdy sami obrażają. I to często w sposób chamski. Gdy jeszcze ja Nick Bajer byłem wierzący to często Hejtowano wiarę lub poglądy konserwatywne, ale w drugą stronę już nie wolno było, ponieważ nietolerancja, zacofanie, rasizm, hipokryzja. Wielu też powie. A jaki masz dowód na to, że płód żyje, poza tym, że spełnia sporą część warunków, które musi spełniać żywy organizm. A jest na to dowód. To tak zwana pamięć ciała lub też instynkt. Ssaki z załamaniem nerwowym, w wielkim smutku lub strachu zwijają się w tak zwaną pozycje embrionalną. Polega to na tym, że zwijają się uginając nogi do klatki piersiowej i obejmują je rękoma oraz chwieją się. Mogą przy tym siedzieć lub leżeć na boku. Ta pozycja powoduje, że nasz organizm przypomina sobie czasy kiedy byliśmy bezpieczni w macicy. Kiedy to matka się nami opiekowała. Delikatne chwianie się dodatkowo uspokaja. No właśnie! Organizm pamięta. Jak mógłby pamiętać coś przed życiem. Inaczej, jak pamięta to znaczy, że wtedy żył. Wspomnę jeszcze krótko o sytuacjach kiedy zagrożone jest życie matki, zdrowie dziecka lub dziecko powstało z gwałtu. W sytuacji zagrożenia życia matki się zgodzę. Uważam, że aborcja jest zła, ale w takiej sytuacji jeszcze dopuszczę. W sytuacji numer dwa, uważam, że może jest w tym racja, ale jednak trzeba zawsze mieć nadzieje. I oczywiście w przypadku kiedy chodzi o jakieś poważne wady, a nie tak, jak w niektórych krajach europy i w Zwierzogrodzie z resztą też, że za zwykłe przekrzywienie czy też rozczepienie wargi już można zabić. A o gwałcie wyrażę się krótko. Dziecko nie odpowiada za grzechy ojca. Nie musi być złe w przyszłości. Może zrobić wiele dobrego. Jednak musi dostać szanse. Aborcja prowadzi do depresji. Przykładem może być Sarah. Nadal widzę przed oczami jej piękną i smutną twarz. Co prawda aborcja nie była jedynym powodem jej samobójstwa, ale przelała czarę goryczy. Irlandia powiadają. W dodatku za aborcją opowiedziało się 68% osób, a frekwencja była bardzo wysoka. Z tego co wiem to około 80% Irlandczyków to Katolicy. Przykazanie piąte mówi by nie zabijać. Jak to możliwe, że mimo tego, że wierzące jest 4/5 populacji Irlandii to referendum przeszło? Opcje są dwie. Albo te ssaki nie wzięły udziału w referendum i tym samym dopuściły się grzechu cudzego, albo zagłosowały za legalizacją aborcji. Jacy z nich katolicy, ja się pytam? Oni w ogóle są wierzącymi czy tylko dla formalności na papierze wierzą. Ja Nick Bajer sam nie wierzę, ale też nie wykluczam istnienia Boga. Jednak gdybym wierzył to na pewno nie traktowałbym tego jako coś mało istotnego. Jak już się wierzącym jest to, albo nim się jest lub udaje się, że jest. A w wierzę nie chodzi chyba o udawanie. Na prawdę mocno krytykuje ssaki, które takie są, bo ta wiara to praktycznie nie wiara. Równie dobrze mogli by nie wierzyć. Na jedno wychodzi. Skoro mają powiedziane nie zabijaj oraz nie pozwalaj na grzech, a się do tego nie stosują to czy to są Katolicy lub inni Chrześcijanie? I tutaj kończy się wypowiedź na temat aborcji i wracamy do fabuły opowiadania. Jeżeli ktoś uważa, że bez sensu ją tutaj umieszczać to wybaczcie, ale po prostu musiałem. Zapraszam na kontynuacje opowiadania Zamyśliłem się aż tak mocno puki ktoś nie zapukał w okno. Trochę mnie to zaskoczyło i wystraszyło, tak, że podskoczyłem i wylądowałem fotel obok. Na całe szczęście to tylko była Judy trzymająca w ręce telefon i kanapki. Trochę moja reakcja musiała ją rozbawić, bo śmiała się od ucha do ucha. Nacisnąłem guzik i powoli odsunąłem szybę do połowy. -Cześć kapturku. A co tam masz w koszyczku. -Ja tam z wilkami bojącymi się własnego cienia nie gadam. -A z lisami? -Może, ale to zależy od tego czy go znam i czy wpuści mnie do swojego samochodu. -Chyba nie jestem Ci obcą osobą. -Serio? Może dla mnie nie, ale ty zareagowałeś jak na obcego. -Cóż proszę, wsiadaj obca mi panno do mojego skromnego samochodu. -Po pierwsze to nie twój samochód. Po drugie to ja prowadzę, a po trzecie nie powinno się wpuszczać obcych gdziekolwiek. -Ten kto ma jedzenie nie jest mi obcy. Otworzyłem lekko ciężkie drzwi auta. Poczułem jak chłód nocnego powietrza otacza moją twarz. Za drzwiami widziałem tylko kontury Judy gdyż światło szpitala dość mocno świeciło za nią. Jednak ten obraz nie był zbyt długo widoczny. Judy jak szalona skoczyła mi na głową i opadła na siedzenie za mną przed kierownicą. -A tak na poważnie to co to za kanapki. -Kupiłam w szpitalu. Przydadzą nam się tej nocy. -Co masz na myśli? -Jeden z lekarzy rozpoznał mnie i powiedział mi, że widział naszego, zamaskowanego terrorystę, kilkukrotnie na moście koło jego rodzinnej farmy. Podobno przychodzi on tam gdy jest pełnia, tak jak dziś. Niestety przychodzi tam o różnych godzinach nocnych, dlatego musimy tam się na niego zaczaić. -Ale tak sami. Jak ty chcesz go... -Nie damy rady go złapać we dwójkę. Podobno jest przebiegły jak wsza we włosach, ale za to możemy go śledzić. Jeśli się dowiemy gdzie mieszka to nie będziemy musieli wykonywać żadnej akcji w schwytaniem w parku, tylko powiadomimy Bogo, a wtedy nasi koledzy z komisariatu na pewno go dopadną. -No i taki plan już mi się podoba Hopps. -Teraz mówisz jak Bogo. Po prostu Judy. -A Karotka lub Karota. -Karotka tak. Owszem. -No to co, jedziemy? -Oczywiście. Smutny zamaskowany mężczyzna siedzi na skraju kamiennego, niskiego mostku o kształcie łuku. Z jednej po jego lewej, jakieś około 20 metrów od niego rozciąga się las. Jest tak bardzo ciemny, że nie widać drzew osobno lecz jako jeden wielki organizm. Po jego lewej zaś jest łąka. Trawa jest dość niska, ale mimo to wyraźnie widać w niej wydeptaną ścieżkę, choć ciemności panują egipskie. W oddali pracuje stary młyn z wiatrakiem. Obraca się z wolna, jakby odmierzał wszystkie minione lata tego buntownika. Wszędzie cisza. Cisza. Tylko parę świerszczy słychać grających leniwie. Żaden ze świerszczy nawet nie zbliżył się do tego zamaskowanego trzymają dystans. To tak jak inne ssaki w przeszłości. Ani słowem na jego smutek. Tylko szepty za jego plecami. Młody rewolucjonista, który próbuje zmienić świat. Płomień jego rewolucji nadal nie kwitnie gorącem, ponieważ zbyt słaby jest materiał, który go syci. Rewolucja potrzebuje dzieci i to właśnie o te dzieci on walczy. Musi postawić światu zdecydowane nie. W pojedynkę jest bez szans. Wszyscy będą z niego drwić jeżeli będzie jedyną iskrą. Jednak samotność mu nie doskwiera. Nie jest on sam. Jest jeszcze ona. A właściwie była. Symbolizuje ją ta biała róża, którą trzyma w dłoniach, którą chwilę później wrzuca do strumyka, a ten z wolna niesie ją w dal. Ku pamięci tych wszystkich wspomnień z ukochaną, które przeminęły. Jednak on wie, że ona jest przy nim. Niestety jej obecność jest już nie materialna. Lecz nie jest to kluczowy powód jego smutku. On nosi maskę. Ukrywa swoją twarz. Smutny jest dlatego, że nie ma komu jej pokazać... Rozdział 9 Podnoszę się z ziemi. Moje dłonie opierają się o nieco szorstką nawierzchnie. W dotyku jest podobna do suchej trawy. Gdy już dotarłem do pozycji siedzącej, obróciłem się. Nie, to nie była trawa. To była wykładzina w moim pokoju. Nie w tym pokoju co obecnie. To była wykładzina z mojego starego domu. Zdziwiłem się jej obecnością. Nie wiem co tu robi. Przejrzałem ją przez chwilę, analizując przy tym każdy jej detal. Nie było nic w niej wyjątkowego. Zwykła wykładzina z wzorkami imitującymi kształty miasta. Nie jest ona jakoś wyjątkowa, ale przywołuje wspomnienia. Pamiętam jak bawiłem się modelami samolotów taty w bombardowania. Odtwarzałem historyczne bitwy, takie jak Nalot na Drezno, oblężenie Stalingradu lub