Jeleń Virax

Game of ForGloriousZootopia

Najpierw chciałbym ustalić kilka rzeczy:

1.Wiem, że jakość pozostawia wiele do życzenia. Jest to właściwie moje pierwsze fanfiction, więc bardzo proszę Was o wyrozumiałość.

2.Wiem, że technicznie nie ma to wiele wspólnego z Grą o Tron. Z Zootopią też, choć trochę więcej. W sumie jest to fanfiction do bloga...(Jest w ogóle coś takiego? Chyba nikt jeszcze nie napisał fanfiction do bloga).

3.Wiem, że moje tempo pisania nawet Flash uznałby za wolne. Przepraszam za to.

Sam pomysł na Game of FGZ powstał w komentarzach do tego posta: http://fgzootopia.blogspot.com/2016/08/ ... l.html?m=1 a nazwę wymyślił Brind (chałwa mu za to). Dziękuję ludziom z forum za kilka pomysłów oraz za (dobrowolne lub nie) użyczenie mi siebie jako niektórych postaci.

Nie przedłużając dłużej, miłego czytania!

21db3e16af7589703c8d5e2d1b9f0b3a-da3akl0.jpg

 

Prolog

 

Larry stał na szczycie Muru, trzymając swój karabin i trzęsąc się z zimna. Nie dość, że pochodził z ciepłego południa, to jeszcze był gepardem, więc pomimo paru miesięcy spędzonych w Mammal Watch wciąż nie mógł się przyzwyczaić do panującego tu zimna. Nie miał zegarka, ale patrząc na pozycję księżyca, uznał, że już dochodzi północ. Rozejrzał się. Zarówno z lewej, jak i z prawej w odstępach co kilkanaście metrów widział jedno-, dwu- lub trzyosobowe grupki innych członków Straży. On był sam, ponieważ jego partnerka, z którą zazwyczaj odbywa wartę, dostała akurat przydział do kuchni. Przynajmniej mógł dzisiaj liczyć na ciepłą zupę po zakończonej warcie.

Ciężko westchnął. Nie odpowiadało mu to, że będzie musiał stać na tym zimnie jeszcze przez cztery godziny. Już żałował tego, co uczynił przed zaledwie paroma miesiącami. No ale czy to jego wina, że żona go zdradzała z tym urzędnikiem? Który w dodatku był jeszcze tygrysem, a tego gatunku Larry szczerze nie znosił na skutek pewnych wydarzeń z młodości? Tak więc zdobył pistolet od kumpla i pewnego dnia powiedział żonie, że będzie przez parę dni u rodziny, a tak naprawdę schował się na strychu. Zaczekał do wieczora, gdy ten tygrys wreszcie przyszedł. Usłyszał ze swojej kryjówki, że poszli do sypialni i wyszedł. Jakie mieli miny, gdy wpadł do pokoju, strzelając do nich! Gdy teraz o tym myślał, uznał, że ta decyzja była niezbyt przemyślana, bo nie użył niczego w rodzaju tłumika, więc sąsiedzi usłyszeli wystrzał i natychmiast wezwali straż. Na jego nieszczęście ten urzędnik był najbardziej wpływowym zwierzęciem w miasteczku. Larry dostał wybór: śmierć albo służba w Mammal Watch. Wybrał Straż, choć już teraz tego żałował.

Po jakimś czasie Larry zauważył, że ktoś się zbliża w jego kierunku.

- Eric? – zdziwił się gepard. – Co ty tutaj robisz? Przecież miałeś mnie zmienić dopiero gdzieś za trzy godziny.

- Wiem, Larry – odpowiedział łoś. – Ale zostałeś wezwany do Wielkiej Sali.

- Dlaczego?

- A skąd mam to wiedzieć? Ponoć Lord Dowódca Brind ma jakieś plany. Lepiej już idź, bo on nie lubi długo czekać.

Larry westchnął, pożegnał przyjaciela i udał się do sali jadalnej w Czarnym Zamku. Po drodze zastanawiał się, o co mogło chodzić Brindowi. Z pewnością musiał mieć jakiś powód, żeby go ściągać z warty, nie mówiąc o co chodzi. Zresztą nie ważne, i tak się dowie.

Zjechał windą w dół Muru i po kilku minutach krążenia po zimnych, słabo oświetlonych korytarzach znalazł się w końcu na miejscu. Sala była gigantyczna; zaprojektowana tak, żeby pomieścić całą możliwą załogę Czarnego Zamku (wtedy było to około 1000 osób, które i tak zajmowały może nieco ponad połowę miejsc), miała kilkadziesiąt metrów wysokości, prawie sto szerokości, a aż strach było sobie wyobrażać jej dokładną długość. Na każdej kolumnie podpierającej sufit zwisał całkowicie czarny sztandar Mammal Watch. Z pewnym zdziwieniem odkrył, że poza nim dookoła miejsca u szczytu ogromnego stołu przeznaczonego dla Lorda Dowódcy było tam jeszcze około dziesięciu członków Straży. Podszedł do któregoś ze zwierząt i zapytał, czy wie, o co chodzi. Tamten odpowiedział, że nie ma bladego pojęcia. Nikt nie miał.

Po jakimś czasie do sali wszedł gepard. To był Lord Dowódca Brind. Jak każdy członek Mammal Watch, miał na sobie czarny płaszcz, na którym nosił insygnia świadczące o jego wysokiej randze.

- Dobra, słuchajcie – powiedział przez megafon, który zawsze nosił przy sobie. – Mamy problem. Kilka dni temu wysłaliśmy grupę zwiadowców za Mur. To nie było nic poważnego; mieli tylko udać się w głąb lasu na rutynowy patrol, nic więcej. I tak praktycznie nigdy nic nie podchodzi tak blisko Muru, a oni byli wyjątkowo dobrze uzbrojeni. Mieli wrócić już wczoraj, ale jak pewnie się domyślacie, tak się nie stało. Chcę, żebyście udali się ich znaleźć.

- Zaraz, chwila – wtrąciła się jakaś lisica. Już od dłuższego czasu kobiety również zsyła się do Mammal Watch. Uznano, że w ten sposób łatwiej będzie zasilić jej szeregi. Oczywiście jakiekolwiek związki członków Straży z kimkolwiek, w tym z współpracownikami, są karane śmiercią. – Dlaczego wybrałeś akurat nas, dowódco? Z tego, co widzę, to żadne z zebranych tutaj zwierząt nie służy w Straży dłużej niż rok!

- I o to chodzi. – Brind uśmiechnął się kpiąco. – Żadne z was nie jest doświadczonym członkiem, więc wasza strata będzie mniej bolesna dla naszych oddziałów, choć i tak jesteście najlepsi spośród rekrutów. Jeśli wrócicie z tą zaginioną grupą zwiadowców, to możecie być pewni, że czeka was nagroda. Jeśli po paru dniach po prostu wrócicie sami, to, cóż, trudno. A jeśli w ogóle nie wrócicie, to będziemy wiedzieć, że trzeba potroić środki ostrożności i wzmocnić obronę Muru. Cokolwiek by się nie stało, i tak się na coś przydacie. Idźcie się teraz wyspać, wyruszacie o świcie.

Po tych słowach wyszedł. Po paru sekundach ciszy rozpętała się wrzawa. Wszyscy byli tym bardzo zaskoczeni i dość głośno to okazywali. Do Larry’ego podeszła jego przyjaciółka Agaia, całkiem potężnie zbudowana jak na swój gatunek sarna.

- I co o tym myślisz? – spytała lekkim tonem. – W końcu masz szansę się wykazać za Murem, tak jak się chwaliłeś jakiś czas temu przy kolacji.

Larry zaklął w myślach. Faktycznie z tydzień temu podczas kolacji lekko przesadził z alkoholem. Zaczął głośno przechwalać się, jaki to on jest szybki, zwinny, silny, jak dobrze strzela, i tak dalej. Stwierdził, że chce, aby go wysłano za mur, bo on to sam jeden pokaże tym zdziczałym zwierzętom, kto tu rządzi. Ktoś to chyba nawet nagrał na przemyconym z najbliższego miasta telefonie (członkom Mammal Watch nie wolno ich posiadać), a następnego dnia nagranie znalazło się w Internecie. Larry wciąż czuł się głupio z tego powodu. Wiedział, że Agaia teraz się z niego śmiała.

Choć prawdą było, że był jednym z najlepszych spośród tegorocznych rekrutów. Pomimo tego, że zanim trafił do Mammal Watch, był zwykłym taksówkarzem, to prawie zawsze wygrywał w zapasach (które oczywiście są podzielone na grupy względem wielkości i wagi) i świetnie strzelał z karabinu. Oba te sporty były jego hobby, zanim zabił swoją żonę.

Larry posłał sarnie złowieszcze spojrzenie i powiedział:

- A co z tobą? Coś taka chętna na wycieczkę za Mur? Przecież sama wiesz, że nie wiadomo, czego się tam spodziewać.

- Dzikie zwierzęta służące LeviathanLil – Larry odruchowo się wzdrygnął na dźwięk tego imienia – nigdy nie podchodzą na bliżej niż trzydzieści kilometrów od Muru, a na nie nasza broń w zupełności wystarcza – odparła Agaia. – Inne stwory są spotykane bardzo daleko za Murem, dalej, niż my się zapuścimy. Zresztą, przyda mi się odmiana. Mam już powoli dość tego Muru.

Gepard zawsze podziwiał ten spokój przyjaciółki. Zupełnie jakby nic nie mogło jej wytrącić z równowagi. Zastanawiało go, jak ona to robi.

- Lepiej idź spać – powiedziała. – Musisz być w pełni sił, żeby jutro pokazać, jak pokonujesz stu wrogów naraz.

- Cicho bądź! – Larry posłał jej przyjacielskiego kuksańca.

 

***

 

Dwanaście zwierząt wyszło za Mur do Nawiedzonego Lasu równo o świcie (czyli o szóstej trzydzieści jeden). Oddział składał się głównie z drapieżników średniej wielkości, aczkolwiek znalazło się wśród nich parę roślinożerców, w tym między innymi Agaia. Wszyscy rozglądali się niepewnie i trzymali łapy na karabinach. W lesie było zimno i wciąż ciemno, pomimo wschodzącego słońca. Wszystko pokrywała zimna, dość gęsta mgła, powodująca nieprzyjemne uczucia u zwierząt. Las był przytłaczająco cichy. Kroki łap członków straży były jedynym, co dało się usłyszeć w tej ciszy.

Nie pomagał im też fakt, że praktycznie żadne z członków wyprawy nigdy nie było poza Murem. Właściwie tylko niejaki Jason, osioł wybrany na dowódcę wyprawy, miał jakieś doświadczenie, ale i tak niespecjalnie duże. Brind go wybrał, ponieważ miał pewne zdolności przywódcze, był całkiem bystry i spostrzegawczy, a przy tym nie zaliczał się do tych najbardziej cenionych członków Straży.

