Michael lught

Szarak
  • Zawartość

    2
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez Michael lught

  1. Link do oryginału: https://www.fanfiction.net/s/12733137/3/ZwierzogródZootopia-Arternatywna-kontynuacja Samochód był dość duży jak na średniej wielkości ssaka, który w nim siedział... Stoję na górce pokrytej małymi suchymi źdźbłami polnej trawy. Niebo jest puste od chmur. Zastanawiam się co to za miejsce. Ciepły wiatr delikatnie muska moje futro. Między palcami czuje coś dziwnego. Nie mogę ich złożyć w pięść, figę, ani w żaden inny sposób. Nie mogę ruszać dłońmi. Czuje jakby cienka nić przetaczała się między mymi palcami. Przewija się dalej, aż poza me ręce, ale jej nie widać. Nie da się na nią spojrzeć oczyma mimo jej ogromu. Da się ją tylko czuć. Między palcami zaczęły wyrastać mi kiełki. Nie bałem się, choć zdziwił mnie fenomen tego zjawiska. Kiełki zmieniły się w kwiaty. Małe zielone włócznie, a na ich czubku majestatycznie usytuowany niebieski kwiat. Był bardzo dziwny. Nie znałem tego gatunku. Wyglądał dość pospolicie, ale był jakiś inny. Był bardzo piękny. Tak piękny, jakby był przerysowany. Jakby artysta namalował obraz i umieścił kwiat w jego tle. Oko arcymistrza malarstwa musiało spolądnąć na ten kwiat. Następnie przerzucił jego piękno na osobny obraz. Obraz poświęcony tyko temu kwiatowi. Lecz kwiat nie widzi artysty. Ale może odczuwać jego obecność. Kwiaty nagle zaczęły usychać.Ich uroda została zamazana. Mimo to nadal było w nich coś pięknego. Podszedłem bliżej czubku wzniesienia. W dole widziałem piękny niebieski strumyk, a w nim piękne kamyki. Nie chodziło tu o to, że się błyszczały, ani o to, że były białe. Poprostu były piękne. Różowo-fioletowe kwiaty na krzewach porastały brzegi strumyku. Kłosy porastały drugi brzeg strumienia. Wysokość troszkę przerażały, bo stałem tuż przy krawędzi małego urwiska, ale piękno tej scenki wygnało ze mnie strach. Niebo trochę pocięmniało, ale nadal zachowywało piękno. W tej chwili nagle pojawiła się czarna postać. Była dziwna. Sylwetką nie przypominała żadnego znanego światu gatunku. Była dość wysoka. Wyciągnęła do mnie dłonie. Na jednej był nóż, a druga dzierżyła wielką igłę. W umyśle kazała mi wybrać jeden przedmiot. Nie powiedziała mi tego wprost. Poprostu wiedziałem o co jej chodzi. Niestety nie mogłem dokonać decyzji. Nadal moje dłonie były unieruchomienie przez uschnięte kwiaty. Postać wyjęła czarne, jakby przypalone nożyce. Obcięła kwiaty i podrzuciła je wysoko nad przepaść. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu kwiaty unosiły się do góry ku niebu. W końcu zniknęły w chmurach. Nie mam pojęcia co może być za tymi zwykłymi chmurami. Dalej mój umysł nie sięgał. Postać chwyciła mnie niczym jak matka podnosi swoje dziecko. Z troski ułożyła moje ciało w ramionach. Nie bałem się. To było dobre uczucie. Dawno nie czułem czegoś takiego. Dawno nie byłem tak szczęśliwy. Niestety nie trwało to długo. Nie zdążyłem przytulić się do miękkiego ciała tej istoty i powoli usunąć. Dłonie stworzenia zrobiły się zimne, sztywne i twarde. Spojrzałem, za jego bark. Zobaczyłem rodzinę. Stała daleko z tyłu ze spuszczonymi głowami w dół. Tylko moja mama patrzyła na mnie. Jej oczy były obojętne. Jej uszy były obojętne. Jej usta były obojętne. Jej wzrok był obojętny. Jej słuch był