radziecki atak na Afganistan. Nie brakowało również bitew z okresu I wojny światowej. Ahhhh...Pamiętam jak lubiłem się bawić w wojny. Oprócz samolotów posiadałem również dużo czołgów, pojazdów pancernych. Nie tylko te typowo modelowe, ale również zabawkowe. Pewnie mało kto odróżni model od zabawki. W skrócie to, to pierwsze służy do kolekcjonowania, jest z plastiku i wiernie odwzorowuje to co ma odwzorowywać, a drugie jest wytrzymalsze i służy do zabawy. Jeszcze miałem bardzo dużo żołnierzyków. Robiłem hangary dla samolotów z klocków. Budowałem nawet całe lotniska. To były chwile. Piękne wspomnienia na całe życie. Co się ze mną stało, że przypomniałem o tym sobie akurat teraz? Zapomniałem o tym całkiem. Dopiero jak zobaczyłem tą wykładzinę... Przedmioty noszą wspomnienia. Popatrzysz na coś i przypomnisz sobie coś. Dlatego nie jestem skłonny do wyrzucania przedmiotów. Są w nich zapisane chwilę, które nasz mózg nie przypomni sobie ich bez bodźca. Wstałem do pionu. Wszystko w wokoło wydawało się jakby wyższe. Zupełnie jakby to ja był niższy. Byłem w starym pokoju. Ściany są jaskrawo pomarańczowe. Po mojej lewej przy ścianie jest łóżko. Za mną są szafy, a na nich modele. Na przeciwko mnie stoi akwarium. Znajduje się ono pod oknem. Wszystko jest zupełnie tak jak było kiedyś, dawno temu. Jedyną różnicą jest to, że jest tu jakby jaśniej. Światło w całym pokoju było tak jasne jakby słońce było tuż za domem. Dawało ono wrażenie jakby chodziło się we mgle. -Nick! Chodź tutaj! Czy uszy mnie nie mylą? Znam ten wspaniały głos. Zawsze ten ciepły głos był dla mnie jak miód na serce. Tak dawno go nie słyszałem. -Już idę mamo. Wybiegłem z mojego pokoju bardzo szybko. Jednak nie tak szybko jak normalnie potrafię. Coś było nie tak z moim ciałem. To było bardzo dziwne. Jakbym był niższy. Jednak nie przejmowałem się tym. Gdy tylko otworzyłem drzwi pokoju to zobaczyłem swoją mamę. Mimo tak długiego czasu, nadal byłem w stanie zapamiętać jej wygląd dokładnie. Zapamiętałem jej piękne, kochające, szmaragdowe oczy. Jej wyjątkowo bardzo rude futro. Mówiąc "bardzo" mam na myśli, że moja mama jest najbardziej ruda z całej naszej rodziny. Zapamiętałem dobrze jej wyraźne kropki na policzkach, które dodawały jej piękności. Dokładnie pamiętałem jej delikatnie zgięty w dół nos. Ten nos był chyba najbardziej jej charakterystyczną cechą. Był nie typowo zgięty, ale przez to był wyjątkowy jak ona sama. Moja mama miała rozpostarte ręce i pochylała się, będą zwrócona w moim kierunku. Nie zawahałem się nawet na sekundę i wręcz wskoczyłem w jej ramiona. Wtuliłem się w jej brązową bluzkę tak mocno jak tylko potrafiłem. Poczułem jak jej dłonie głaszczą mnie po głowie i plecach. Ciepło jej ciała zmieszało się z moim ciałem. Czułem jakby w moim wnętrzu płonął pożar. Brew pozorom to było bardzo przyjemne uczucie. Uczucie to powodowało, że całe moje bardzo zimne ciało stawało się gorące od środka. Najpierw gorąca była moja klatka piersiowa, a potem ciepło stopniowo rozprzestrzeniało się po ciele aż do momentu kiedy dotarło do skóry. -Mamusiu, ale skąd ty się tu wzięłaś? -Zawsze tu jestem. Teraz przyszłam Ci powiedzieć że Cię kocham i czekam, skarbie. -Na co mamusia czeka. -Jak znowu będziemy razem. -Przecież teraz jesteśmy razem. -Tak, kochanie, ale mamusia musi jeszcze gdzieś iść i załatwić parę spraw. -A kiedy wrócisz i znowu będziemy razem. -Niebawem mój mały Nicky. Za krótką chwilę, jednak musisz mi coś obiecać. -Dobrze, a co takiego. -Troszeczkę nabrudziłeś w swoim pokoju kochanie. Nie ma nic w tym złego, ale chciałabym, żebyś do mojego powrotu to posprzątał. -Dobrze mamusiu. Tak zrobię. -Jesteś kochany synku. Jak uporasz się z pokojem to dostaniesz jakąś nagrodę. -Kocham Cię mamo! -Ja ciebie też. Wtedy moja mama puściła uścisk i powoli się ode mnie odsunęła. Światło z całego domu zbiegło się wokół niej. Patrzyłem na całą scenę z zakłopotaniem. Nie wiedziałem jak na to reagować i czy coś z tym zrobić. Całe ciało mamy błyszczało. Wszystkie przedmioty w wokoło były normalnie oświetlone. Jakby światło, które promieniowało od mamy w ogóle nie wpływało na otoczenie. Nagle blask skumulował się w jej ubraniach, które zmieniły następnie kolor z brązowego na wyjątkowo mocno biały i jaskrawy. Była to idealna biel. Tak idealna, że żaden ssak nie jest jej sobie w stanie wyobrazić. Moja mama chwilę później oderwała się od ziemi. Przez chwilę poczułem niepokój, jednak gdy moja rodzicielka odwróciła wzrok w moją stronę i uśmiechnęła się szeroko z wielką miłością to ten uśmiech sprawiał, że czułem się szczęśliwy jak nigdy. Moja mamusia wyciągnęła lekko ręce na bok i zgięła lekko głowę. Przez sekundę wyglądała niemalże jak Maryja. Potem światło nad nią znowu rozbłysło. Błysk ten był tak dobrze skoncentrowany i mocny, że zasłonił mi tylko i wyłącznie mamę oraz oślepił mnie, że aż byłem zmuszony zamknąć oczy. Gdy je otworzyłem to mamy już nie było. Światła też już nie było. Pokój wrócił do normalnych barw. Nijakich, szarawych barw. -Hej, Nick! Wstawaj. Po tym jak to usłyszałem, zdziwiłem się i wstałem do pionu w chwilę. -Co się tu... -Przysnąłeś Nick. Znowu. -Judy, a gdzie my właściwie jesteśmy? -Głupi lisie! Czekamy na tego gościa w masce. -Aha, no tak. Już pamiętam. Zapytała potem spokojnie, obawiając się o mnie, ale również i z lekkim poirytowaniem. -Co się z tobą dzieje Nick? -Miałem tylko bardzo dziwny sen, który był tak realistyczny, że pomyliłem rzeczywistości. Gdy tylko skończyłem zdanie, oboje usłyszeliśmy kroki. Mieliśmy świetną kryjówkę w krzakach przy lesie. Mieliśmy wspaniały widok na most, który odwiedza terrorysta. Przesunąłem łapą parę gałęzi by móc lepiej obserwować każdą sekundę z życia przestępcy jaką będziemy mogli obserwować. Za mostu powoli wyłoniły się lisie uszy oraz biała uśmiechnięta w komiczny sposób maska. To był on. Była ubrany wszędzie na czarno po za twarzą oczywiście. Nosił staromodnie wyglądającą pelerynę. W dłoni trzymał dużą i piękną białą róże. Usiadł na chwilę na barierze mostu. Przez chwilę przypomniała mi się Sarah. Ona była w dokładnie w tej samej pozycji. Jednak była między nimi różnica i to dość znacząca. Sarah byłą w rozpaczy i trzęsła się. Widać było, że targają ją silne emocje. On natomiast był wyjątkowo bardzo spokojny. Każdy jego krok i ruch był wręcz przenaturzonyy. O ile istnieje takie słowo. Po prostu zachowywał się jakby nie miał w ogóle żadnych uczuć, albo je bardzo mocno skrywał. Był zimny od zewnątrz. Podczas dalszej obserwacji poczułem jakby on był podobny do mnie. Nie wiem dlaczego. Nie potrafię tego logicznie argumentować. Czułem taką bliskość do tej osoby. Jednak gdy pomyślałem o tym jak on wysadzał budynki i mordował niewinnych to z powrotem mnie krew zalewała na jego widok. Jednak czy Ci nie winni byli nie winni? Pewnie tak. Gościu to urodzony psychopata i trzeba go zamknąć. -To co robimy Judy? -Obserwujemy, śledzimy, robimy zdjęcia. -Rozumiem, ale moglibyśmy też spróbować go złapać. -Można, ale pamiętaj, że jest on przebiegły. W dodatku pewnie ma przy sobie broń. -Wiesz, ja mam strzałki usypiające. -Tak, ale on jest bardzo grubo ubrany. Istnieje ryzyko, że możesz nie przebić ubrań. Wtedy zamaskowany wrzucić róże do strumyka i powiedział nieco niskim, powolnym i głośnym głosem. -Wiem, że mnie obserwujecie. Nie wiem co zamierzacie zrobić. W każdej chwili możecie wyjść z krzaków i uczciwie zawalczyć, ale po co? I tak nie zgasicie ognia rewolucji. Zaskoczyło mnie to. Skąd on wiedział, że my go obserwujemy? Dałem się trochę ponieść emocją. Szybko jak tylko mogłem wyjąłem pistolet na strzałki usypiające