Szli praktycznie przez cały dzień. Niestety nie znaleźli nic, co by im powiedziało o losie zaginionego patrolu. Zapadał już zmrok, więc Jason zarządził postój na noc. Niebezpiecznie było wędrować po lesie po zachodzie słońca, a światło ognisk oraz rozkładanych lamp elektrycznych zazwyczaj odstraszało ewentualne zagrożenie. Zazwyczaj. Im dalej od Muru, tym łatwiej o śmierć. Na szczęście grupa nie zamierzała iść tak daleko; zaginiony patrol prawdopodobnie też nie udał się na taką odległość.

Lars miał nadzieję, że znajdą ich szybko. Już miał dość tego lasu. Przytłaczał go swoją ciszą, chłodem i niepokojącą aurą jakiegoś nieokreślonego zagrożenia. Nie miał najmniejszej ochoty zapuszczać się dalej.

Członkowie Straży rozstawili namioty oraz oświetlenie i rozpalili dużo ognisko na środku obozu. Jason wyznaczył warty. Larsowi przypadła pierwsza warta wraz z niedźwiedziem o imieniu Narion, który był niezbyt rozmowny i miał tendencję do zasypiania w trakcie służby, a gdy się go obudziło, to strasznie się gniewał.

Wszyscy oprócz geparda i niedźwiedzia już zasnęli. Zresztą, Narion również ułożył swój łeb na kłodzie i powieki mu opadały. Lars został sam pośród ciszy. Siedział na zimnie, próbując sobie rozgrzać łapy. Co jakiś czas wstawał i robił kilka ćwiczeń rozgrzewających, ale nie pomagało to za bardzo. Przysunął się bliżej do ogniska, mając nadzieję, że to choć trochę pomoże.

Mniej więcej po godzinie zaczął powoli popadać w paranoję. Ta cisza go już denerwowała. Wydawało mu się, że coś siedzi w krzakach, ale oczywiście było to tylko złudzenie. Jego towarzysz dalej sobie smacznie spał, nie przejmując się niczym. Lars przysunął się do niedźwiedzia, żeby go jakby co obudzić, choć wiedział, że mu się to bardzo nie spodoba.

Lars siedział niespokojny przez dłuższy czas, aż w końcu zauważył, że jego warta się zakończyła. Poszedł obudzić Agaię, która miała czuwać po nim wraz z jakąś klaczą, której nie znał. Sarna przetarła oczy, obudziła swoją przyjaciółkę i wyczołgawszy się z namiotu, spostrzegła śpiącego przy ognisko niedźwiedzia.

- A z nim co mam zrobić? – zapytała lekko zdziwiona.

- Zostaw go – odparł Lars. – Skoro nie chciał siedzieć ze mną na warcie, to niech sobie śpi na zimnie, jeśli mu tu tak wygodnie. Będzie miał nauczkę, choć ma to swoje grube futro.

Agaia się roześmiała i usiadła przy ognisku razem z klaczą, a Lars wszedł do swojego namiotu i właściwie natychmiast zasnął.

 

***

 

Biegł przez mrok. Wiedział, że coś go goniło, i jeśli się zatrzyma, zginie. Obejrzał się, ale nic za sobą nie zobaczył. Po nie wiadomo jak długim czasie ukazały mu się zabudowanie miasta. Miasta, które wszędzie by poznał – Merogrodowa Przystań. Widział ciągnące się wydawało by się w nieskończoność wieżowce i ulice. Zdał sobie sprawę, że miasto było wyludnione, co nigdy by się nie zdarzyło w przypadku oryginału.

Zdawało mu się, że krążył wieczność pomiędzy sięgającymi nieba wieżowcami. Próbował dostać się do Najświętszego Pałacu Imperatora, który ciągle widniał na horyzoncie, ale wydawał się oddalać, zamiast się przybliżać. Wyczuwał, że to, co go goniło, zbliżało się coraz bardziej. Niewiele myśląc, wbiegł do najbliższego budynku. Zamiast mieszkań, windy, klatki schodowej lub czegokolwiek, czego mógłby się spodziewać w wieżowcu, zobaczył nieskończenie długi korytarz bez żadnych drzwi po bokach, oświetlony elektronicznymi lampami zwisającymi z sufitu.

Wiedział, że już nie może zawrócić, zresztą i tak wie wiedział, dokąd miałby pójść. Zaczął biec korytarzem.

Biegł przez długi czas. Umierał już ze zmęczenia, gdy nagle zobaczył…

Drzwi! Były tam! Biały prostokąt na końcu korytarza. Zebrał w sobie ostatnie siły i biegł tak szybko, jak nigdy dotąd. Był coraz bliżej. Dotarł do drzwi i już chciał chwycił klamkę…

Zorientował się, że były namalowane na ścianie. Nie istniały. Czuł, że to co go goniło, zbliżało się coraz bardziej. Bał się odwrócić. Bał się, co może zobaczyć za sobą. Wyczuł jakąś obecność tuż za swoimi plecami.

Nawet nie wiedział, jak umarł.

 

***

 

Lars obudził się zlany potem. Instynktownie wyczuwał, że już świtało.

Myślał nad swoim snem, lecz za nic nie potrafił wyjaśnić jego znaczenia. W Merogrodowej Przystani mieszkał, zanim go wcielono do Straży, ale reszta elementów pozostawała dla niego niewyjaśniona. Najbardziej go zastanawiało, co go ścigało, a na końcu zabiło.

W końcu uznał, że nie warto sobie zawracać tym głowy i że lepiej jeszcze się przespać, dopóki nie nastąpi pobudka. Już prawie mu się udało, gdy nagle usłyszał wołanie:

- Wstawać! Szybko, mamy nagłą sytuację! Wstawać, ale już!

Gepard przetarł oczy, nałożył na siebie ciepłą kurtkę i spodnie i wyczołgał się z namiotu.

Praktycznie wszyscy już tam byli. Kręcili się gorączkowo po obozie i nosili leki i bandaże. Na środku obozu leżało dwoje - nie, troje zwierząt (początkowo nie dostrzegł ryjówki), poranionych i technicznie ledwo żywych. Lars podszedł bliżej.

- Nie, nie ma czasu do stracenia – wysapało jedno z nich – był to byk – Musimy się stąd zbierać! Mogą być tu w każdej chwili!

- Spokojnie, jesteś tu bezpieczny – powiedział Jason uspokajającym głosem. – Mów powoli, od początku. Jesteście członkami oddziału wysłanego tu kilka dni temu?

- Tak.

- Co wam się stało? Mów od początku.

- Nie! – uniósł się towarzysz byka – ryś. – Musimy stąd uciekać!

- Nie możemy was przenieść w tym stanie – odmówił im Jason.

- To nas zostawcie! Weźcie to! – Ryś wcisnął Larsowi, który stał najbliżej niego, jakąś cienką, starą, lekko podniszczoną książkę do łapy. – To musi się dostać jak najszybciej na Mur. Nie mamy czasu do stracenia!

- Co to jest? – zapytał zaskoczony gepard.

- Właśnie nie wiemy, ale sądząc po tym, że byli tak tym rozwścieczeni, iż ledwo uszliśmy z życiem, to musi być coś bardzo ważnego. Musicie to dostarczyć na Mur!

Lars zajrzał do danej mu książki. Otworzył na losowej stronie i… nic nie zrozumiał. Najwyraźniej cały rękopis był wypełniony słowami w jakimś dziwnym, nieznanym mu języku oraz niezrozumiałymi rysunkami. Nie przypominało mu to czegokolwiek, co do tej pory widział. Zrezygnowany zamknął książkę.

- Co się właściwie stało? – dopytywał się jeszcze Jason.

- Byliśmy na rutynowym zwiadzie, ale to już pewnie wiecie. Mieliśmy dość szybko wrócić, ale w pewnym momencie zauważyliśmy dym. Okazało się, że było to obozowisko sług LeviathanLil. Byli w niepokojąco małej jak na swoje standardy odległości od Muru, więc się postanowiliśmy do nich zakraść. Jak teraz o tym myślę, była to dość pochopna decyzja – zaśmiał się ponuro byk. – Tak czy inaczej, było to dość spore obozowisko, ale nie armia. Znajdowało się tam więcej Inteligentnych niż Dzikich. – W szeregach armii LeviathanLil panowało rozdzielenie na Inteligentnych i Dzikich. Większość zwierząt, gdy umarła na terytorium wpływów tej złej siły, ożywała jako bezmyślne, zdziczałe stworzenia, służące tylko i wyłącznie do walki, pozostające pod jej całkowitą kontrolą. Jednak jeśli zwierzę było bardziej inteligentne, to zachowywało swoją wiedzę, inteligencję i zdolność logicznego myślenia po ożywieniu, a nawet dużą część swojej osobowości, choć oczywiście było pod pełną władzą LeviathanLil. Tacy służyli zazwyczaj jako stratedzy, generałowie, zarządcy, a nawet czasem jako naukowcy. – Usłyszeliśmy, jak Inteligentni zażarcie o czymś dyskutują w jednym z namiotów, lecz niestety nie usłyszeliśmy o czym. Postanowiliśmy odwrócić ich uwagę, podpalając pobliski namiot. Udało nam się; mogliśmy się wkraść do namiotu od tyłu. Na środku stał długi stół, na środku którego leżała ta książka, więc ją wzięliśmy, uznając, że to może być coś ważnego. Ale w tym momencie jeden z nich wszedł do namiotu, zauważył nas i natychmiast podniósł alarm. Uciekaliśmy najszybciej, jak mogliśmy, ale i tak czworo z nas zginęło. Udało nam się ich zgubić, ale z pewnością idą teraz naszym tropem. Zadowolony? To teraz uciekajmy stąd!

Jason rozkazał wszystkim zwinąć obóz i przygotować się do wyruszenia. Oddelegował kilka zwierząt do noszenia noszy z rannymi. Na jednym z nich razem z bykiem leżała wciąż nieprzytomna ryjówka.

Po kilku minutach wszystko było już spakowane, a oddział wyruszył w drogę z powrotem na Mur. Tym razem wszyscy wyjątkowo się spieszyli; nikt się do tego nie przyznał, ale informacje, które usłyszeli, przestraszyły ich. Wszyscy pragnęli znaleźć się jak najszybciej z powrotem na bezpiecznym Murze.

Jason nie chciał zostawić rannych, pomimo ich nalegań. Wiedział, że to znacznie opóźni ich marsz, lecz nie chciał ich tutaj zostawić. Troje zwierząt z nieszczęsnego oddziału leżało teraz uśpione lekami przeciwbólowymi na noszach niesionych przez dwójkę zwierząt przy każdych.