obojętny. Jej mowa była obojętna. Postać trzymająca mnie zaczęła biec w stronę urwiska. Podrzuciła mnie do góry nad czeluść. Uniosłem się wtedy bardzo wysoko, ale przed samymi chmurami, gdy już miałem wsadzić głowę za ich sekret. Wtedy zaczęło się swobodne spadanie w stronę strumienia. Byłem tak oszołomiony, że nie wiedziałem co robić. Usłyszałem tylko płacz mojej matki. Wybiegła jakby chciała skoczyć i mnie chwycić, ale było już za późno. Wpadłem do strumienia, a wtedy woda w jednej chwili stała się zimna i brudna. Leniwy strumyk zmienił się w żwawą i agresywną rzekę. Chwyciłem konar, by spróbować uratować się z opresji. Usłyszałem potwory szum. Odwróciłem się i za sobą zobaczyłem wielki wodospad. Wielki wodospad, a ja nad nim trzymający konar. Powoli wyślizguje mi się z ręki. Zaraz spadnę. Nagle wstałem z czegoś miękkiego na proste nogi. Byłem w swoim obskurnym mieszkanku. To był sen. Co on oznacza. Nie wiem. Na całym ciele miałem gęsią skórkę. Czułem się jakbym wogóle nie spał. Cały kark mi zesztywniał. Byłem zmęczony, zmarznięty i głodny. Idealnie jak na początek poniedziałku. Spoglądając za siebie widziałem swoje niechlujnie ułożoną pościel i kołdrę. Wieczorem była ładnie poukładana. Musiałem bardzo rzucać się w nocy. Ten sen był jakiś inny. Z regóły nie pamiętam swoich snów, albo szybko je zapominam. Ten pamiętałem z każdym szczegółem. Postanowiłem, że nie będę sobie tym za krzątał mojego umysłu. Tak, mojego umysłu i tak pełnego już wielu chaotycznych myśli. Bardzo nie spójnie ze sobą zestawionych... No, ale czas nagli, pomyślałem. Szybko nałożyłem na siebie mundur i wrzuciłem do ust parę niebieskich borówek. Miałem lekki problem z ich przełykaniem. Niemądry połknoł wiele na raz bez gryzienia. Czułem jakby wielką kula powoli przetaczała się przełykiem zanim wylądowała w żołądku. Kiedyś się w ten sposób wykończe do reszty. W dodatku sypiam zaledwie po parę godzin. To nie jest tak, że z mojej winy. Po prostu te wszystkie myśli przed snem powodują, że boje się usnąć. Boje się, że przyśni mi się koszmar, którego nie zapomnę do końca życia. Jestem co prawda dorosły, ale przy mojej gonitwie myśli to dodatkowo wyrwało by mnie ze tego względnego niby spokoju. Ten sen... to nie całkiem był koszmar... Czas nagli. Ostatnie poprawki i wychodzę. Przekraczając próg drzwi poczułem na całym ciele ten chłodny powiem dobiegający z klatki schodowej. Zamykając drzwi mój wzrok przyciągnął mały niepozorny dla mnie przedmiot. Był to krzyż. Wisiał na ścianie nad moim łóżkiem. Zapomniałem zupełnie, że go mam... i ...po co. Prawa, lewa, prawa, lewa, prawa, lewa... Ssaki idą obojętnie zapatrzeni na siebie. Szarymi chodnikami w szarych humorach z szarymi myślami w szarych strojach pod szarym niebem. Zastanawiam się, po co? Po co oni tak się spieszą. Gdzieś pokaleczony ptak pełznie po ziemi w uścisku śmierci. Bezdomny prosi sprzedawcę o kawałek chleba. Woda kapie z rynny, ale niestety nie spada na roślinkę rosnącą obok. Ssaki patrzą w siebie. Widzą swoje problemy. Reszta ich nie obchodzi. Jak Ikar na obrazie tonie, a ani rolnik, ani rybak nie pomagają mu. Jesteśmy ślepi na problemy innych. Świat goni, a kto stoi w miejscu ten w nim zanika. Wyścig w bezsensownych zawodach. Uczucia to pojęcie względne. A ja? Idę z nimi, bo muszę... Dotarłem do Tramwaju. Miał