i wyszedłem z zarośli. W bardzo sztywnie wyprostowanej pozycji, zbliżając się do niego szybkim, równomiernym krokiem, wystrzeliłem z pistoletu. Niestety ku mojemu kolejnemu, nowemu największego zdziwieniu, zamaskowany [cenzura] chwycił wystrzeloną strzałkę w powietrzu. W odpowiedzi wystrzeliłem jeszcze dwa pociski. Jeden i nich został z łatwością przez niego wyminięty, a drugi również złapany. Wtedy usłyszałem bardzo głośne wzdychanie przeciwnika co miało pokazać, że jest on znudzony lub pogardliwy wobec mojej próby trafienia go. -Masz jeszcze jedną szanse lisie, policjancie. Jeżeli teraz zostawisz mnie w spokoju to cię oszczędzę. Nie mam ochoty zabijać swoich. -Milcz! Jesteś terrorystą i mordercą. Aresztuje Cię...! Nie zdążyłem nawet dokończyć mantry, kiedy z krzaków wyskoczyła Judy. Razem z nią podeszliśmy jeszcze bliżej lisa w masce. Wyciągnął wtedy z kieszeni dwa shurikeny i rzucił je w naszą stronę. Oba chybiły mijając nas o centymetry. Rzut był tak mocny, że nawet nie zdążyłem się im przyglądnąć. Rozpoznałem je tylko przez ich charakterystyczny tor lotu. Zobaczyłem tylko błysk metalu przechodzący przez peryferia mojego zakresu widzenia. Ten rzut był zbyt precyzyjny, żeby to było przypadkowe chybienie. Technika jego rzutu też była pierwszorzędna. Wiem, ponieważ już parę razy miałem w swojej pracy przypadków ataków tzw. pseudo ninja. Jednak wszyscy rzucali fatalnie w przeciwieństwie od niego. To było ostrzeżenie. Żebyśmy wiedzieli, że w każdej chwili może nas zabić... On ewidentnie nie chciał nas skrzywdzić. Trochę głupio się poczułem. To my byliśmy napastnikami. Jednak w końcu to jest złoczyńca. Musimy go aresztować. Judy wybiegła za moich pleców i pobiegła w jego stronę. Instynktownie zrobiłem to samo. Spryciarz, gdy tylko Judy weszła na most, ten zeskoczył z niego i dla zmyłki przeszedł pod nim. Ogólnie był to niski most, więc wyprzedziłem moją partnerkę i wskoczyłem do strumyka na nim. W momencie gdy opadałem on już był bardzo daleko. Poruszał się zgrabnie jak cień. Moje stopy odbiły się od kamieni niczym piłka. Były jak sprężyny. Dzięki temu skokowi przybliżyłem się nieznacznie do uciekiniera, ale przy lądowaniu moja miękka podeszwa stopy zahaczyła o jakieś ostre pnącze przybrzeżnej rośliny. Ta roślina była na tyle ostra, że przecięła mi śródstopie od samego środka, aż do końca tylnej części stopy. Zdołałem tylko zrobić dwa kroki w przód, a potem upadłem. Ból był tak nieprzyjemnie szczypiący, że nie można było go opisać z niczym innym lepiej jak z przecięciem się kartką papieru. Z tą różnicą, iż moja rana sięgała prawie do ścięgna. Judy również zeskoczyła z mostku. Szybko do mnie podbiegła. -Nick, nic Ci nie jest. -Karotka, szybko! Biegnij za tym typem! -Już za późno. Jest bardzo daleko. -A niech to...! Rzuciłem jeszcze paroma obelgami na tyle głośno, że Judy aż się odsunęła, więc ściszyłem ton głosu. -Rany Boskie, Nick! Twoja stopa. -Masz coś do odkażenia? -W samochodzie mam dezodorant. -Nie wiem, czy tak można? -To może lepiej nie. -Nie mam czym zatamować krwi. Krew z moje stopy sączyła się wiśniowymi wodospadami. Tak... Wodospady to najbardziej trafne porównanie. Dobrze, że nie doszło do przecięcia tętnicy. Aż zaskakujące jest to, że roślina może być tak bardzo ostra. Wiedziałem o takich roślinach już wcześniej, ale mimo to i tak jest to dla mnie dziwne. Judy gdzieś poszła. Nawet nie zauważyłem kiedy i gdzie. Przez chwilę spanikowałem. Nie dlatego, że mnie zostawiła, bo nie zrobiła by tego. Niepokoje się, bo nie wiem czy czasem ten drań jej czegoś nie zrobił. Dosłownie sekundę temu była przy mnie. Odwróciłem się i już jej nie ma. Co jest grane. -JUDY! Coś zaczęło szeleścić w krzakach po mojej prawej. Wstałem tak szybko jak tylko było to możliwe ze względu na ranę. Na całe szczęście z krzaków wyłoniła się twarz Judy. Podeszła do mnie. U nogi uwiązało jej się parę suchych źdźbeł, które jednym ruchem nogi udało się jej strzepnąć. W rękach trzymała trochę trawy. -Nick, usiądź. Owinę Ci ranę trawą. Kiedyś jak się skaleczyłam na farmie to robiła sobie takie opatrunki. Zrobiłem to co kazała. Judy przykucnęła przy mnie. Uniosłem lekko nogę, a ona położyła ją na udzie. Szybko i bardzo sprawnie owinęła mi stopę trawą, którą później związała gumką na nadgarstek. -Dzięki Karotka. -Mam nadzieje, że opatrunek wytrzyma. Dasz radę chodzić. -200 metrów do samochodu dojdę. Ponownie wstałem i jakoś udało mi się bez potknięcia się, przewrócenia, dowlec do auta. Każdy krok okupiłem przy tym dość dużym bólem, ale źdźbła trawy, które zawiązała mi Judy, zdały egzamin. Zamortyzowały lekko podeszwę stopy. Dzięki im trochę mniej bolało. Weszliśmy do wozu i ruszyliśmy do szpitala. Tego samego szpitala gdzie leżał Feniek. Przez całą drogę uciskałem ranę by nieco zmniejszyć ilość straconej krwi. Krwotok był dość poważny, bowiem bolała mnie już głowa i robiło mi się słabo. Takie objawy pojawiają się między innymi przy powolnym wykrwawianiu się. W końcu jednak po około godzinie udało się nam dotrzeć do szpitala, gdzie lekarz odkaził ranę, zrobił parę szwów i wymienił opatrunek na bandaż. Zażyłem jeszcze leki na ból. Dzięki lekom chodzenie stało się nieco bardziej swobodne. Posiedzieliśmy w szpitalu z Judy jeszcze jakieś pół godziny i gdy tylko uzyskaliśmy wypis, skierowaliśmy się do wyjścia. Szliśmy pustym korytarzem. W milczeniu popatrzyliśmy na siebie. Kiedy pokonaliśmy już pół drogi, skierowałem wzrok w prawo. Była tam sala, w której leżał Feniek. Zatrzymałem się na chwilę i zbliżyłem się do szyby. Mój przyjaciel był podpięty do rozmaitej aparatury. Był nadal nieprzytomny. Jego rany zdążyły już zakrzepnąć, ale... Nie jestem w stanie tego opisać. Po prostu... Wybaczcie, ale nie mogę. Szybko odszedłem od szyby. Boje się, że zacząłbym płakać, gdybym dalej na niego patrzył, a nie chce wyjść przy Judy na kogoś słabego. Nie uważam, że jak ktoś płacze to jest słaby, ale nie wiem jak myśli Judy. Co ja gadam. Ja wiem, że ona tak nie myśli. To dobra osoba. Ufam jej, ale... Sam już nie wiem. To dziwne. Czy ja chce się jej przypodobać? Opuściliśmy szpital, a Judy zadzwoniła do Bogo. -Dobry wieczór szefie. Dzwonie do Pana w sprawie śledztwa. Zdobyliśmy parę ważnych informacji na temat terrorysty. -To świetnie Hopps. Czy jesteś w stanie przekazać mi te informacje na komendę, razem z Bajerem. -Tak. Przekaże je Panu, tylko jest problem, bo... -Niech zgadnę. Bajer znowu coś... -Nie, nie, tylko mieliśmy starcie z poszukiwanym. W wyniku tego starcia Nick... Wtedy szarpnąłem lekko Judy za ramię i powiedziałem do niej głośnym szeptem. -Nie mów Bogo o mojej ranie. -Bajer! Czy to ciebie słyszę? Zabrałem telefon Judy. -Tak szefie. Judy chciała powiedzieć, że mieliśmy próbowaliśmy śledzić zamachowca i niestety ten nas zaatakował i w wyniku tego starcia uciekł. -Dobrze, ale w takim razie czemu nie dałeś Judy dokończyć tego zdania. Przecież sam mówiłeś, że miała to samo na myśli. -Ehhhh, bo... Judy wyrwała mi telefon. -Daj mi wyjaśnić. Szefie, bo chodzi o to, że Nick dość mocno zranił się w stopę, ale rana została już opatrzona i jest on zdolny do służby. -Ahhhh, no dobrze. Przyjedźcie pod komisariat. Czekam na was. A i jeszcze jedno. Nie bądźcie na komisariacie szybciej niż na 45 minut. Potem wam wytłumaczę czemu. -Tak jest! To do widzenia. -Do widzenia. Judy odłożyła telefon do kieszeni w podeszła do mnie. -Czemu nie chciałeś bym mówiła o twojej ranie. -Szef mi nie do końca ufa! Zależy mi na jego uznaniu! Nie chcę by postrzegał mnie jako kogoś, kto nie daje sobie rady z prostymi zadaniami. Po co żeś mu to powiedziała! -Bo powinien