Mieli nadzieję dotrzeć do Muru przed zmrokiem, ale wiedzieli, że i tak im się to nie uda. W końcu tę samą drogę pokonali w kilkanaście godzin, nie będąc obciążonym zwłokami. Ryś czasem się budził ze snu spowodowanego medykamentami i jęczał, że powinni ich zostawić i jak najszybciej uciekać na Mur, ale Jason wciąż pozostawał nieugięty. Pośród członków oddziału zaczęły się jednak pojawiać ciche głosy, żeby jednak pozbyć się rannych. Mieli już dość tego lasu, a wspomnienia o tym, co mówili członkowie odnalezionej grupy, nie poprawiały sytuacji.

 

***

 

Szli tak przez kilkanaście godzin, robiąc co jakiś czas krótkie, parominutowe postoje. Już zaczynało się ściemniać, a Mur nawet się nie ukazywał w oddali. Jason zarządził krótki postój. Jego samego ta sytuacja zaczynała już męczyć. Wiedział, że jeszcze parę godzin i się załamie.

Lars przysiadł obok Agai i zaczął jeść swój prowiant.

- Pokaż mi ten dziennik, czy cokolwiek to jest – zagadnęła go.

- Masz, zobacz sobie. – Lars podał łani podniszczoną książkę. – Masz pomysł, co to może być za język?

- Ja? Niby skąd mam to wiedzieć? – odparła Agaia, przeglądając strony. – Zanim tu trafiłam, zajmowałam się architekturą, przecież wiesz. Od języków obcych zawsze trzymałam się z daleka. Te rysunki też mi niewiele mówią, aczkolwiek część przedstawia z pewnością jakieś budowle, ale niestety nie wiem jakie.

- Jak myślisz, co to znaczyło dla tych bestii?

- Cholera wie. Ale pewnie sam się domyśliłeś, że to coś ważnego. Lepiej przekaż to Brindowi po powrocie.

- No co ty nie powiesz? Masz mnie za głupiego?

- Czasami tak – odparła Agaia z szerokim uśmiechem.

Lars chciał się jej odgryźć, ale przerwał im Jason ogłaszający koniec postoju. Pozbierali swoje rzeczy i już mieli się zbierać.

Nagle kilka zwierząt podeszło do przywódcy. Na ich czele stała lisica.

- Słuchaj, nie możemy ich dalej ze sobą ciągnąć – rzekła groźnym tonem, wskazując na rannych. – Dajemy ci wybór: albo zgodzisz się ich tu zostawić, albo zginiesz. Rób jak uważasz. Oni tak czy siak tu zostaną.

Jason był tym zaskoczony, ale praktycznie od razu się otrząsnął i powiedział:

- Vanaria, ustąp teraz, a nie wspomnę w raporcie, o tym krótkim, aczkolwiek nieprzyjemnym incydencie. – Uśmiechnął się szyderczo. Lars stanął obok swojego dowódcy. Spostrzegł też, że identycznie zrobiła przeważająca część pozostałych zwierząt. – Nie ma sensu powodować rozłamu w grupie. Zresztą, pomyśl przez chwilę. Oni mogą coś jeszcze wiedzieć, może o czymś zapomnieli nam powiedzieć, kto wie? Powinni dotrzeć bezpiecznie na Mur.

- Jesteś idiotą! – warknęła lisica. – Sam słyszałeś, co mówili. Przecież prawdopodobnie ich teraz tropią! Chcesz ryzykować życie nas wszystkich?!

- Zostaliśmy tu wysłani, żeby ich odnaleźć i pomóc w jakikolwiek wymagany przez sytuację sposób, a ja mam zamiar wypełnić tę misję, niezależnie od tego, czy ci się to podoba, czy nie.

Jason i Vanaria spoglądali na siebie z wrogością. Atmosfera stała się wyjątkowo napięta. Niektórzy już trzymali łapy w pobliżu swoich karabinów.

Nagle Lars spostrzegł coś pośród drzew. Wyglądało to jak…

- Dzikusy! – krzyknął, wskazując w tamtym kierunku.

Wszystkie zwierzęta odwróciły się tamtą stronę. Z lasu biegło na nich kilka stworzeń na czterech kończynach. Lars nie rozpoznał dokładnie gatunków wszystkich, ale był pewien, że widział tam tygrysa, dzika i… cholernego niedźwiedzia polarnego?!

- Atakować bez rozkazu! – krzyknął Jason.

Dzikusy starały się ich okrążyć. Jeden z nich już padł pod ostrzałem członków Straży. Lars spostrzegł, że część z nich miała na sobie resztki swojego dawnego ubrania. Dostrzegł tam też czerń straży, co nie podziałało na niego pocieszająco.

Dzik zaszarżował na oddział. Pomimo wielu ran od kul wciąż biegł z gniewem i bestialstwem w oczach. Padł dopiero pod skupionym ostrzałem większości Strażników. Lars zastanawiał się, co ten samobójczy manewr miał na celu…

Odwrócił się i z przerażeniem spostrzegł niedźwiedzia polarnego, który podkradł się do nich niezauważenie, gdy byli zajęci walką z dzikiem, i właśnie opadł z pazurami na klacz, z którą Agaia pełniła wartę tej nocy. Można powiedzieć, że biedaczka miała szczęście w nieszczęściu – umarła praktycznie od razu.

Bestii udało się rozpłatać jeszcze kogoś z oddziału, zanim w końcu padła pod skoncentrowanym ostrzałem całego oddziału. Chwilowo to był koniec. Dwójka członków Straży leżała martwa; Jason natychmiast pociął ich ciała, żeby zapobiec zmartwychwstaniu. Niektórzy zostali ranni, ale nie było to nic poważnego. Członkowie już-nie-zaginionego oddziału wciąż byli pogrążeni we śnie spowodowanym lekami.

Jason podszedł do Larsa i Agai.

- Słuchajcie uważnie – powiedział. – To – wskazał na książkę trzymaną przez geparda – musi dotrzeć na Mur jak najszybciej. Wyruszcie natychmiast i biegnijcie najszybciej, jak możecie.

- My? A co z wami? – zapytała sarna.

- My tu zostaniemy i postaramy się ich powstrzymać. Może nam się uda, to wtedy po prostu dojdziemy po was. A jak nie… cóż, wiedzieliśmy, że to może się stać. Zresztą, Vanaria zginęła, a wszyscy pozostali, nawet ci, którzy stali przed chwilą po jej stronie, są gotowi na poświęcenie. – Lars dopiero teraz zauważył, że zwierzęciem, które zabił niedźwiedź polarny, była zbuntowana lisica. – Na co jeszcze czekacie? Ruszajcie!

Lars i Agaia ruszyli najszybciej jak mogli w stronę Muru. Podejrzewali, że zostało im jeszcze gdzieś pół godziny drogi. Starali się biec szybkim truchtem, lecz nie nadwyrężać sił.

W pewnym momencie dobiegły ich odgłosy wystrzałów. Lars wiedział, co to znaczy.

- Musimy przyspieszyć – rzucił do sarny w trakcie biegu.

Słyszeli odgłosy strzałów jeszcze przez kilkanaście minut, gdy nagle… ucichły. Były dwie opcje: albo ich oddział pokonał wszystkich przeciwników, albo… albo nie.

Dwójka zwierząt już widziała Mur w oddali. Już byli tak blisko. Lars usłyszał za sobą jakieś odgłosy.

- O nie… - mruknął.

Widział za sobą sylwetki stworzeń biegnących na czterech kończynach. Było ich dużo; z pewnością ponad dwadzieścia. Nie mieli szans dobiec do Muru, nie mogli też wygrać w walce. Przegrali, chyba że…

Lars podjął decyzję.

- Weź to i zanieś to na Mur. – Dał przyjaciółce podniszczoną książkę. – Biegnij jak najszybciej i się nie oglądaj.

- Że co? – zdziwiła się. – A co z tobą?

- Ja tu zostanę. Spróbuję kupić ci trochę czasu.

- Dlaczego? Przecież ty szybciej biegasz ode mnie!

- Ale ty beznadziejnie strzelasz. Umarłabyś praktycznie od razu. – Gepard wyszczerzył się złośliwie. Oczywiście to nie był prawdziwy powód. Nie umiał tego wyjaśnić, ale nie chciał, żeby Agaia umarła. Wolał sam się poświęcić.

- Nie! – wściekła się łania. – Nie pozwolę ci na to!

- Biegnij już albo zacznę do ciebie strzelać, żebyś to zrobiła!

Agaia wciąż nie dowierzała. Nie chciała go zostawiać, ale wiedziała, że ma rację. Po krótkiej chwili wahania rzuciła mu się na szyję, uściskała go mocno i odbiegła w stronę Muru.

Lars oddał krótką serię w stronę napastników. Widział, że kilka cieni rzuciło się w bok przepłoszone. Ale wciąż podchodzili coraz bliżej.

Jeden niezbyt rozsądny renifer próbował go staranować. Lars w duchu podśmiewywał się z niego. Nie miał żadnych szans w starciu z karabinem.

W ostatniej chwili zrobił unik przed wilkiem, który na niego skoczył. Dzikus przeleciał nad nim i umarł pod ostrzałem. Po strzępkach jego ubioru poznał, że kiedyś biedak służył w Straży. Lars z przerażeniem sobie uświadomił, że jego też czeka taki los.

Piątka dzikusów biegła wprost na niego. Lars zabił dwóch z nich, zanim do niego dobiegli, reszta próbowała go okrążyć. Gepardowi udało się ich wystrzelać, ale jeden z nich go dość poważnie ranił.

Nagle usłyszał za sobą ryk. Odwrócił się i zobaczył… Nariona, niedźwiedzia, który spał na warcie. Jego oczy lśniły lodowatym, błękitnym blaskiem. Gepard nie miał już wątpliwości, co stało się z jego oddziałem. Kule z karabinu nie robiły na nim prawie żadnego wrażenia, za to Larsowi udawało się unikać ciosów jego potężnych łap. Tkwili w tym impasie przez dłuższy czas. Żadnemu z nich nie udawało się zrobić większej krzywdy przeciwnikowi.

W pewnym momencie niedźwiedź poślizgnął się na lodzie. Był to dość zabawny widok, ale Larsowi nie było w tym momencie do śmiechu. Podszedł bliżej i chciał się przymierzyć do strzału w głowę Nariona…

Poczuł ostry, przenikliwy ból na swoich plecach. Nie zauważył lwa, który podkradł się do niego, gdy ten stracił czujność. Chyba miał rozorane plecy oraz tułów. Upadł na ziemię.

Oczy mu zachodziły czernią.

Czuł, jak odpływał.

Umarł.

A potem wrócił.

Czuł, że jego rany się zasklepiają, że wraca do życia.