piękną, żółto-czerwoną obudowę. A siedzenia! Lepsze niż moje łóżko. Wyjątkowo dziwne... Przy komisariacie przed przejściem zatrzymała mnie mała dziewczynka. - Pan Nick Bajer? - Tak, a co cię tutaj do mnie sprowadza? Gdzie twoja mama? - Jest w sklepie. Mała brązowa kuzka wyciągnęła mały notesik. Słyszałam o panu. Jest pan bardzo odważny. Chciałabym od pana Autograf. - Mój pierwszy autograf w życiu jaki komuś podpisuje. Podaj długopis. Moja ręka lekko trochę zadrżała. Chciałem żeby był jak najbardziej ładnie napisany. - Dziękuję panu. - Proszę bardzo moja dziewczynko, a teraz szybko leć do mamy. - Tak jest! W sposób jaki zasalutowała bardzo mnie rozbawił i ucieszył. Dzieci są najważniejsze. Musimy dbać o ich niewinność. W nich nadzieja społeczeństwa. By inni mieli lepsze życie od nas. Może to nowo pokolenie coś zmieni. Może ono zaważy o historii tego świata. - Nick, Co tak stoisz tak sam na środku chodnika. - Ach ten głos! Karotka! Haha co ty na wyścig kto pierwszy dobiegnie do komisariatu!?
  2. Link do oryginału mojego opowiadania: https://www.fanfiction.net/s/12733137/1/ZwierzogródZootopia-Arternatywna-kontynuacja Opowiadanie (12+). Prolog. Na odludziu stała chata. Pełniła ona funkcje przydrożnego Baru. Stara droga, już właściwie jest tylko jakąś mieszaniną bez ładu, kamyczków i małych ziarenek piasku błyszczący jak szczerozłoty denar. Zielony dywan otaczał wszystko dookoła. Łącznie z małymi wypukłościami na horyzoncie. Nieliczne były występujące w tle słupy odziane w zielone drobne listki oraz białe i szare skały. Małe łzy, jakby aniołów, powoli opadały na wszystko co było pod nimi. Niebo świeciło smutkiem przybierając szare pomarszczone stroje. Obok baru stał ceglany mały domek opasany szarym kamienistym murkiem. Stara drewniana chatka była tuż przy drodze. Żółte światło buchało ze środka. W środku dwa cienie grały razem z tą poświatą. Gdyby wejść do środka... W środku był młody Lis, a po jego prawej wysoki borsuk. Siedzieli przy ladzie. Nad lisem znajdowała się półka. Z kolei obok borsuka można ujrzeć jedwabną nić małego pajęczaka. Dziwne, że tak małe stworzonko może być mistrzem w szyciu tak wspaniałych siateczek. To jest poprostu cudne ... - Nick, opowiedz mi o tym Szaraku. - Michael, co tu gadać. Poznałem ją niecałe dwa lata temu ... Nick na chwilę się tu zatrzymał. Rozmowa o tym temacie nie sprawiała mu jak widać przyjemności. Bez sensu spoglądał w szklankę, w której niegdyś była przeźroczysta, wonna ciecz. Chwycił szklankę w łapę i uniósł lekko nad stołem. Przekręcał ją bacznie obserwując jej wnętrze. Drugą łapę położył na półce. Popatrzył na butelki, które na niej się znajdowały. 1900, 1932, 1890, 2001, 1978, 1990; to tylko nieliczne liczby znajdujące się na butelkach. Co one oznaczają? W dzisiejszym świecie liczbą określa się prawie wszystko. Mówimy mam 12 lat, wstałem o czwartej rano, mój numerek to 27. Jest to dobra metoda, ale czy dziecinna prostota nie była by lepsza. Ludzie nie są numerami, a to czy ktoś ma 10 lat nie oznacza, że jest młody. Może być nawet starszy od kogoś kto ma 14 lat. Za bardzo wszystko katalogujemy. Zapominamy o tym, że nawet dwa kamienie leżące obok siebie i wyglądające tak samo to i tak inne kamienie. - Nick, ale ja wiem, kiedy ją poznałeś. Ja do cholery pytam jak !? - Michael, to jest za ciężki temat do ... Borsuk