to wiedzieć. -Powinien? A niby czemu? To nie jest moja matka lub nauczycielka! -Nie krzycz na mnie. To jest twój szef i on musi wiedzieć takie rzeczy. Jest to częścią raportu. -Dobrze już. Przepraszam. Ja tylko nie chciałem, żeby on wiedział. -Dobrze ja też przepraszam. Poczułam, że powiedzieć mu jest słusznie. -Nie masz za co przepraszać. -Właśnie, że mam. -To ja powinienem prosić Cię o wybaczenie na klęczkach. -Nie musiałbyś, bo to ja powinnam. -Nic złego nie zrobiłaś. -I tak przepraszam. -Nie Judy, ja cię przepraszam. -Ja jestem temu incydentowi winna. -To ja się skaleczyłem. Ja jestem winny. -Dość! Nastała chwilowa cisza. Chwilę później Judy próbowała tłumić śmiech. W końcu ja też nie mogłem się powstrzymać i oboje zaczęliśmy się śmiać głośno do rozpuku. -Dobra, dobra Karotka. Tym razem ja prowadzę. -Dasz radę z tą nogą. -Kiedy jeszcze robiłem interesy z Fenkiem to miałem sytuacje kiedy musiałem prowadzić z jedną nogą i jedną ręką w gipsie. Dam sobie radę. W dodatku znam trasę którą dojedziemy na miejsce nieco później. Tak jak chciał szef. -Dobry plan. Przynajmniej nie musimy stać na zewnątrz. -Jak mój plan to wiadomo, że musi być dobry. -Wiem. Zająłem miejsce przy kierownicy, a Judy obok mnie i ruszyliśmy. Przy okazji, myślę sobie, że zaprowadzę ją w pewne miejsce. Chciałem już ją tam zaprosić od dawna, ale nie wiedziałem jak. Jest to pewne piękne miejsce, które rozpamiętuje z dzieciństwa. Bogo powiedział by nie przyjechać wcześniej niż za 45 minut, a ja wiem gdzie można pojechać i spędzić miło czas w 45 minut. Ahhhh, Judy! Przy tobie moje myśli stają się mniej chaotyczne, umysł bardziej wiotki, a ciało silniejsze. Gdybyś tylko jeszcze mnie chciała to byłbym w niebie. A może mnie chcę i myśli tak samo jak ja? Może tak naprawdę mnie nie lubi? Może mnie zwodzi? Może jestem dla niej po prostu tylko przyjacielem? A może...kocha mnie ponad wszystko co realne? Tyle opcji. Tak wiele możliwych odpowiedzi, a pytanie tylko jedno. Czy mnie kocha Rozdział 10 Ostrzeżenie: lepiej nie czytaj tego w nocy, bo twoje odczucia spowodowane czytaniem tego tekstu będą manewrować szerokimi amplitudami z jednego odczucia na zupełnie inne (o ile jeszcze żyjesz w środku). W skrócie przeplatanka emocjonalna :D. Rozdział jest długi, bo to finałowy rozdział pierwszej części opowiadania. Miłego czytania :D. Pędziliśmy jedną z głównych dróg w Zwierzogrodzie. Tak...pędziłem. Trochę mnie pogięło, ale na szczęście Judy mnie "zahamowała". Jakoś się zapomniałem i parę razy nieznacznie przekroczyliśmy prędkość, ale chcę jej pokazać pewne miejsce. Naprawdę bardzo chce. Jest to jakby mały park w lesie? Ciężko mi to nazwać. Jak będziemy na miejscu to pewnie znajdę jakieś słowa na opisanie tego i nazwanie. Nie byłem tam już od bardzo dawna. Minęło chyba 16 lat. Połowa mojego dotychczasowego życia. -Szef kazał nam przyjść później, ale to nie znaczy, że mamy tam być "za późno". -Jak jechałem szybko to się czepiałaś. -Teoretycznie to mogłabym dać Ci mandat. -Teoria, a praktyka to dwie różne rzeczy. Obiecuje, że już nie daleko. -A w ogóle to... -Gdzie? Zobaczysz. Sam też zobaczę. Już dawno tam nie byłem. -A z jakiej... -Okazji? Z żadnej. Po prostu po co mamy tracić czas na niczym. -Przypominam, że nadal jeszcze tej nocy mieliśmy bliskie spotkanie z tym poszukiwanym ssakiem. -I co z tego? -Powinniśmy raczej nie skupiać się na drobnostkach, a raczej skupić się na sprawie. Pomyśleć nad tym co wiemy, co widzieliśmy. -Gościu w białej masce z namalowanym irytującym uśmiechem, lata gdzie mu się podoba i wysadza co chcę. Jest uzbrojony po zęby. Jest wyjątkowo wysportowany. Zamordował parę nie powiązanych ze sobą osób. Ma jakiś dziwny rytuał wrzucania kwiatka do strumyka. Ma wspólniczkę, z którą prawdopodobnie się spotka i znamy czas i miejsce spotkania. Razem z paroma kolegami ich złapiemy i po sprawie. -Strasznie do tego podchodzisz lekceważąco Nick. -Poza tym sama chciałaś żebyśmy pojechali. -Masz rację. -Karotka, co Ci jest. Przecież już nie raz mieliśmy różne nieco podobne sprawy i zawsze podchodziłaś do wszystkiego optymistycznie. -Tak, ale z tą sprawą coś jest jakoś inaczej. -Czy ja wiem. My dobrzy, a oni źli i tyle. Często mówisz, że dobro zawsze zwycięża zło. Nie zgadzam się z tym stwierdzeniem, ale mimo to, to teraz ja do tego bardziej pozytywnie podchodzę od ciebie. -Masz racje. W końcu to my jesteśmy Ci dobrzy. Prawda Nick. Szczerze to sam nie wiem. Moim zdaniem ochrona obywateli przed tym wariatem jest słuszna. Dla niego jednak jest inaczej. On ma jakiś swój cel. Te zabójstwa i wybuchające budynki... On ma jakiś plan, priorytet. To, że ja w nim widzę wariata to wcale nie musi być prawda. Zapewne dla niego samego, on sam nie jest wariatem. Może dla niego to ja jestem ześwirowany? On sam siebie nazywa ogniem rewolucji. Jakiej rewolucji? Co on chce zrobić? Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie wiem czy to my tak naprawdę jesteśmy tymi dobrymi. Gdy łapałem tych wszystkich bandytów i innych tego typu ssaków to zawsze wiedziałem, że to ja czynie dobrze. Owszem, dla większości z nich to ja byłem tym złym, ale ja sam byłem pewny, że jestem tym dobrym. Teraz mam wątpliwości. Nie wiem czemu. Nie ma żadnego logicznego uzasadnienia, że mógłbym być tym złym. Dlaczego tak uważam? Może dlatego, że sam przez pół życia byłem uważany przez innych za wariata? -Prawda Nick? Głos Judy wyrwał mnie z rozmyślania. -Ale, że co? -Prawda, że jesteśmy tymi dobrymi? -Tak. Tak myślę. To my ratujemy miasto przed nim i uda nam się. -Z Bożą pomocą na pewno. -Z Bożą czy bez niej, na pewno się nam uda. W tym momencie zjechałem z drogi głównej w drogę po lewej. Tak jak zapamiętałem, droga ta była długa i prosta. Przechodziła ona wzdłuż lasu. -Tyle się już wydarzyło tej nocy. Co nie? -Wczoraj też Karotka. Pamiętasz jak tańczyliśmy razem w świetle księżyca? -To były wspaniałe chwile. -Nowe wspaniałe chwilę już na ciebie czekają. W pewnej chwili droga wbijała się w las. Tutaj kończyła się dobra nawierzchnia. Trasa zrobiła się tak wyboista, że zacząłem się martwić o samochód. Kiedyś to była piękna wyasfaltowana droga, ale jeździły nią tiry wbrew zakazowi i obecnie nie ma już niemal grama śladu do asfalcie. Kawałek dalej było skrzyżowanie z małą drużką od lewej. Wcinała się ona w bok o zaledwie 20 metrów. Potem kończyła się białym szlabanem w zielona pasy pod, którym zaparkowałem wóz. -To tutaj? -Nasz punk docelowy znajduje się kawałek dalej, ale tam już nie zdołam przejechać, więc pójdziemy pieszo. -Nie masz wrażenia, że łażenie po lesie o tak późnej porze nie jest do końca dobrym pomysłem. -Masz trochę racji. Jest tu dość ciemno. Włączę światła długie. -Akumulator rozładujesz. -To nie potrwa długo. Akumulator da radę. Tak jak powiedziałem tak i zrobiłem. Włączyłem światła a następnie razem z Judy zeszliśmy na ścieżkę tuż przy szlabanie. Ścieżka nie była długa. Nasz cel podróży znajdował się raptem 100 metrów dalej. Ścieżka była niemal całkiem prosta i piaszczysta, a po jej lewej stronie znajdowały się wysokie drzewa, które rzucały na nią cień, gdyż światło było przez nie niedopuszczane, ponieważ za równo księżyc jak i samochód znajdował się za nimi, a z prawej strony otaczały ją wysokie, martwe zarośla, które były za razem najjaśniejsze ze wszystkiego co dookoła nas się aktualnie znajdowało. Piasek pod stopami był odczuwalnie bardzo zimny. Ponadto znajdowały się w nim liczne sosnowe szyszki i kamienie, które non stop lekko raniły me podeszwy, co było bardzo nieznośne. Nie było to dla mnie wskazane zważywszy uwagę na mą głęboką ranę. Na szczęście