Ostatnią rzeczą, jaką usłyszał, gdy miał jeszcze swój umysł, był kobiecy, zimny, głęboki głos:

- TERAZ JESTEŚ MÓJ. JUŻ PO WIEKI.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Bo pisaliśmy na SB. Tak to już bywa.

Dwa miesiące a my wciąż czekamy na pierwszy rozdział ;)

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

OK, znaczy trzy miesiące.

*głosy w tłumie*

-Trzy miesiące?

-Trzy miesiące?

-Na maj?

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Dwa i pół miesiąca! Pisanie tego zajęło mi dwa i pół miesiąca! Sam nie wiem dlaczego. Najprawdopodobniej przez moje lenistwo. Co gorsza, ten rozdział jest krótszy i według mnie gorszy od poprzedniego! No cóż...

Zacząłem to pisać, mając jakiś tam pomysł, ale miałem potem problemy z rozwinięciem go. No i... sami zobaczycie. Kolejny rozdział też raczej szybko nie powstanie, bo będę miał wyjątkowo zajęty styczeń.

Ale dobra, już kończę narzekać. Zapraszam do czytania! I przepraszam...

 

Rozdział 1

 

Nazywali ją Królisek.

Była jednym z owoców wielu, wielu lat eksperymentów. Odkąd pamięta, słyszała, jak naukowcy nazywali ją „kamieniem milowym w badaniach nad DNA”. Jej opiekunowie zawsze twierdzili, że jest wyjątkowa.

Mieli rację. Była pierwszym udanym połączeniem genów ofiary i drapieżnika – królika i lisa. Kiedyś podsłuchała, że już wcześniej podejmowano takie próby, ale kończyły się one fiaskiem. Obiekty badań umierały po jakimś czasie. Dotychczas jej opiekunom udało się skutecznie łączyć różne gatunki, ale we wszystkich przypadkach oba były albo ofiarami, albo drapieżnikami, nigdy połączeniem.

Królisek miała cechy wyglądu i z lisa, i z królika. Uszy królika, ogon lisa, szarawe futro, tylne kończyny królika, zaś przednie lisa, z pazurami. Naukowcom udało się uzyskać dobre cechy z obu gatunków.

W przeciwieństwie do wielu swoich poprzedników nie była upośledzona ani psychicznie, ani fizycznie. Wręcz przeciwnie: była bardzo pojętna i inteligentna. Codziennie przychodzili do niej nauczyciele i instruktorzy, którzy mieli zapewnić jej właściwy rozwój. Z nieznanego jej powodu chcieli, żeby była zorientowana w świecie i w zasadach jakie rządzą społeczeństwem. Większości z nich nie rozumiała; rzadko kiedy miała styczność z kimkolwiek spoza ośrodka badawczego.

Naturę i świat zewnętrzny znała głównie ze zdjęć. Bardzo lubiła wychodzić, gdy miała tę odrobinę czasu wolnego, do rozległych ogrodów, które otaczały ośrodek. Nie mogła jednak uciec: cały kompleks był ściśle chroniony, otoczony wysokimi, grubymi murami i, z tego, co się dowiedziała, oddalony o kilometry od najbliższej cywilizacji.

 

***

 

Naukowcy wciąż nie mogli wyjść z podziwu, że wszystko szło tak dobrze. Po tylu dziesiątkach lat badań i eksperymentów w końcu nastąpił przełom.

Byli coraz bliżej stworzenia Zwierzęcia Idealnego – posiadającego zalety z wielu gatunków i praktycznie pozbawionego wad. Według przewidywań naukowców, kiedyś całe społeczeństwo będzie się składało z takich mieszańców. Miała nadejść nowa, światła era zwierząt bez wad.

 

***

 

Królisek obudził ekran w jej… celi? Pokoju? Nigdy nie wiedziała, jak nazywać to miejsce. Niby codziennie od jakichś piętnastu. lat budziła się i zasypiała tu, ale z drugiej strony nie była tu z własnej woli. Wystrój nigdy się nie zmieniał; od zawsze stały tu: łóżko, rozsuwana szafa z praktycznie identycznymi kompletami ubrań, stół z dwoma krzesłami. Nic więcej.

Na ekranie widniał pysk jednego z naukowców – doktora Taliona, borsuka.

- Dzień dobry, Królisek – przywitał ją. Większość personelu ośrodku była dla niej miła. Darzyli ją pewną sympatią, aczkolwiek nieprzyćmiewającą im ich naukowych celów. – Jak się dzisiaj miewasz? – Na jego pysku gościł szeroki uśmiech. Talion zazwyczaj był optymistyczny, ale dzisiaj przechodził sam siebie. Królisek zastanawiała się, co się stało.

- Dzień dobry, doktorze – powiedziała trochę niepewnie. – Co dziś dla mnie zaplanowaliście? – To było jej standardowe pytanie. Lubiła wiedzieć, co ją czeka danego dnia. Codziennie poddawano ją jakimś testom, uczono ją czegoś, kazano jej coś robić. Innymi słowy, wszystko mogło się zdarzyć. Badano ją niemal pod każdym kątem, nierzadko kilkukrotnie. Chciała po prostu wiedzieć, na co się nastawiać, szczególnie jeśli miałoby to być szczególnie bolesne. Na szczęście, prawie zawsze jej odpowiadano.

Uśmiech doktora poszerzył się jeszcze bardziej, jakby to było w ogóle możliwe.

- Zobaczysz – rzekł radośnie. – Na razie przyjdź na śniadanie, potem porozmawiamy.

Ekran zgasł.

Królisek była zaskoczona. To nie była codzienna sytuacja. Zazwyczaj wszystko jej mówiono. I tak nie było nikogo, komu miałaby to zdradzić. Nie wiedziała jeszcze, co o tym wszystkim sądzić.

Ubrała się w biały, sterylnie czysty strój, składający się z koszuli z długim rękawem oraz luźnych spodni. Następnie wyszła na korytarz. Miała pewną swobodę w poruszaniu się po ośrodku, choć niewielką, gdyż żeby przejść do wielu części budynku, potrzeba było specjalnych kluczy, które były wszczepiane pod skórę. Królisek też miała taki; dawał jej dostęp do stołówki, jej pokoju (który jednak był w nocy zamykany na stałe), kilku pomieszczeń, w których mogła spędzać tę odrobinę czasu wolnego wieczorem, w tym do pokoju z komputerami oraz biblioteki, którą szczególnie uwielbiała. I tak nie miała szans na ucieczkę, każdy centymetr ośrodka był monitorowany, a w budynku było mnóstwo strażników uzbrojonych w pałki ogłuszające.

W stołówce było już kilka zwierząt mimo wczesnej pory. Królisek jak zwykle usiadła sama do niewielkiego stołu z czterema krzesłami. Jej śniadanie składało się jak zwykle z warzyw, w tym marchewki, oraz kanapki z owadami.

Do stołu podszedł Talion wraz z doktor Ellis – niedźwiedzicą, która przerastała Królisek ponad trzydziestokrotnie. Oboje wręcz promieniowali radością.

- Królisek – zaczął borsuk – mamy dla ciebie fantastyczne wiadomości!

- Otóż… - kontynuowała niedźwiedzica.

- … jest tak…

- … że…

- … niedawno…

- … gdzieś wczoraj…

- … w okolicach południa…

- Przejdźcie do rzeczy! – zdenerwowała się Królisek.

Naukowcy nie wytrzymali i wybuchli śmiechem zadowoleni z żartu.

- Macie coś do powiedzenia, czy po prostu wam się nudzi? – powiedziała Królisek wkurzonym głosem.

- Ej! Nie tym tonem! – Doktor Talion starał się brzmieć groźnie, ale wciąż pokładał się ze śmiechu. – Masz się zwracać do nas z szacunkiem i… i z… z… Cholera, nie mogę znaleźć słowa!

- Może „z respektem”? – podsunęła Ellis, wciąż chichocząc.

- Nie… Toż to przecież… Synonim!

- Rację masz, przyjacielu mój!

Królisek nie wytrzymała i sama dołączyła do ogólnej radości. Nagle się zorientowała, że naukowcy są... trochę pijani. Praktycznie nigdy nie zdarzało się, by pili alkohol. Domyśliła się, że coś niedawno świętowali.

- Dobrze, a teraz na poważnie. – Ellis udało się opanować euforię. – Już dłuższy czas temu stało się to, na co czekaliśmy, odkąd się urodziłaś.

- Co? – nie zrozumiała Królisek.

- Parę miesięcy temu wysłaliśmy twoją dokumentację, wyniki badań, opis cech i zachować, innymi słowy wszystko, do Imperatora.

- Dlaczego?

- Żeby dowiedział się o tobie wszystkiego, co potrzebne – powiedział Talion. – W końcu to on założył naszą placówkę. Chciał, żebyśmy go informowali, gdybyśmy do czegoś doszli. Niedawno zyskaliśmy pewność, że ty… no cóż… się nam „udałaś”.

Królisek była kompletnie zaskoczona. Cóż, wiedziała, że była z pewnością pod praktycznie każdym względem lepsza od poprzednich „obiektów”, ale dotychczas myślała, że po niej będzie jeszcze przynajmniej kilka.

- I co teraz? – zapytała niepewnie.

- Cóż… za tydzień wyjeżdżasz do Merogrodowej Przystani, by Imperator mógł cię zobaczyć osobiście! – wykrzyknęła Ellis. – Chce osobiście nadzorować twój dalszy rozwój.

Królisek wręcz zatkało.

- Ja… ja… - Nie mogła wykrztusić słowa. – Ja… Że co? Ale…

Nie mogła w to uwierzyć. Po piętnastu latach w końcu zobaczy coś innego niż ten ośrodek badawczy! Nie wiedziała wprawdzie, czego dokładnie chce Imperator, ale jej to nie obchodziło. To… to byłby przełom w jej życiu! Nowe miejsca, nowe zwierzęta do poznania. Wreszcie coś innego niż ten cholerny ośrodek badawczy!

- Czemu ja? – zapytała Królisek, gdy już doszła do siebie. – Myślałam, że nie jestem jeszcze tym „ostatecznym” efektem eksperymentów.

- Imperator uznał inaczej – uciął Talion. – Może będziesz mogła sama go zapytać. Może.

- Co dokładnie będę robić w Merogrodowej Przystani?

- Nie wiem. To w tej chwili nieważne. Sama się przekonasz.

Królisek nie była zaskoczona jego zachowaniem. Już dawno zwróciła uwagę, że jeśli Imperator coś powie, to nikt nawet nie pomyśli o tym, by to zakwestionować lub by się dopytywać.