stanowczo i głośno mu przerwał, ale mimo tego, że głośno to dość uprzejmie. - Stary gadasz o niej cały czas, a ja nic o niej nie wiem! Po za tym, że to fioletowo oki królik o ładnym zapachu. To nie uczciwe wobec mnie! Michael chciał coś powiedzieć na końcu, ale Lis mu przerwał głośno. Głosem stłumionym jakby przez chrypkę. - Wiem to! Wiem, że pierdole o niej 24 na dobę. Wiem. To nieuczciwe wobec ciebie, ale do nie jest dla mnie łatwe. Musisz zaakceptować to, że jest to dla mnie trudny temat do rozmowy. Ostatnia sytuacja zmieniła go nieco. Pod czaszką Nicka kryły się problemy i dylematy, trudy podjęcia wyboru. Próbował o tym zapomnieć poprzez żarty, ale wspomnienia, których się wyrzekamy stają się naszymi koszmarami. On najwyraźniej o tym nie wiedział. Przez to jego dusza była miotana i zgniatana jakby przeżywała męki piekielne. - Mów w końcu. - Słuchaj, bo powtarzać nie będę! Byłem drobnym krętaczem. Karo ... Judy mnie na tym przyłapała i wykorzystała do rozwiązania pewnej zagadki. Bo widzisz, w Zwierzogrodzie mamy podział na drapieżniki i roślinożerców. Tych pierwszych jest 10%. Wtedy burmistrzem była Panna Swinton. Gruba i całkiem wkurzającą świnia. Dosłownie świnia. - Dlaczego była taka zła? - Ssaku, ty gazet nie czytasz? - Wiesz, że jestem prostym stworzeniem. - Uhhh, No to ta cała Swinton wprowadziła zakaz przemieszczania się drapieżnikom po ulicach od 22:00. Inaczej jak kogoś przyłapali zakładano mu obroże. Raziły prądem. Prąd był tak silny i przenikliwy, że czuło się go, jak przechodził każdy nerwem przez ciało. Na całym ciele od szyi po stopy rozchodził się stopniowo. Jakby twoje ciało płonęło ale od środka. Raziło tylko gdy jest się pod wpływem silnych emocji. Od Złości po Miłość. Musisz się zachowywać jak Zombie bez uczuć. I nie ważne, że na zegarze miejskim, który jest bardzo dokładny, mamy 22:00. [cenzura], które pilnowały tego pseudo porządku na zegarkach mogły mieć 22:01! Wiem, ponieważ przyjaciel mi opowiadał. Przeżył to na własnym ciele. Jeszcze go pobili, by mieć większe wynagrodzenie. By potem powiedzieć, że się opierał i był agresywny. Przebywał dwa dni w szpitalu po pobiciu. Potem odsiedział w areszcie dwa dni, a na koniec zapłacił wysoką kare i jeszcze musiał nosić te obroże dwa tygodnie na szyi. Do dziś skarży się na ból pleców. A gdyby to drapieżnik zrobił tak roślinożercy nawet jeśli było by to słuszne to pewnie konsekwencje otrzymałby drapieżnik. Po traktowani jesteśmy jak gorsza kasta. - Aż taki tam macie rygor? - To jeszcze nie wszystko mój średnio wykształcony przyjacielu. Michael mocno się oburzył. Zmarszczył czoło tak mocno, że jego twarz chwilowo przypominała jakby zdjąć ją ze starca. Michael wychował się w rodzinie pochodzenia Cygańskiego. Byli Ateistami i to strasznie twardo w tym stojącymi. Nienawidzili Boga za cierpienie jakiego doznali. Nienawidzili również Michaela, bo był nieplanowanym dzieckiem. W wieku lat 12 uciekł od rodziców. Coś w nim pękło gdy zniszczyli jego pamiątki po babci. Po ucieczce z domu kupił za pieniądze zabrane rodzicom przyczepkę i małego Jeepa. Aktualnie wędruje i sprzedaje własnoręczne wyroby. Nie jest cyganem, ale postanowił wieść proste życie koczownika. Z czasem spotkał starszego mężczyznę. Jedyna jak do tych czas osoba jaka się nim zaopiekowała. Naprawdę święty ssak. Nauczył