bandaż dość skutecznie amortyzował i odseparowywał ranę od podłoża. Po krótkim spacerze dotarliśmy do "miejsca docelowego". Znajdowało się ono po lewej stronie, czyli analogicznie od strony drzew. Przed nami ukazał się majestatyczny, wielki dąb. Jego konary były tak wielkie, że mogłyby być kołyską dla pokaźnego, prawdziwego giganta. Niestety szata z liści pokrywająca gałęzie była dosyć uboga. Świadczyło to o tym, że to wiekowe drzewo powoli umiera. Pień dębu był troszeczkę opalony z prawej strony co było blizną po uderzeniu pioruna. Wokół drzewa były ławki, które były nieco zniszczone, jednak nadal spełniały swoją podstawową funkcje. Przed dębem stała mała drewniana figurka na palu pod małym, skromnym, nieco spróchniałym daszkiem. Figurka była wyścielona już mocno uschniętymi kwiatami oraz nielicznymi sztucznymi. Postać, którą przedstawiała to święty Onufry. Patron leśników i pustelników oraz mój patron z bierzmowania. Przynajmniej podobno mój patron. Pamiętam jak byłem tu kiedyś z babcią. Tyle pozytywnych wspomnień do mnie napływa. Za pniem w oddali dało się zauważyć zdziczałe już krzewy bukszpanu. Utraciły one już po części swój kwadratowy kształt. Obok nich była kamienna ławka, a gdy odchyliłem głowę, zobaczyłem niewielki, kamienny krąg, który kiedyś był ogniskiem. Teraz wyrosły w nim gęsto rozmieszczone i niskie zielska. Nic dziwnego. W końcu gleba była w nim użyźniona popiołem. Ahhh...Pamiętam jak kiedyś byłem tu z Babią. To są na prawę szczęśliwe wspomnienia. -Ładnie tutaj, prawda? -Pewnie tak. Nie wiem. Słabo widzę w ciemności. -Ahhh...Przecież ty jesteś królikiem. Lisy lepiej widzą w ciemności. -Znaczy się, coś tam widzę, ale tak bez szczegółów. Nadal jednak nie wiem po co mnie tu zabrałeś. -Widzisz Judy... -Nie widzę. Już to mówiłam. -Heh, To miejsce jest dla mnie bardzo ważne, a jako, że jesteś dla mnie ważną osobą to chciałem Ci je pokazać. Chodzi o to, że tutaj narodziło się najwięcej moich wesołych wspomnień. -Rozumiem. Dobrze wiedzieć, że jestem dla ciebie ważną osobą zwłaszcza, że ty dla mnie też. Jednak czemu teraz. -Bogo powiedział byśmy przyszli później, a jutro pewnie nie będzie czasu. Będziemy się pewnie cały dzień zajmować sprawą palanta w masce. -W sumie racja. Mamy jeszcze dużo czasu, a noc dziś jest wyjątkowo ciepła. -Sama widzisz. -Nie za bardzo widzę. Ciemno tu. Już Ci mówiłam. Judy uśmiechnęła się szeroko. Skopiowałem ten gest. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Serce zaczęło mi bić szybciej. Podobnie z resztą jak jej. Ogólnie zającom serca biją szybciej, ale tępo z jakim jej biło było szalone. Wiem to, bo dało się to usłyszeć. Dźwięk naszych serc był kojący dla nas obu. Rytm ich wybijał melodie, która pochodziła prosto z naszych dusz o ile je posiadamy. Zbliżyliśmy się do siebie. Miałem ochotę wyznać jej wszystko. Powiedzieć jak bardzo ją kocham. Powiedzieć jej co dla niej chce zrobić. Jak na rozprawie sądowej, chciałbym przysiąc jej z ręką na mym szalonym sercu, że jest tą jedyną. Rzec jej bym chciał, że przegania ręką wszystkie me bóle gdy tylko się pojawia, a jej obecność jest dla mnie rozkoszą większą niż wszelkie rozkosze jakie zaznawały duszę zmarłych na polach elizejskich w wierzeniach starożytnych. Chciałbym Ci powiedzieć, że każdy wiersz miłosny powstały w sercach poetów i spisywany przez tysiąclecia jest utkany przez przeznaczenie tylko dla nas. Niestety gdy próbuje powiedzieć cokolwiek to moje usta stają się zakute. Powstrzymują moje serce. Zaciskają się me wargi jak sznur na szyli wisielca, który umarł, bo milczał i milczenie go zgubiło. Jeszcze nie teraz moja kochana. To nie ten moment. Kiedyś dowiesz się jak bardzo cię kocham. Obiecuje Ci to. Dam Ci ten dar. Nie wiem co z nim zrobisz, ale nie skończę na pewno jak ów wisielec i nie umrę w milczeniu. Nie rozstanę się z tobą nawet na małą chwilką, ponieważ jesteś jak wyspa na środku głębokiego oceanu. Każdy krok po za tą wyspę jest niczym skok w bezdenną czeluść, czarniejszą niż pustkowie nicości. Przytuliliśmy się bardzo mocno. Objęliśmy swoje talie swymi ciepłymi rękoma i zbliżyliśmy do siebie swoje płonące na wieki już serca. -Dziękuje, że mnie tu zabrałeś. Opowiesz mi coś jeszcze o tym miejscu i oprowadzisz mnie po nim. Chcę o tym miejscu wiedzieć jak najwięcej, bo jest dla ciebie ważne tak jak ty dla mnie. -Oczywiście Karotka. Skończyliśmy się przytulać, a ja chwyciłem ją lekko za łokcie i spojrzałem na nią lekko się uśmiechając. Chwyciła mnie za dłoń i razem w tej pozycji zwiedzaliśmy to miejsce. Pokazałem jej wszystko i opowiadałem o moich szczęśliwych chwilach tutaj spędzonych. Powiedziałem jej, jakie chwilę mojego życia wsiąkły w poszczególne przedmioty. Potem usiedliśmy na jednej z ławek przy drzewie. -Nick, a po to za figurka i drzewo. Spytała karotka bardzo dziecinnym głosem, który mnie uspokajał. -To drzewo to dąb i ma już 600 lat. Figurka natomiast przedstawia świętego Onufrego. Jest to patron leśników i pustelników. -Opowiedziałeś mi chyba już o wszystkim związanym z tym miejscem... -Nie wszystko, ale dużo. -Z twoich opowiadań wynika, że bardzo kochałeś swoją babcie i mamę. -Tak, ale do czego dążysz? -Nigdy mi nie opowiadałeś o swojej mamie. Teraz też nie wiele mi o niej powiedziałeś. -Ahhh... -Wiesz, ja Ci dużo opowiedziałam o moich rodzicach i moim licznym rodzeństwie, ale mam wrażenie, że czasem trochę nawet za dużo. -Wcale nie. Lubie słuchać tych historii. Na przykład o tym jak twój wujek ugryzł twoją mamę w tylną część ciała. -Heh, pamiętam. Chodzi mi o to, że mam wrażenie, że czasami chcesz mi coś opowiedzieć, ale ja za dużo mówię i nie masz okazji. -Teraz miałem. -Tak, ale chciałabym dowiedzieć się coś o twojej rodzinie. Po za tym myślałam, że skoro jesteśmy tak bliskimi przyjaciółmi to mogłabym ich poznać. -Rozumiem... -Wiesz, bo z moimi rodzicami to było by ciężko. Moi rodzice mają wrodzoną nienawiść do lisów. Zwłaszcza mój tata. -Masz na myśli spotkanie? -Tak! -Słuchaj to może pogadajmy o tym potem, ok? -Teraz mamy czas. Włączyłem telefon w celu sprawdzenia godziny. -No już nie wiele czasu. Wtedy Judy wyjęła swój telefon i podskoczyła. -Racja! Jedźmy już. -Okej, nie jest jeszcze zbyt późno, ale można powiedzieć, że Bogo pomyśli sobie, że zbyt do serca wnieśliśmy słowa: Bądźcie trochę później. Judy wstała z ławki, ciągnąc mnie za rękę i tym samym zmuszając mnie do wstania. Tą samą trasą weszliśmy do samochodu. Tym razem prowadziła Judy. Odpaliła wóz i jak najszybciej cofnęła go na drogę główną, po czym z dużym impetem zaczęła gnać po ulicach. Nie minęło wiele czasu, a już wyjechała z lasu. Całą drogę przesiedzieliśmy w milczeniu. Ona prowadziła, a ja siedziałem obok, gapiąc się w szybę i rozmyślając. Judy chce poznać moich rodziców. To chyba nie jest dobry pomysł. Nie zbytnio mi po myśli z ojcem, a matka? Kocham ją, ale ona strasznie trzyma jego stronę. Miałem jakieś 12 lat i wtedy się zaczęło. Nie, to nie będzie historia o ojcu alkoholiku, ani o narkomanie. To też nie jest historia o patologii, ani o skrajnym ubóstwie. To będzie opowiadanie o chorym chłopcu, który potrzebował pomocy, ale mu jej nie udzielono. Pewnego razu w małym mieście, leżącym tuż u stóp wielkiej metropolii jaką jest Zwierzogród. Ten mały chłopiec miał normalną rodzinę, ale było z nim coś nie tak i on o tym dobrze wiedział. Sam mówił o sobie, że jest "oryginalny", jak wszyscy. Każdy jest inny. On jednak był w tej inności wyjątkowy. Nikt go nie rozumiał, a jego słabości wykorzystywał pewien stary, gruby i wyjątkowo bardzo złośliwy lis. Tak, to był jego ojciec. Jego własny ojciec. Chłopiec popadł