- Więc opuszczam to miejsce… po tylu latach. – Wciąż niedowierzała. – Ale… jak ja sobie dam tam radę? Przecież całe życie spędziłam tutaj! – zaczynała panikować. – Co, jeśli nie dam tam rady?! Jeśli zginę?! Nie chcę umierać!

- Milcz! – krzyknęła Ellis. Królisek przestała wydawać jakiekolwiek dźwięki. Przestała nawet oddychać. – Nic ci nie będzie. Nie wiem, co planuje Imperator, ale chyba nie pozwoli ci latać samej po mieście. Nic ci się nie stanie.

- Idź teraz do swojego… pokoju – powiedział Talion. – Następny tydzień masz wolny. Możesz robić, co chcesz, oczywiście poza tym, co zawsze było zabronione.

 

***

 

Dni, które zostały do wyjazdu, spędziła szukając informacji na różne tematy w bibliotece, między innymi o imperatorze i o Merogrodowej Przystani. Co prawda nie dowiedziała się nic ponad to, co wiedziała już wcześniej, ale dawało jej to trochę poczucia, że wszystko będzie dobrze. Irytowało ją tylko to, że każda książka opisywała Imperatora Mere Jumpa inaczej. Jedna twierdziła, że to dobry i litościwy władca, inna mówiła, że jest niecierpliwy i nigdy nie wybacza, a w kolejnej było, że jego zachowanie jest niezrozumiałe i niemożliwe do przewidzenia dla głupich śmiertelników. Królisek miała wrażenie, że ta ostatnia jest najbliżej prawdy. Wszystkie zgadzały się jednak w tym, że Imperator jest potężny i jest najlepszym władcą, jakiego FGZ mogłoby kiedykolwiek mieć.

W końcu nadszedł dzień wyjazdu. Królisek czekała na lądowisku należącym do ośrodka wraz z Talionem i Ellis na transport, który miał ich zabrać do Merogrodowej Przystani. Królisek starała się nie denerwować i próbowała zająć myśli czymś przyjemnym. Po kilkunastu minutach w końcu przyleciał po nich niezbyt duży, opancerzony sterowiec. Chwilę polatał nad nimi, aż w końcu wylądował na lądowisku. Wysiadło z niego kilkoro żołnierzy różnych ras w pancerzach.

Królisek po raz ostatni obejrzała się na miejsce, które było naraz jej domem i więzieniem od urodzenia. Nie będzie za nim tęskniła. Nie oglądając się za siebie, wsiadła do sterowca.

Wnętrze pojazdu było o dziwo całkiem ładnie wyposażone. Znajdowało się tam kilka krzeseł, stół, kanapa, a nawet dywan! Troje drzwi, jak powiedział jeden z żołnierzy, prowadziło do: kabiny pilota, sypialni przydzielonej Królisek i sypialni dla Taliona i Ellis.

Podróż trwała bardzo długo. Większość tego czasu Królisek spędziła na czytaniu książki albo na spaniu, ale na jakąś godzinę przed tym, jak wylądowali, Ellis jej powiedziała, że lecieli już ponad dobę. Królisek wyjrzała przez okno sterowca i… oniemiała.

Zobaczyła pod sobą Merogrodową Przystań. Gigantycznie miasto ze stali i szkła. Wysokie aż do chmur wieże wydawały się ciągnąć w nieskończoność. W dole widziała miliony zwierząt prowadzących swoje codzienne życie. Ogrom miasta powalał. Królisek słyszała, że jest to jedno z największych miast na świecie, a na pewno największe w FGZ, ale dopiero teraz mogła to zobaczyć na własne oczy. Mieszka tu około 50 milionów zwierząt, co, odkąd wprowadzono ograniczenie rozrodu do dwóch ciąż, jest jednym z największych wyników w historii. Królisek dotychczas widziała takie rzeczy tylko na zdjęciach, a one oczywiście nie oddawały ogromu Merogrodowej Przystani nawet w połowie.

Słyszała, że miasto jest podzielone na strefy klimatyczne, jak większość z większych miast na świecie. Z tym że tu jedna strefa była większa od wielu z tych miast! Las deszczowy, tundra, sawanna, każdy z nich wydawał się nie mieć końca, nawet biorąc pod uwagę fakt, że patrzyła ze sterowca.

Nagle na horyzoncie zobaczyła dziwną budowlę. Z początku nie mogła jej zidentyfikować. Coś jej świtało w głowie, ale… Tak! To była Cytadela – dom Imperatora! Ogromna budowla z białego metalu, którego Królisek nie znała. Cytadela zajmowała powierzchnię ponad 15 kilometrów kwadratowych i miała ponad 20 pięter wysokości. Wychodziło z niej kilkanaście sięgających do chmur wież. Sterowiec zmierzał w jej kierunku.

Sterowiec wylądował na lądowisku znajdującym się na dachu. Czekała tam na nich grupa bogato odzianych zwierząt wraz ze stażnikami. Na ich czele stał dumnie wyglądający łoś. Imperatora nie było nigdzie widać.

Talion, Ellis i Królisek wysiedli ze sterowca. Wszyscy się wpatrywali w Królisek. Nigdy nie widzieli takiego zwierzęcia. Łoś zlustrował ją z góry do dołu ciekawskim spojrzeniem i powiedział:

- A więc – zwrócił się do naukowców – udało wam się. Moje gratulacje.

- Dziękujemy, lordzie Faber – odrzekł Talion. – Czy to na pewno konieczne?

- Tak. Imperator uznał, że to konieczne. – Łoś spojrzał na borsuka, kucnął i uścisnął mu łapę, a następnie zrobił to samo z niedźwiedzicą. – Nasz Pan dziękuje wam za wszystkie zasługi dla FGZ. Chce, żebyście wiedzieli, że odegraliście ważną rolę w naszej wspaniałej historii. Żegnajcie.

W tym momencie jeden ze strażników unieruchomił Królisek, a reszta otworzyła ogień do naukowców, którzy nawet nie drgnęli.

- NIE! – krzyczała Królisek. – NIE! Co wyście zrobili! – Próbowała się wyrwać, ale strażnik, który ją unieruchomił, był nosorożcem i, oczywiście, znacznie przerastał ją swoją siłą.

- Wiedzieli, na co się piszą – westchnął Faber. – Imperator nie chce, żeby osoby powiązane z projektem zdradziły coś, czego nie powinny, dlatego co parędziesiąt lat zleca eliminację całego personelu. Przykro mi, ale tak jest.

Królisek była wstrząśnięta.

- Ale… ale… a co z ośrodkiem?

- On też zostanie zniszczony. Już teraz lecą tam bombowce. Za godzinę nie zostanie z niego nic. Za jakiś czas zostanie odbudowany w innej lokalizacji. Koszt nie stanowi dla nas problemu.

- Co?!

- Imperator nie chce, żeby dane stamtąd wpadły w niepowołane łapy. Zostały wysłane tutaj, a ich oryginały nie mają prawa przetrwać. Nie chcemy też, aby któryś z tamtejszych pracowników wypaplał coś nieodpowiedniego albo żeby okazało się, że zdołał coś ukryć w ośrodku.

- I… i to wszystko przeze mnie?! – wrzasnęła Królisek.

- Uspokój się – powiedział łoś lodowato spokojnym tonem. – To nie do końca przez ciebie. W ośrodku pracowano też nad innymi projektami. Ich plany i prototypy zostały stamtąd zabrane w ostatnim tygodniu. Twoje pojawienie się było po prostu sygnałem, że już czas wszystko… no cóż, zbudować jeszcze raz. Nie zadręczaj się tym. – Nagle jego ton zrobił się przyjacielski. – Oni wiedzieli, że to się kiedyś stanie. A teraz choć, Imperator chce cię widzieć.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Dam kciuka w górę,ale to było za krótkie. Mogło być lepiej, choć sama postać hybrydy i projektu ciekawy. Jednak po tych dwóch miesiącach spodziewałem sięczegoś więcej.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Jednak po tych dwóch miesiącach spodziewałem sięczegoś więcej.

A wiesz, że ja też? :-D

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

dlaczego dopiero teraz to zauważyłem!? idę czytać

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jestem leniem... Zanim ja to skończę, to George R. R. Martin wyda i szóstą, i siódmą część. :D Przepraszam, że tak długo. Niestety nie mogę obiecać, że kolejny rozdział będzie szybciej, bo nie lubię łamać obietnic. W każdym razie, enjoy!

Rozdział 2

Jylanna Skumringfos już od rana miała zepsuty humor. Jeden z jej pracowników – Jack - obudził ją kilkakrotnie swoimi telefonami w sprawie podwyżki. Chyba się uparł, że nie przestanie dzwonić, dopóki mu Jyl mu jej nie da. Odłączyła telefon od prądu i stwierdziła, że koniecznie będzie musiała zrobić z tym durniem porządek, czyli wymazać go z życia. Najlepiej przy okazji upozorować wypadek. Albo lepiej, samobójstwo! Tak, ta opcja jej odpowiadała! Właściwie to nie była pewna, czemu go zatrudniła. Chyba to było wtedy, gdy miesiąc wcześniej spróbowała trochę narkotyków, które mieli przemycić do Rarimerowa dla klienta. Cóż, tamtego dnia nie zrobiła chyba nic głupszego, więc nie było tak źle. Zawsze w miarę dobrze dobrze znosiła narkotyki i alkohol. Inne zwierzę niż ona mogłoby skończyć gorzej. Znajomy, który próbował towaru wraz z nią, znalazł na drugim końcu imperium FGZ, wdając się po drodze w kilkanaście konfliktów z władzami.

       Zgramoliła się z łóżka. Zegar pokazywał piątą popołudniu. Jylanna miała dość nietypowe pory wstawania. Zazwyczaj swoją „pracę” zaczynała chwilę przed zmierzchem, a kończyła tuż przed świtem.

       Jylanna poszła do łazienki zrobić poranną toaletę. Przejrzała się w lustrze. Wyglądała całkiem ładnie, była dość smukłą sarną, miała błękitne oczy, jasnobrązową sierść, czarną na uszach oraz kilka białych plam na pysku. Później nałożyła na siebie białą bluzkę, czarną marynarkę oraz jasnoszare spodnie i poszła sobie zrobić śniadanie.

       Przechodząc przez salon, spojrzała na swój niedokończony obraz. Przedstawiał, a raczej miał przedstawiać w najbliższej przyszłości, panoramę Merogrodowej Przystani z górującym nad nią Cytadelą Imperatora. Jylanna oficjalnie zajmowała się malarstwem, żeby zwierzęta się nie dziwiły skąd bierze pieniądze. Zresztą szło jej to całkiem nieźle, jej obrazy były wysoko cenione, arystokracja czasem zamawiała u niej wykonanie portretów. To wszystko oczywiście tylko przykrywka, ale Jyl mimo wszystko się całkiem wkręciła w malarstwo.