Michaela kilku modlitw. Tak właśnie on poznał Boga. Dzięki temu lepiej poradził sobie trudami życia... Albo po prostu miał szczęście? Różne ssaki na te kwestie inaczej spoglądają. Każdy decyduje sam co o tym uważa. Cienie stoją po obu stronach i po obu stronach można dojrzeć prawdy. - Phi! Myślisz, że życie w Bogactwie z kimś kto cię nienawidzi to przyjemność? - Żartuje. Wybacz. Śmiech Nicka przy tym słowie był cichy, ale wyjątkowo złośliwy i szpetny. Ale Michael nie gniewał się, bo znali się z Nickiem już od pewnego czasu. Połączyła ich przyjaźń. Często sobie pozwalali na dokuczanie sobie. W końcu Nick uratował mu życie. Swoją pomocą i Borsuk wynagrodził ten czyn swojemu wybawcy. Kto się lubi ten się czubi. - Byłem raz światkiem jak młodą wilczycę pobito, bo sprzedała jajka metr za blisko od supermarketu. - Mówisz o strasznych tragediach i dziwach! Źle o policji mówisz, a sam do niej należałeś. Na te słowa Nick się oburzył, ale zmienił to w żart. Sięgnął po szklankę nad jego głową i poprosił właściciela o dokładkę napoju, który omamił już wiele stworzeń. Dla którego nawet niektórzy mogą zabić. Na szczęście Nick znał umiar. - No pan widocznie za dużo wypił. Polecam położyć się w swojej przyczepie. Mam coś zamówić? Coś na kaca tak profilaktycznie? - Nick! Nie drażnij mnie ... - Dobra wybacz mi. Zaiste tylko twój majestat mnie miażdży. I nie tylko majestat, ale również i ciało. - Prze... Przestań. Wlazłem Ci na nogę, ale jest cała. Zaśmiał się do głośno, że właściciel aż podskoczył, zostając wyrwanym z głębokiego rozmyślania. Nick też zaczął się śmiać. Drgania spowodowały wzburzenie na tafli napoju w szklance obok. Nawiązywali oni do śmiesznej sytuacji jaka miała wcześniej miejsce. Nick otarł kropelkę wypływającą z jego zielonego oka. Była to jego pierwsza od wielu dni łza ze śmiechu, a nie z bólu. Znaczyło do niby mało, ale było to dla niego coś wielkiego. Nie do uwierzenia, że po tym wszystkim Nick jeszcze się uśmiechnie. A jednak warto było czekać na tą chwilę. Jedna drobna słona łza, a znaczy tak wiele. - W Zwierzogrodzie mamy Policję i Straż miejską. Policji daje się duże zlecenia. Straż miejska pilnuje ładu w mniejszych sprawach. Burmistrz stworzyła ją z powodu spadku jej popularności i poparcia. Panuje ogólne przekonanie, że jesteśmy jacyś gorsi, bo jemy mięso. Jeden z naukowców stracił posadę gdy powiedział, że dzięki jedzeniu mięsa, drapieżniki mają lepsze umiejętności możliwości intelektualne. Co ciekawe naukowiec nie był drapieżnikiem. Był żyrafą. - Co dalej z tym Królikiem, bo trochę odbiegasz od tematu. - W zagadce chodziło o to,że drapieżniki zaczęły robić się dzikie. Doszliśmy do wniosku, że wszystko to wina burmistrz, która mogłaby przegrać wybory na kolejną kadencję. Zamierzała pozbawić drapieżniki praw wyborczych, a potem całkowicie usunąć je z miasta. Nie ważne czy miałby to być wysoki urzędnik czy też ktoś pełniący na przykład zawód lekarza czy też strażaka. Chociaż tych pierwszych było mało to lekarze drapieżnicy to 78% o ile dobrze pamiętam. Gdyby jej się udało to bez tych 10% głosów przeciw niej mogła by nie wygrać, a 10% głosów na jej rywali to dość dużo. Udało się w końcu nam udowodnić jej winę, a ja zostałem policjantem. Wszystko było dobrze do czasu gdy... Rozmowę przerwał przeszywający pisk czarnych jak węgiel opon...