w rozpacz. Szukał pomocy u wielu, ale nikt nie był w stanie mu pomóc lub po prostu nie chciał. Raczej ta druga opcja. Modlił się do Boga o zdrowie, ale nie otrzymał odpowiedzi. Miał wrażenie, że został całkiem sam, więc chwycił za nóż. Każdego dnia rozcinał zewnętrzną powłokę swoich rąk. Za każdym razem patrzył z uwagą jak czerwień uchodzi z otwartej rany. Po każdym cięciu odkładał ostrze na bok i gromadził krew na dłoni. Potem brał butelkę i zlewał zawartość jego garści do środka. Gdy butelka była już pełna to robił w niej małe dziurki i pozwolił jej kapać cieczy przez balkon do rosnących poniżej kwiatów. Chciał w ten sposób przekazać część siebie przyrodzie. Wiedział, że jeśli umrze to jego ciało rozłoży się w ciasnej trumnie i nie przyda się światu zewnętrznemu z wyjątkiem bakterii, a one są złe i zabijają innych, a on nie chciał krzywdzić innych Chciał być kwiatem lub trawą poprzez karmienie roślin swoją krwią. Pewnego dnia znalazł tą największą... Tak, położył na niej swoje ostrze niczym morderca przykładający ofierze nóż do gardła. Wiedział, że jedną precyzyjne cięcie rozwiąże wszystko. Wiedział, że tak będzie lepiej dla niego i dla reszty. Powoli naciął skórę, która była widoczna, gdyż wcześniej ją w tym miejscu wygolił, ale coś poszło nie tak. Poczuł coś. Tak jakby głos w jego sercu. Każdy z nas posiada wole życia. Nikt nie chce umrzeć. W tej krótkiej chwili ta właśnie wola życia krzyknęła w akcie desperacji. Oddalił nóż od ręki i zalał się łzami. Od tamtej chwili już nigdy nie płakał. To nie znaczy, że był i jest martwy w środku. Przeżywa emocje jak każdy tylko, że on je skrywa głęboko w sobie. Robi teraz wszystko by nie ujawnić swoich słabości. Nie boi się, że znów będzie chciał przyśpieszyć swoje ostateczne pożegnanie. Nie boi się ponownego wytykania palcem. Jedyne czego się teraz boi to kompletna samotność... -Dojechaliśmy Nick. Możesz już nie patrzeć w szybę. -Co, ja nic nie zrobiłem. -Mówię, że dojechaliśmy głupi lisie. -Aha...Wybacz mi. Zamyśliłem się. Głos Judy stał się jakby zmęczony i ten stan utrzymywał się przez parę wymian zdań. -Jak zwykle... -Tak wiem. -Chodźmy do tego Bogo. Chce już mieć to z głowy. -Gdzie twój entuzjazm. -Jest nadal tylko rozmyślam nad tym co widzieliśmy odnośnie tego przestępcy, bo muszę przypomnieć sobie jak najwięcej szczegółów. -No widzisz. Ja tak samo. -Już w to uwierzę. Udaliśmy się do komisariatu. Światło jakie buchało z wewnątrz było oślepiające, zwłaszcza jeśli przed chwilą stało się w tak mocnej ciemności. Gdy przekroczyliśmy drzwi wejściowe, przywitało nas przyjemne ciepło. Przez chwilę poczułem się jakbym nosił gruby kożuch dla słonia. Znalezienie Bogo nie było trudne. Czekał na nas na środku korytarza. Nie był jednak wnerwiony jak zawsze. Był jakby przestraszony lub czymś się niepokoił. Coś w ten teges. -Wreszcie jesteście. Wejdźcie do mojego biura. Brzmiał i zachowywał się wyjątkowo spokojnie. Pora to zmienić. -A Pan zawsze będzie taki miły czy tylko tak okazjonalnie. Wtedy powiedział do mnie zdanie, którego nie zrozumiałem, bo mówił z mocno zaciśniętymi zębami, by powstrzymać krzyk. W dodatku jego oczy nie zmieniły wyrazu co powodowało, że malowała się na nich radość, a na ustach wkurwienie. Chyba powiedział coś w stylu: Nie [cenzura] mnie Bajer, bo Ci łeb wykręcę, ale przyjmijmy, że się przesłyszałem. Tak będzie lepiej. -Dlaczego kazał nam pan przyjść później? -Judy, powiem wam wszystko, ale wejdźcie do środka. Bawół wykonał gest rękoma zachęcający nas do wejścia. Tak też zrobiliśmy, a szef dowlekł się za nami powoli. Zamknął drzwi delikatnie i usiadł na swoim fotelu. -Więc tak... -Nie zaczynamy zdania od "więc". Bogo zamiast krzyknąć, sprawiając mi tym przyjemność, po prostu spojrzał na mnie i kontynuował po krótkiej przerwie. -Jak już wiecie, burmistrz zakazała mi przydzielenia wam tej sprawy. Ja jednak postanowiłem, że jako jesteście moimi najlepszymi policjantami... Wtedy powiedział pod nosem: -...a przynajmniej Judy na pewno. -Co? -Nic Bajer. Daj mi dokończyć. Odruchowo zrobiłem udawaną, smutną minę. -Potajemnie przydzielić was do sprawy. O tej porze, oficjalnie na patrolu powinien być tylko duet Wąsik-Borowski. -No tak, ale... -Dlatego, że burmistrz złożyła mi wizytacje, Bajer. -Ale, tak w środku nocy? -Tak, nie wiem czemu. Zapytała mnie tylko o przebieg śledztwa, ale nie rozumiem czemu nie zadzwoniła. Za równo telefon z komisariatu jak telefon burmistrz są chronione i wolne od posłuchów. Udało mi się wymknąć na chwilę i zadzwoniłem do was. Nie było by dobrze jakby burmistrz się dowiedziała, że wkręciłem was w śledztwo na lewo. Próbowałem też ją spytać dlaczego mi tego zakazała, ale nie wiedziałem jak złożyć pytanie tak by nie było ono podejrzane. -Co udało się już ustalić przez innych? -Tylko tyle Hopps co Ci powiedziałem. To, że współpracuje z Elizabeth Afton, o której nie wiemy prawie nic. Nie jest zarejestrowana jako obywatelka Wolnego miasta Zwierzogród. Nie ma też informacji o tym by była zarejestrowana jako obywatelka Kanady czy też USA. Wiemy jeszcze, że ma pseudonim Zendeta. Świadkowie mówią, że przedstawia się im jako "Iskra" lub "Ogień" rewolucji. -Jacy świadkowie? -Wiele osób odwiedził on w nocy. Wszystkim wręczał na koniec białe maski z szerokim uśmiechem, dużymi czarnymi wąsami i lekko różowymi polikami. Wiemy też, że jest lisem. Zabił do tej pory 3 osoby, oczywiście poza wybuchami. Byli to: Alan Sutler- aktywny działacz polityczny, związany z Burmistrz Obłoczek tym, że promował ją w licznych przemówieniach, Edward Finch- były wojskowy, stopień podpułkownik i doctor Delia Surrige. Ostatnia ofiara została otruta i miała w ręku czerwoną róże. Żadna z ofiar nie ma ze sobą powiązania. -A może my go nie znamy. -Być może masz racje Bajer, ale tego jeszcze nie wiemy, więc zostawmy to na potem. -Ale to jest kluczowe dla śledztwa. Dzięki temu możemy dowiedzieć się kto będzie następny. -Na razie nic w tym temacie nie wiemy. Natomiast podobno mieliście "spotkanie" z zamachowcem, w którym ucierpiała twoja noga Bajer. Współczuje Ci, ale czy wiecie coś. -Prawdopodobnie dojdzie do spotkania terrorysty z Elizabeth Afton w pewnym starym Parku przy opuszczonym wesołym miasteczku. Prawdopodobnie o godzinie osiemnastej. Nie wiemy dokładnie, którego dnia dlatego trzeba się tam na nich zaczaić każdego dnia o tej porze, a może akurat trafimy na ten dzień. -To dobry plan Judy. -Jest jeszcze coś. On gdy jest pełnia ma zwyczaj siedzenia na skraju mostu i wrzucania białej róży do strumienia. Most znajduje się nie daleko od końca miasta, ale terrorysta zauważył nas i raczej nie ma szansy na zasadzkę w tym miejscu. Jest bardzo dobrze uzbrojony. -Tak, trzeba będzie przeprowadzić dużą akcje. Spróbujcie jutro zdobyć jeszcze jakieś informacje, a ja rano kogoś przydzielę już do akcji pochwycenia go, ale muszę znać dokładne położenie parku. -Tu jest problem, bo to ani nie na żadnej ulicy, ani nie na jakimś placu. To miejsce nie ma nazwy, ale wiem gdzie to jest i mógłbym komuś pokazać. -Okej, zrobimy tak. Rano poinformuje wybranych przeze mnie policjantów, a wy ich tam zaprowadzicie. Jutro nie przychodźcie do pracy. Zamiast tego dowiedzcie się jakoś czegoś jeszcze. Może ktoś coś wie. Dam wam jeszcze życiorysy zamordowanych i podam kilka nazwisk i adresów świadków. Może nie wszystko nam powiedzieli. Wielu nawet nie wyraziło zgody na przesłuchanie. Nie bierzcie wozu służbowego. Macie jakiś swój? -Mój znajomy ma, ale teraz leży w szpitalu. Mam jednak klucze do jego mieszkania. Pojazd jest też częściowo nasz wspólny, więc mogę go pożyczyć. -Dobrze. Jutro