       Po lekkim „śniadaniu” schowała swój niewielki pistolet z tłumikiem do specjalnej kieszonki po wewnętrznej stronie marynarki. Wzięła też młotek. Mało kto przejmuje się kimś, kto ma młotek, a można nim solidnie walnąć. Następnie zgarnęła ciepłą kurtkę, wyszła z mieszkania, zjechała windą i udała się na przystanek autobusowy. Pojazd, który przyjechał po paru minutach, był cały zatłoczony. Wcisnęła się między hipopotama a konia. W Merogrodowej Przystani komunikacja miejska jest zawsze zapełniona – i w dzień, i w nocy. Żałowała, że nie może pojechać samochodem, ale uznała, iż w tłoku w autobusie będzie łatwiej zgubić ewentualne śledzące ją zwierzęta. Nie było to dla niej najwygodniejsze rozwiązanie, ale cóż poradzić. Jednak fakt, że ona – jedno z najbardziej wpływowych zwierząt w mieście, a nawet w całym FGZ – musi się przepychać pomiędzy motłochem w autobusach, wciąż ją denerwował.

       Dojechała do przystanku gdzieś na obrzeżach Tundratown. Była to bardzo uboga część tej dzielnicy, mieszkały tu głównie najbiedniejsza zwierzęta. I było przeraźliwie zimno. Wręcz idealne miejsce dla takiej sarny jak Jylanna... Ale cóż, mało kto się przejmował tą dzielnicą,  więc była świetna na umiejscowienie jednej z siedzib jej „małej” organizacji. Jyl jednak była nieco nieszczęśliwa: miała tyle pieniędzy, mogła zamieszkać w pałacu, a swoje dni dzieliła między niewielkie mieszkanie na dwunastym piętrze wieżowca a zapuszczone slumsy.

       Manewrowała ciasnymi uliczkami, mijając często brudne i obdarte zwierzęta, siedzące przy murach budynków. Wiele z nich wyciągało do Jylanny łapy, prosząc o pieniądze, ale ta szła dalej.

       Zdecydowanie było zimno, nawet jak na Tundratown. Chciała już jak najszybciej dojść na miejsce. Spojrzała na bezdomnych kulących się z zimna. Zawsze się zastanawiała, czemu się nie przeniosą do jakiejś cieplejszej dzielnicy. Może to kwestia przyzwyczajenia? Nie chcieli opuszczać Tundratown? A może po prostu było im już wszystko jedno? Ciężko stwierdzić.

       Jyl w końcu dotarła do starej, zapuszczonej kamienicy w jednej z bocznych uliczek. To tutaj już od prawie dwóch miesięcy znajdowała się główna siedziba jej organizacji. Wszystkie mieszkania w niej były kupione i zarejestrowane na paru członków. Jylanna zmieniała centralną bazę jej organizacji co parę tygodni. Przez „centralną” rozumiała tę, do której codziennie się udaje. W Merogrodowej Przystani miała prawie dwadzieścia takich baz, a w innych większych miastach FGZ również się znajdowało się po kilka takich miejsc.

       Zapukała do drzwi. Otworzył jej ryś – Oswen -  z myszą – Jerrym -  na ramieniu. Wiedziała, że w razie zagrożenia Jerry wystrzeli pociski z trucizną, która nawet w niewielkich dawkach zabije słonia. A on mógł ich wystrzelić ponad dziesięć w ciągu sekundy ze swojej broni.

       - Tak? – zapytał Oswen. Wprawdzie znał Jylannę. Jak mógłby nie znać własnej szefowej? Jednak takie były procedury.

       - Raxacoricofallapatiorius – powiedziała Jyl. To było jedno z ustalonych haseł, które również zmieniała co jakiś czas. Oznaczało „wszystko w porządku, nie widziałam, żeby ktoś mnie śledził, nie przyszłam tu pod niczyim przymusem, jestem w pełni władz umysłowych, jesteśmy bezpieczni”. Ustalonych było kilkanaście takich haseł, w tym, między innymi, na wypadek podejrzenia bycia śledzonym, w przypadku szantażu i wiele więcej.

       Oswen ustąpił jej z drogi i się lekko skłonił. Jylanna minęła go i weszła do środka. W środku kilkoro zwierząt także złożyło jej ukłony. Łania, przechodząc, skinęła im głową. Nie skierowała się do mieszkań na górze, tylko zeszła do piwnicy.

       Zszedłszy po schodach, podeszła do jednej z belek podtrzymujących sklepienie. Wymacała dłonią przełącznik i go nacisnęła. Następnie wsunęła rękę za stojącą prawie przy samej ścianie skrzynię. Tam nacisnęła kolejny, prawie że niewidoczny przycisk. Usłyszała dźwięk odsuwanej płyty w podłodze, która była ukryta w najmniej widocznym miejscu w piwnicy, czyli za starym piecem. Zanim zeszła niżej, otworzyła jedną ze skrzyń. Wypełniały ją perfumy. Jylanna wypsikała się nimi cała.

       Zeszła po stalowej drabinie, ukrytej pod włazem. Stanąwszy na dole, nacisnęła kolejny przycisk, który zamknął właz. Rozejrzała się dookoła. Znajdowała się w niewielkim, zawilgoconym pomieszczeniu. Postanowiła, że wyśle kogoś, aby oczyścił to miejsce, bo się jeszcze pleśń zalęgnie. Na pierwszy rzut oka w pokoju nie było absolutnie nic oprócz jednej, samotnej lampy zwisającej z sufitu. Jylanna jednak wiedziała, co należy zrobić. Zastukała w ścianę. Najpierw trzy razy, potem pięć, potem znowu dwa. To również był ustalony kod. Gdyby ktoś ją szantażował, żeby otworzyła przejście lub gdyby była w niebezpieczeństwie, stuknięcia miałyby inną kolejność. Kawałek ściany wsunął się w ziemię, odsłaniając przejście. Stał tam samiec antylopy, który włączył mechanizm odsłaniający drogę. Ukłonił się Jylannie i odsunął się przed nią z drogi.

       Jylanna minęła antylopę. Weszła do całkiem wysokiego i dość szerokiego tunelu. Takie korytarze pod całym miastem ma wielu głębokościach. Były też o dziwo całkiem obszerne, tak że tylko te największe ssaki nie mogły się w nich zmieścić. Tworzyły niekończący się labirynt, w którym można było znaleźć wszystko, co nie powinno ujrzeć światła dziennego. Wiele z nich było o dziwo Handlarze narkotyków, zabójcy, złodzieje, praktykujący zakazane sztuki magiczne – wszyscy oni znaleźli tu schronienie. Krążyły też historie, że w najgłębszych i najbardziej zapomnianych częściach tuneli można spotkać istoty nie z tego świata. A nie było to spotkanie, którego ktokolwiek by sobie życzył. Straż rzadko tu schodzi, bo albo nie pamiętają o istnieniu tych tuneli, albo nie wiedzą jak, bo wejścia, choć są ich prawdopodobnie dziesiątki tysięcy w całym mieście, są zazwyczaj bardzo dobrze poukrywane, choć oczywiście nie tak, jak w kryjówce grupy Jylanny. Trzeba po prostu wiedzieć, gdzie szukać.

       Jylanna weszła oddzielonej części tuneli, służącej jej grupie za siedzibę. Składał się na nią spory kawałek korytarzy i kilkunastu większych komnat. Była utrzymana w czystości i jasno oświetlona lampami elektrycznymi, w przeciwieństwie do reszty tuneli. Nie czuła żadnych typowych dla zwierząt zapachów, gdyż jej ugrupowanie ukrywało je pod perfumami, takimi jak te, którymi się przed chwilą popsikała, ze względów bezpieczeństwa. Strażnicy nie mogli dzięki temu ich wytropić po zapachu.

       Kręciło się tu wiele zwierząt różnych gatunków. Większość z nich przygotowywała się do wykonania powierzonych im zadań albo oczekiwała na przyjęcie nowych. Kłaniali się łani, kiedy przechodziła koło nich. Jylanna podeszła do Beniamina, grubego geparda, jej adiutanta, który właśnie siedział za przyniesionym tu starym stołem, pisząc w grubej księdze i zajadając pączki. Członkowie jej stowarzyszenia czasem przynosili tu różne meble. Twierdzili, że dzięki temu jest tu wygodniej i przytulniej. Jylanna nie zaprzeczała, faktycznie kilka stołów, krzeseł, szafek oraz innych tego typu sprzętów uprzyjemniało przebywanie w starych, podniszczonych tunelach. Sama też się dorzuciła i powiesiła tu kilka swoich obrazów.

       - Pokaż, co tam dla mnie dzisiaj masz, Clawhauser – rzuciła Jylanna do grubego geparda.

       - A, witaj szefowo! – Clawhauser dopiero teraz ją zauważył i podniósł się z nad księgi. Wciąż jednak jadł pączka. – Dzisiaj niewiele, ale myślę, że zechcesz rzucić na to okiem.

       - Więc mów.

       - No więc... – zaczął Clawhauser. – Mamy zlecenie zabicia niejakiego Richarda Martella.

       - Martella? Z tych Martellów z Merowej Włóczni, jak mniemam?

       - Tak, ale on nie za bardzo liczy się w rodzinie. Jest zdaje się piątym synem czwartego syna. Albo czwartym synem piątego syna. Nie jestem pewien.  W każdym razie jest dość bogaty i zarządza firmą produkującą obuwie.

       - Obuwie?! – parsknęła Jylanna. – Nic dziwnego, że ma dużo pieniędzy. Niech zgadnę, ktoś z jego konkurentów, chce go wyeliminować z rynku i przejąć jego firmę, tak?

       Mało kto w imperium FGZ nosił buty, no bo po co? Także buty były czymś rzadkim i ekstrawaganckim, z czego mało kto korzystał. Czasem nosiły je niektóre gwiazdy i bogacze. Piosenkarka Gazela, którą Clawhauser uwielbiał, była znana między innymi z tego, że występowała w butach na scenie. Także biznes obuwniczy przynosił spore dochody, bo za parę butów zazwyczaj trzeba było naprawdę sporo zapłacić.

       - Zgadłaś! – uśmiechnął się gepard. – Sarah Eilifint chce, żebyśmy go zabili po cichu. Najlepiej, gdybyśmy to upozorowali na wypadek.

       - Ile pieniędzy proponuje? – spytała sarna.

       - Trzydzieści tysięcy zoolarów, trzydzieści pięć, jeśli to upozorujemy na wypadek.

       - Bierzemy. Przydziel do tego Watahę oraz Szpona. Nie powinno być to dla nich problemem. – Przekaż im potem informacje, których mogą potrzebować.

       - Tak, pani.

       - Co jescze masz? – spytała Jylanna.