koło 15:00 do was będę dzwonił. Napiszcie tylko jeszcze raport bym miał wszystkie informacje na papierze. Spisaliśmy wszystko i to by było na tyle. Opuściliśmy komisariat i udaliśmy się na przystanek autobusowy. Przystanek był bardzo słabo oświetlony. Była tam tylko jedna migająca lampa. Znajdowały tam się dwie długie ławki otoczone tym szklanym czymś. Nie wiem jak to nazwać. Takim jakby daszkiem? Coś w tym rodzaju. Obok znajdował się szary kosz na śmieci, a tuż przy nim słup gdzie widniał rozkład jazdy i znak drogowy. Okolica była bardzo ciemna. Za przystankiem był jakiś park, a dookoła kamienice. Mimo tego, że wiele świateł w oknach było nadal zapalonych to panowała tam prawie kompletna cisza, którą przerywały jedynie samochody od czasu do czasu przejeżdżające okazjonalnie drogą przy przystanku. -Trochę chyba jeszcze poczekamy. -Możliwe. Pewnie o tej porze mu się nie spieszy. Jednak bądź cierpliwy Nick. Cierpliwość jest cnotą. -Tak...Jutro nas sporo pracy czeka. -Tak... W dodatku tylko nieoficjalnie. Oficjalnie to nie mamy nic z tą pracą wspólnego. -No i w jeszcze jak my tą sprawę rozwiążemy to i tak nie będziemy z tego nic mieli. Wszyscy będą myśleć, że sprawę rozwiązali inni, a my nawet nie mogliśmy w niej brać udziału, bo burmistrz ma jakieś uprzedzenia do nas lub coś. -I co z tego. Ważne jest, że ssaki będą bezpieczne, a nie kto rozwiązał sprawę. -Bezpieczne... Nigdy nikt nie będzie w pełni bezpieczny Karotka. -Co masz na myśli. -Żebrak, bezdomny nie są bezpieczni, bo nie mają pieniędzy na jedzenie i mogą umrzeć. Zwykłe ssaki też nie jest bezpieczne, bo mogą zostać okradzione lub zabite przez tych biednych, albo oszukane przez tych bogatych. Nawiasem mówiąc to Ci bogaci też nie są bezpieczni. Nawet jeśli nikt ich nie okradnie, ani nie oszuka to przez całe życie będą musieli chorobliwie walczyć o to co mają. Pieniądze ich zaślepią i nie dadzą im szczęścia, a jedynie zmartwienia. Sami sobie będą wężem. Ilu bogaczy i sławnych ludzi popełnia samobójstwo. Nikt nie jest bezpieczny i nigdy nie będzie Karotka. Nikt nigdy. -W takim razie Nick to co by się musiało stać według ciebie by każdy był bezpieczny? -Są trzy opcje. Wszyscy musieliby mieć styl życia jak ssaki pierwotne z tą różnicą, że byłaby wysoko rozwinięta medycyna i kultura. Opcja druga to pozbycie się pieniędzy. Najlepiej jakby te dwie opcje występowały obok siebie. -A trzecia? -Trzecia opcja sprawdziła by się tylko jeśli Bóg istnieje, a każdy ssak żyłby zgodnie z religią. -Ale jaka to opcja? -Wszyscy musieli by umrzeć bez grzechu. -To dość smutna opcja. -Czemu? Ja osobiście Karotka uważam, że nie da się jednoznacznie potwierdzić czy Bóg jest czy nie, ale jeśli on jest i każdy trafiłby do nieba to każdy byłby tam bezpieczny. -No tak, ale nie żyjemy po to by umrzeć. -Tak, ale czym my na pewno żyjemy realnie? Czy to nasze życie jest? Czy na pewno żyjemy pełnią tego życia? Popatrz na to tak. Wszyscy rodzimy się by coś osiągnąć. By być kimś. Jedni chcą być lekarzami, a inni piosenkarzami, ale o czym jakieś 99% społeczeństwa myśli pierwszorzędnie kiedy kształci się w jakimś kierunku i zdobywa zawód? -Emmmm, nie wiem. -Większość z nas nie zostaje lekarzem po to by ratować innych, ale po to by mieć kasę. Uczymy się po to by zdobyć dobry zawód, z którego będziemy mieli kasę. Myśl, że naszym zawodem pomagamy inny jest drugorzędna, trzecioplanowa lub jej nie ma. -Ja zostałam policjantką by ratować innych. Po to by pomagać, a nie dla pieniędzy. Gdybym chciała pieniędzy to pracowałabym na farmie, tak jak chcieliby moi rodzice. -Jak już powiedziałem 99%. Ty jesteś tym 1% i za to cię cenie Judy. Jesteś dowodem, że chęć pomagania innym i marzenia są ważniejsze od pieniędzy. Niestety to tylko 1%. -A może aż? Uważam, że liczby nie mają znaczenia, a sam fakt, że istnieje w ogóle jakiś ktoś dla kogo marzenia i dobro jest ważniejsze od pieniędzy, powoduje, że ten świat ma jeszcze jakiś sens. Małe, zwykłe dobro. Każdy gest dobroci. Zwykłe głaskanie dziecka przez matkę, zabawa ojca z dzieckiem lub opatrzenie komuś ran... To są małe uczynki. Niewielkie przejawy dobroci, ale to właśnie te małe gesty czynią, że świat nie jest martwy. Wielkie zło można pokonać wielkim dobrem, ale bez tych małych dobrych uczynków jest to nie możliwe. Ja wierze w Boga Nick, a Bóg przed zniszczeniem Sodomy powiedział do Abrahama, że jeśli w mieście będzie choć jedna godziwa osoba to nie zniszczy miasta. Liczy się nawet ta jedna osoba, a nie to czy dobrych jest więcej. -Może masz racje Judy, ale ja i tak uważam, że nawet jeśli to małe dobro ratuje ten świat to kto uratuje to małe dobro? Co jeśli ono zniknie. -Tego nie wiem. W tym samym, gdy Judy powiedziała ostatnie zdanie, przyjechał autobus. Weszliśmy do środka i zapłaciliśmy kierowcy. W wewnątrz autobus był pusty. Biliśmy tylko my. Zajęliśmy miejsca w środku, obok siebie w lewym rzędzie. Judy usiadła od okna, a ja od korytarza. Ściany pojazdu w środku była pokryte błękitnym puchem, a fotele szarym. Lampy dawały bardzo jasne, zimne światło. Po 15 minutach autobus dojechał pod mój blok. Wysiadłem i pożegnałem Judy. Następnie całkiem sam na ulicy rozpocząłem krótki marsz w ciemność. W końcu dotarłem do mieszkania. Włączyłem światło i bezsilnie buchnąłem się na łóżko. Jednak po 30 minutach nieskutecznego usiłowania uśnięcia postanowiłem pójść do kuchni i zażyć hydroksyzyne. Po połknięciu lekarstwa znów się położyłem. Już nie chciało mi się przebierać. Gdy tylko lek zaczął działać nareszcie zamknąłem oczy i wpadłem w błogosławiony sen. Koniec części pierwszej. CDN. Nasza szara codzienność. Nasze smutki i śmiechy. Nasze przywary i cnoty. Nasze tragedie i wesela. Nasze marzenia senne i mary koszmarne. Nasze występki i czyny godne chwały. Przyjemności i bóle. Wzruszenia i apatia. Starość i młodość. Nasze życie i nasza śmierć. Czy to wszystko ma jakiś sens we wszechświecie? Czy nasza twórczość ma sens? Emocje? Czy to, że ja i ty przemijamy ma sens? Czy dobro i zło ma sens w świecie, który nas otacza? Czy ten otaczający nas świat ma sens? Jaki jest ten sens, jeśli w ogóle jest. Pytanie dziecinnie proste, a nikt przez tysiąc lecia nie udzielił na nie odpowiedzi, która usatysfakcjonuje każdego. A co jak powiem, że świat sam w sobie ma sens, ale nigdy go nie odkryjemy. Prawie nigdy. Tak naprawdę świat nie ma jednego jednolitego sensu. Dla każdego będzie on inny. Tak samo będzie się on wielokrotnie inaczej definiował w naszym życiu. W wieku 10 lat dla mnie sensem był mój intelekt. W wieku lat 12 moje marzenia. W wieku lat 14 moja dziewczyna. Potem me życie na chwilę straciło sens. Nie, to nie tak, że chciałem ze sobą skończyć. Nigdy nie miałem takich myśli. Nic z tych rzeczy, po prostu strasznie pragnąłem poznać ten sens. Chciałem go zdefiniować. Chciałem powiedzieć sobie, że AHA to właśnie ten sens mojego życia, ale nie potrafiłem. W końcu gdy przeglądnąłem moją przeszłość, popatrzyłem na to jak ten mój sens się zmieniał i doszedłem do wniosku, że skoro sens życia ma określać CAŁE życie, a nie tylko jego cząstkę to znaczy, że za życia nigdy go nie poznamy. Cóż...prawie. Dlaczego prawie. Już prostuje. My nigdy nie poznamy sensu życia, który określiłby nasze życie w pełni po za łożem śmierci. Sens życia będziemy mogli określić dopiero tuż przed śmiercią. Wtedy będziemy mogli podsumować swoje życie i w spokoju oddać się w ramiona śmierci by znaleźć się w świecie lepszym od tego. O ile na to zasłużymy. Michael Lught
  3. https://www.popcultcha.com.au/guardians-of-the-galaxy-rocket-s-rifle-1-1-scale-life-sized-prop-replica.html 3 tysiące $....