       Gepard przejrzał księgę i po chwili odpowiedział:

       - Zlecenie kradzieży cennego naszyjnika pewnej arystokratce... Tylko imię, które podał zleceniodawca nie figuruje w spisie zwierzęcości miasta.

       - Podejrzane... – Jylanna zamyśliła się na krótką chwilę. – Przecież w tym spisie są nawet najbardziej zapomniani biedacy. Więc albo on chce zastawić na nas zasadzkę, albo z jakiegoś powodu ukrywa swoje imię. Myślał, że nie zauważymy?

       - Co zrobić, szefowo? – spytał Gepard, zajadając pączka. Pysk miał ubrudzony truskawkowym nadzieniem.

       - Wyślij Geralta po ten naszyjnik – zadecydowała Jylanna. - Tylko dopilnuj, żeby nie przychodził po odbiór pieniędzy sam. Niech go ubezpiecza kilku snajperów i niech spotkanie będzie w jakimś miejscu, które łatwo im będzie kontrolować. Tak na wszelki wypadek.

       Clawhauser zanotował to wszystko w księdze.

       - Coś jeszcze, pani?

       - Nie. Co jeszcze?

       - Hmm... – Clawhauser przez chwilę zastanawiał się, co powiedzieć. – Zlecenie podłożenia bomby w świątyni Rarity od niejakiego Bernarda Moosley’a.

       - Zignoruj. Albo lepiej, niech ktoś porządnie obije tego Moosley’a. – Jyl westchnęła -  Jeszcze się nie nauczyli, żeby nie kierować do mnie takich zleceń. Nie chcę mieć na głowie inkwizycji, kapłaństwa, imperatora, samej bogini i całej reszty FGZ. Dalej!

       - To już ostatnie zlecenie, które w tej chwili mamy. – Clawhauser wyszukał odpowiednią stronę. – O, już mam. To powinno cię zaciekawić, pani. Coś od lorda Bucka Fallowharina.

       - Od Fallowharina? – Jylanna się ożywiła. – Dawno się nie odzywał. Co tym razem planuje?

       Lord Buck Fallowharin był zamożnym arystokratą. Posiadał kilka sporych film, kilkanaście wsi i całkiem duże wpływy. Jylanna malowała kiedyś nawet jego portret, choć oczywiście nie wiedział, że łania jest Mistrzynią – słynną i tajemniczą przywódczynią potężnej i niebezpiecznej grupy przestępczej, której nikt do tej pory nie nadał nazwy. Miał wysoką pozycję w społeczeństwie, nie posiadał też żadnych podejrzanych powiązań. Jednakże półtora miesiąca wcześniej zlecił Jylannie upozorowanie samobójstwa pewnego architekta. Zlecenie nie było specjalnie trudne i zostało oczywiście wykonane, a łania zapomniała na jakiś czas o całej sprawie, bo nie wyróżniała się jakoś szczególnie. Nie pytała go, czemu tak bardzo zależało mu na upozorowaniu czyjejś śmierci, bo nigdy tego nie robiła. Zazwyczaj kazała swoim zwierzętom sprawdzać, gdyż klienci nie musieli być w tych sprawach jakoś szczególnie wylewni i prawdomówni. Po dwóch tygodniach Buck zgłosił się do niej znowu. Tym razem zapłacił jej za wywołanie pożaru w siedzibie jakiegoś heretyckiego kultu, który twierdził, że Rarity nie istnieje, a jedynym bogiem jest Mere, a następnie zgłoszenie go inkwizycji. Było to bardzo proste zadanie, nie wymagało od jej grupy praktycznie żadnego wysiłku. Część kultystów zginęła w pożarze, a reszta spłonęła potem na stosach. Jylanna zaczęła się zastanawiać, czemu tak wysoko postawione zwierzę zleca jej tak różne zadania w tak krótkim czasie. Nie wykryła żadnych powiązań między Buckiem a tym kultem. Ani co łączyło kult z zabitym architektem.

       Buck był podejrzanie hojny, jeśli chodziło o wynagrodzenie. Za każde zlecenie płacił Jylannie ponad trzy razy więcej, niż chciała. Jylanna wysyłała za nim szpiegów, wyszukiwała informacje o nim, lecz wciąż nie mogła znaleźć wyjaśnienia dla tego, co robił. Większość jej klientów miała oczywiste motywy i nawet jeśli je ukrywali, ona się o nich dowiadywała. Nie w tym przypadku.

       Ostatnie zlecenie zlecił jej nieco ponad tydzień temu. Zapłacił jej za podłożenie dowodów świadczących, że jeden oficer straży dopuścił się wielu herezji, w tym wielu, których nie popełnił. Nie było to proste zadanie, wymagało od jej grupy wiele planowania i przygotowań, ale się udało. Oficer spłonął na stosie. Jylanna w końcu znalazła jakieś powiązanie z wcześniejszymi zleceniami. Oficer był w sekrecie członkiem tego kultu, który Jylanna zniszczyła. Wciąż jednak nie wiedziała, czemu Buckowi tak na tym zależało.

       - Nie wiem, pani – powiedział Clawhauser. – Lord Fallowharin prosił cię, żebyś się z nim spotkała osobiście. Chciałem mu wytłumaczyć, że to niemożliwe, ale on nie słuchał. Powiedział, że będzie rozmawiał tylko z tobą w tej sprawie. Wspomniał też, iż nagroda będzie naprawdę wysoka. Zapłaci nam siedemset pięćdziesiąt tysięcy zoolarów.

       - Siedemset pięćdziesiąt tysięcy? – Jylanna była zdziwiona, choć nie tak, jak należałoby oczekiwać od kogoś, kto usłyszał, że dostanie tak dużą sumę pieniędzy. – I chce się ze mną spotkać w tej sprawie osobiście. Szczerze mówiąc, zaciekawił mnie. Zrobię to.

       - Jesteś pewna, pani? – zmartwił się Clawhauser. – Przecież wiesz, że wszyscy chcieli by schwytać słynną Mistrzynię.

       - Zdaję sobie z tego sprawę, Beniaminie – odparła Jylanna z uśmiechem. – Sam wiesz, że już były takie próby, ale dzięki środkom ostrożności nawet mi włos z głowy nie spadł. Przekaż Fallowharinowi, żeby się ze mną spotkał o drugiej w nocy za dwa dni, w starym, opuszczonym budynku na Trąbalskiego 757. Niech przyjdzie sam i bez broni. Miejsce spotkania zostanie mu podane na trzy godziny przed faktem, żeby nie miał czasu zorganizować żadnej zasadzki. Budynek mają ubezpieczać ze wszystkich stron snajperzy, w środku mają się ukrywać zwierzęta z bronią, na wszelki wypadek. Na wszelki wypadek przygotuj jeszcze oddział wsparcia. Niech czeka gdzieś w okolicy.

       - Jak rozkażesz, pani.

       Jylanna miała już wychodzić, gdy coś jej się przypomniało.

       - Jeszcze jedno... Jest dzisiaj Jack?

       - Jest. Coś się stało?

       - Nic, nic... – mruknęła Jylanna.

       - Szczerze mówiąc, to idiota – powiedział Clawhauser. – Pracuje tu zaledwie od dwóch tygodni, a już zdążył wkurzyć każdego, bez wyjątku. Rzadko stawia się tutaj, swoje zlecenia spartolił doszczętnie i nawet się tym nie przejął. Dziwne, że jeszcze nas nie wydał władzom. Szefowo, właściwie to nie mam pojęcia, czemu go zatrudniłaś. Nie wątpię, że wiesz, co robisz, ale nie wiem, co w nim widziałaś.

       - Ja też nie – odparła łania. – Ale zaraz coś na to zaradzimy. – Uśmiechnęła się w niepokojący sposób.

       Gepard przez chwilę nie rozumiał, o co jej chodziło, ale po chwili się domyśli. Nawet nie był tym zmartwiony, ten idiota mógł być niebezpieczny. Pożegnał się z szefową, wyciągnął gazetę i zaczął czytać. Za zaledwie dwa tygodnie Gazela miała mieć koncert w Merogrodowej Przystani zaczynający jej trasę po imperium. Clawhauser nie mógł się już doczekać.

       Jylanna wypatrzyła Jacka. Był wysokim łosiem, więc nie było to trudne. Siedział przy stole, rozmawiając z szopem, który wyglądał, jakby miał się zaraz zabić z desperacji. Jyl podeszła do nich.

       - Witaj, Jack – zaczęła rozmowę.

       - A, cześć, sarenko! – rzucił Jack ze śmiechem.

       „Co za tupet!”, pomyślała Jylanna. „Większość z moich podkomendnych nie waży się zwracać do mnie nawet po imieniu! Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam? Chyba miałam po prostu ważniejsze rzeczy na głowie”.

       - Mam do ciebie sprawę – powiedziała łania.

       - Przemyślałaś sobie to, o czym ci mówiłem rano? – zapytał bezczelnie Jack.

       Jylanna uśmiechnęła się sztucznie.

       - Ja właśnie w tej sprawie. Chcę to z tobą przedyskutować na osobności. Chodź ze mną.

       Jack podniósł się z satysfakcją malującą się na pysku. Jylanna rzuciła jeszcze spojrzenie na szopa. Jego ulga była wręcz namacalna.

       Jylanna przeszła z Jackiem do „pomieszczenia” wydzielonego w ślepym tunelu za pomocą ogromnego kawału materiału. Byli sami, nikt nie patrzył. Nie żeby Jylannie to przeszkadzało, ale wolała zawsze robić takie rzeczy dyskretnie.

       - Więc, sarenko – zaczął Jack – ile zoolarów teraz będę dostawać? Wiedziałem, że jeśli będę dużo dzwonić, to w końcu się zgodzisz.

       „Przynajmniej jest szczery”, pomyślała Jylanna.

       - Proporcjonalnie dużo do twoich umiejętności, łosiu – odparła Jyl. – Ale najpierw chcę z tobą porozmawiać.

       - O czym? – zdziwił się Jack.

       - Opowiedz mi o swoim ostatnim zleceniu. – „Skoro i tak ma umrzeć, to może chociaż powie coś ciekawego”, pomyślała.

       - No... – zaczął łoś. – To było tak: ten tłuścioch powiedział, że mam iść do domu jakiegoś lisa i ukraść mu, zdaje się, akt własności czegoś tam.

       „TŁUŚCIOCH?! Nazwał Beniamina tłuściochem?! Spokojnie, Jylanna, jeszcze chwila”.

       - No więc poszłem do tego lisa...

       - Poszedłem.

       - Co? – zdziwił się Jack.

       - Nie mówi się „poszłem”, tylko „poszedłem”.

       - To ważne?

       - Tak.

       - No więc POSZEDŁEM do tego lisa i weszłem... – kontynuował Jack.

       - Wszedłem...