  4. Przejrzałem sobie ofertę sklepu z figurkami i ceny są zawrotne ... - 2 640,00 PLN - 29 500,00 PLN - 1 290,00 PLN - 1 650,00 PLN - 1 720,00 PLN - 1 530,00 PLN - 80,00 pln - 32,00 pln - 55,oo pln - 550,00 pln Normalnie, masakra ... Kilka fotek z "Avengers Infinity War":
  5. Jakby ktoś się zastanawiał nad kupnem figurki Nicka od Revoltech. Nick przyszedł dzisiaj, nawet udało mi się tym razem nie płacić cła. I tym razem nie ułamałem żadnego stawu No to nie przeciągając: Figurka ma 13 cm do czubka głowy. Rozmiar w stosunku do Judy: W zestawie dodatkowe dłonie, mordki, podstawka do ustawiania go w dynamicznych pozach w powietrzu i okulary przeciwsłoneczne (co ciekawe trzymają się na wyciętym otworze przy uszach, okulary trzymają się solidnie a mocowanie nie rzuca się w oczy). Co ciekawe jedna z dłoni Nicka służy do trzymania długopisu Judy którego Nick nie ma w zestawie, także producent podejrzewał że pewnie i tak ktoś kupi obie figurki. Oczywiście można figurki ustawiać: Judy, co ty robisz.... No i patrz co narobiłaś.................... Jestem zadowolony z figurki choć ma swoje wady. Przez to że nogi ma na stałe lekko zgięte, ograniczony jest kąt obrotu stopy. A przez to Nick ciągle się przechyla do tyłu, choć nie przewraca się dzięki masywnemu ogonowi. Nogi też nie mają dużego kąta obrotu także tu też mamy spore ograniczenie. Uszy ledwo co się ruszają, tylko troszkę w górę i dół. No i jeszcze jest dziwna zmarszczka na pyszczku pod oczami, widać ją dobrze na zdjęciu gdzie Nick chce złapać Judy za ogonek. Tłumaczenie że to przez wyraz twarzy do mnie nie przemawia bo każda z twarzy to posiada. Także mimo to polecam. Fajna i solidna figurka. Jak masz Judy to kupuj koniecznie, niech nie będzie taka samotna.
  6. Też się kreska wydaje nieco dziwna
  7. Czemu dziwna? Jak dla mnie, jest ok.
  8. Dziwna jakaś ta kreska, w ogóle nie czuć ducha filmu... Nie powiem, żeby mnie to zachęciło do kupienia.
  9. Nie wiem, czy to dobry temat ale będzie komiksowy prequel "Zootopii": http://www.komiksydisneya.pl/2018/05/prequel-zwierzogrodu-od-dark-horsea.html
  10. If you need more backlinks, more traffic, more clients: https://goo.gl/R86f8G Languages: RU; PL; ENG; After run xneolinks, you can change language. Xneolinks supported: 200+ cms (Automatizations); Articles / Topics / Comments / web2.0 platforms / Unical CMS;
  11. Na Empik.com można nabyć Nicka z Disney Infinity za niecałe 10 zł. Niestety, nie ma już Judy. http://www.empik.com/disney-iinfinity-3-0-nick-wilde,p1119712255,multimedia-p
  12. Prawdopodobnie 18 kwietnia w ramach Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela ukaże się 141 tom kolekcji: " Szop Rocket: W pogoni za Władnym Ogonem".
  13. 2022 to najbliższy termin, w jakim moglibyśmy zobaczyć Z2 ? Kiedyś też tak myślałam, wcześniej raczej nie da rady.
  14. Siedzę nad tym już 15 minut i nie wiem o co chodzi
  15. Kolejne plany Disneya: Aktorska wersja animacji Mulan trafi do kin 27 marca 2020 roku. Kolejne aktorskie filmy koncernu będą pojawiać się w następujących terminach: 4 października 2019 r., 8 listopada 2019 r., 14 lutego 2020 r., 29 maja 2020 r. (poprzednio 3 kwietnia 2020 r.); 9 października 2020 r., 23 grudnia 2020 r ., 12 lutego 2021 r., 28 maja 2021 r., 9 lipca 2021 r., 8 października 2021 r., 22 grudnia 2021 r., 27 maja 2022 r., 8 lipca 2022 r., 4 listopada 2022 r., 16 grudnia 2022 r. i 17 lutego 2023 r. Wśród nich znajduje się animacja zaplanowana na 23 listopada 2022 roku. https://naekranie.pl/aktualnosci/wiemy-kiedy-do-kin-trafi-aktorskie-mulan-i-wiele-wiecej-disney-oglasza-daty-premier-swoich-filmow-2985789
  16. Gdyby ktoś był zainteresowany, to 21 lutego ukazał się pierwszy tom "Anihilacja: Podbój", komiks, w którego skład wchodzi mini seria "Star Lord", w której dochodzi do pierwszego spotkania Petera Quilla, Rocketa i Groota (który gada!):
  17. Nie wiem, czy to jest jakiś znak a może przeciek?: https://naekranie.pl/aktualnosci/zwierzecy-bohaterowie-animacji-jako-ludzie-zobacz-swietna-galerie-2959216?gal-0-img=4 Spójrzcie na podpis pod zdjęciem ludzkich wersji Judy i Nicka
  18. Zły brat bliźniak ? Gratuluję fachu w ręku, sama bym tak chciała ;]
  19. Znowu Gidełon, i to dwa jednocześnie!
  20. Obecnie oglądam Guardiansów na Disney Channel, całkiem fajnie się to ogląda. Co do "Rocket Raccoon and Groot" z chęcią obejrzałabym te cudo bo ten futrzak zasługuje na swój własny pełnometrażowy film.
  21. Prawdopodobnie będzie film "Rocket Raccoon and Groot" a nawet jeśli trójka będzie ostatnią częścią, to bohaterowie mają nadal funkcjonować w MCU, tylko już nie jako grupa i nie jako Strażnicy Galaktyki - Rocket może, np. trafić do Avengers jako nowy Stark, wynalazca
  22. Fajne te figurki, kcem obie
  23. Mój sprawdzony sposób to złapanie za brodę i ciągnięcie tej strony, nie od góry. Niech się "otworzy". Gorzej jest ze zmienianiem dłoni bo po tym jak złamałem ten staw na uchu to zrobiłem się mocno wyczulony... A zauważyłem że mi się staw trzymający głowę pod nią nie obraca i nie jestem pewny czy to tak ma być, bo przez to nie mogę jej przechylić głowy na bok a tylko w przód i tył. A trzyma się mocno i nie chcę kolejnego złamać....
  24. Wolałabym jakąś krótką serię z Rocketem, jakiś orgins albo inna geneza, bo skoro vol.3 to ostania część to będę czuła jakiś niedosyt. Rocket jest naprawdę milusi ;-)
  25. Bo koniunkcja sfer niebieskich przybrała zły azymut (wymyślone po lampce wina...) Najlepszy patent na nudę ?
  26. Wstyd przyznać, ale mojej Judy nie zmieniłem jeszcze wyrazu twarzy. Coś się trzyma za mocno i boję się, że to rozwalę
  1. Pokaż więcej aktywności