       - ...weszłem do jego domu, bo drzwi nie były zamknięte. Patrzę, a on sobie siedzi na fotelu i czyta gazetę. Pytam go, gdzie trzyma ten akt własności.

       „Ja... Jakim cudem tego nie zauważyłam wcześniej? Jak?! Rzadko przebywał w głównej kwaterze, więc mogłam to przeoczyć, ale czemu nikt mi o tym nie doniósł? Chyba po prostu wierzyli w moją >>nieomylność<<... Koniec z narkotykami na następny miesiąc”.

       - I co było dalej? – mruknęła Jylanna.

       - No, on patrzy na mnie i zaczyna wołać straż. Nawet nie powiedział, gdzie ma ten akt. Próbuję go jakoś uspokoić, więc przywaliłem mu krzesłem.

       - Że co proszę, kochanie? – Jylanna zadziwiająco zręcznie ukrywała swoje zirytowanie. Ale jeśli do kogoś mówiła „kochanie”, „słoneczko” lub „złotko”, to znaczyło, że zostało mu zaledwie kilkadziesiąt sekund życia.

       - Padł ogłuszony tym krzesłem, wciąż mi nie powiedział, gdzie był ten akt. Ale straż usłyszała jego krzyki i musiałem uciekać. Zgubiłem ich, ukrywając się w tłumie na targu.

       Jylanna westchnęła.

       - Ty tylko udajesz, czy naprawdę taki jesteś?

       - Nie wiem, o co ci chodzi, sarenko. – Jack uśmiechnął się głupio.

       - Czyli nie udajesz... – mruknęła Jyl. – Cóż, tym gorzej dla ciebie. –

       W tym momencie z niezwykłą prędkością wyciągnęła zza marynarki pistolet i strzeliła Jackowi prosto w głowę. Nawet się nie zorientował, że umarł.

 

 

***

 

 

       W opuszczonym budynku, będącym kiedyś domem obecnie zmarłego redaktora gazety lord Buck Fallowharin – antylopa - siedział przy stole w sporym pomieszczeniu, które kiedyś prawdopodobnie służyło za salon. Większość mebli wyniesiono, choć ostał się stół z dwoma krzesłami oraz stara, drewniana szafa. Przed wejściem tutaj sprawdzono go pod kątem podsłuchów i kazano mu się przebrać w przygotowane dla niego ubranie – białą tunikę i białe spodnie. Nic więcej. Miało to zapobiegać sytuacji, gdyby chciał przemycić coś niebezpiecznego w swoich ubraniach. Czekał teraz, aż Mistrzyni wejdzie do pokoju.

       Drzwi się otworzyły i ukazała się w nich Jylanna.

       - Jylanna Skumringfos! – niemalże wykrzyknął Fallowharin. – A więc to ty jesteś...     Nie było mu dane dokończyć, bo ujrzał wycelowane w niego dwa pistolety w rękach sarny.

       - Zacznijmy od tego, że w tym budynku jest... dość duża liczba moich zwierząt. Jeśli zaczniesz coś kombinować, mogę ich zawiadomić na dwadzieścia trzy różne sposoby i wtedy zginiesz – powiedziała Jylanna tonem pozbawionym jakichkolwiek emocji. – Choć bardziej prawdopodobne jest to, że cię zastrzelę osobiście. Mogę to zrobić w jedną piątą sekundy. Całkiem szybko, nieprawdaż? – Uśmiechnęła się zimno. – Nawet jeśli jakimś cudem uda ci się stąd wydostać, umrzesz natychmiast po wyjściu na zewnątrz. A jeśli i to przeżyjesz, dopadną cię moi podkomendni w celu pomszczenia mnie. I wtedy oczywiście umrzesz. Jeśli po tej rozmowie zdradzisz komuś moją tożsamość, umrzesz, choćbyś nie wiem, gdzie się próbował ukryć. Reasumując, bądź grzeczny, to przeżyjesz. Zrozumiałeś?

       Buck nie czuł się już tak pewnie, jak na początku rozmowy, ale starał się tego nie okazywać.

       - Oczywiście. – Spojrzał na pistolety trzymane przez Jylannę. – Czy mogłabyś już... przestać tym we mnie celować?

       - Nie.

       Zapadła niezręczna cisza.

       - No, mów – powiedziała obojętnym tonem Jylanna. – Nie mam całego dnia. Czego ode mnie chcesz?

       - Nie możemy po prostu porozmawiać? – zapytał Fallowharin.

       Jylanna spiorunowała go wzrokiem.

       - Więc o to ci chodziło? Chciałeś mnie zaciekawić, zlecając mi losowe, prawie nie powiązane ze sobą zadania, żebym zechciała się z tobą spotkać osobiście. Może w jednym z nich miałeś jakiś cel, ale reszta była albo wybrana losowo, albo zrobiłeś to w imieniu swoich znajomych, tak?

       Lord Buck Fallowharin oniemiał. Przerażająco łatwo go przejrzała.

       - Skąd... Skąd to wiesz? – spytał zszokowany.

       - Domyśliłam się dosłownie pół minuty temu. Zleciłeś niepowiązane ze sobą zadania. Wiedziałeś, że nie znajdę powiązań między nimi, ponieważ ich po prostu nie było. Nie miałeś też powodu, żeby zlecać większość z nich. Nawet kiedy kazałam cię śledzić moim podkomendnym, to i tak nic nie znaleźli.

       - Zaraz! – wykrzyknął Fallowharin. – Śledziłaś mnie?!

       - Nie tylko ciebie, nie czuj się wyróżniony. Ważne jest teraz to, że mogę dojść do wniosku, iż zorganizowałeś to, żeby mnie zabić. A wtedy wiesz, co się stanie. Nikt się tak nie wysila tylko po to, żeby ze mną „porozmawiać”. Więc jeśli masz do mnie jakąś sprawę, przejdź do rzeczy, kochanie! – Jylanna uśmiechnęła się w niepokojący sposób.

       Fallowharin nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Myślał, że jeszcze uda mu się zaciekawić Mistrzynię i wmanewrować ją w zrobienie tego, co chciał jej zlecić poprzez utrzymanie tajemnicy poprzednich zleceń. Nie domyślał się, że przejrzy go już na początku rozmowy.

       - Masz rację – zaczął pewnym tonem. – Faktycznie wrobienie tego oficera i upozorowanie śmierci architekta było przysługą dla moich przyjaciół. Tylko zniszczenie tego kultu było ważne dla mnie i dla... – przerwał.

       - Dla kogo, złotko? – Jylanna wciąż się uśmiechała.

       - Dla moich mistrzów.

       - A zdradziłbyś mi może, kim oni są?

       - Nie mogę ci jeszcze powiedzieć – odparł Buck. – Wiedz tylko, że nie są przeciw imperatorowi, bogini ani inkwizycji. Wiem, że nie przyjmujesz zleceń, które mogłyby im zaszkodzić.

       - Może jednak mi powiesz? – zapytała Jylanna. – Wiesz, celuję w ciebie pistoletem, jesteś bezbronny i tak dalej.

       - Jeśli zgodzisz się poczekać, aż powiem ci, kim oni są, po wykonaniu przez ciebie zlecenia, to zapłacę ci osiemset pięćdziesiąt tysięcy, zamiast siedemset pięćdziesięciu – zasugerował Buck.

       - Ciekawe – stwierdziła Jylanna obojętnym tonem. – Tak ci zależy na tym, żebyś mi opowiedział o nich osobiście, że zgadzasz się zapłacić sto pięćdziesiąt tysięcy zoolarów więcej...

       - Chyba RÓWNO sto tysięcy – przerwał jej Fallowharin.

       - Nie, sto pięćdziesiąt tysięcy. Jestem tego pewna. Twoi mistrzowie muszą być kimś ważnym i potężnym, skoro chcesz dopłacić równowartość szesnastu lat zarobków przeciętnego mieszkańca imperium. I bogaci, skoro możesz sobie na to pozwolić. Choć oczywiście jest szansa, że tak naprawdę nie masz tylu pieniędzy i spróbujesz uciec, oszukać mnie lub zabić po wykonaniu zlecenia. Ale chyba nie jesteś tak głupi, prawda? – Jylanna znowu uśmiechnęła się w niepokojący sposób. - Więc mógłbyś mi w końcu powiedzieć, za co chcesz mi zapłacić te dziewięćset tysięcy zoolarów?

       - Chcę, żebyś ukradła dla mnie pewien... artefakt, z braku lepszego określenia – powiedział Buck po chwili przerwy. – Rodzina Wildenisterów, tych z Casterly Rock, organizuje za miesiąc gigantyczną uroczystość. Robią to tylko po to, żeby pokazać ten artefakt wszystkim ważniejszym osobistościom w Merogrodowej Przystani. Sam też tam się pojawię. Ponoć Mistrz-Inkwizytor, a zarazem namiestnik Północy X będzie tam, nasz burmistrz Brind, który obecnie jest Lordem Dowódcą Mammal Watch miał przybyć, ale coś go zatrzymało.

       - Tak, wiem, słyszałam o tym – przerwała Buckowi Jylanna. – Nawet mam zamiar się tam udać. Znajomy arystokrata mnie wprowadzi, bo malowałam portrety całej jego rodziny. Ma tam też być Imperialny Paladyn Gnobk, a krążą plotki, że sam Polineks – szef organizacji skrytobójców ZUO,  z którego usług czasem korzysta sam Imperator – ma się tam pojawić. Muszę przyznać, że nie interesowałam się do tej pory tym artefaktem. Wiem, że znaleziono go na wykopaliskach w pradawnych ruinach gdzieś na Północy. Ma kształt dwunastościanu foremnego i jest wielkości kopyta konia i został wykonany z nieznanego materiału. Coś jeszcze możesz mi o nim powiedzieć?

       Buck przez chwilę się zastanowił. Skupienie się wciąż nie było łatwe, zważywszy na to, że Jyl wciąż celowała w niego bronią. W końcu uznał, że może jej to powiedzieć. To mała tajemnica, a łania i tak wszystkiego się dowie po zleceniu.

       - Moi mistrzowie – zaczął Buck - nie są pewni, co to jest, ale mają pewne przypuszczenia. Uważają, że to może pochodzić od samej LeviathanLil. A wszystko, co od niej pochodzi, może być potencjalnie niebezpieczne dla całej cywilizacji zwierzęcej, jak zresztą sama wiesz. Choć wszystkie zwierzęta uważają, że to cudowna pozostałość cywilizacji, która była przed nami, i chcą po prostu to zobaczyć na własne oczy. Moi mistrzowie uznali Timę Wildenister za niegodną zaufania w tej sprawie. Już od dawna krążą historie, że paktuje z LeviathanLil.

       - Więc chcesz, żebym po prostu ukradła ten artefakt, tak? – upewniła się Jylanna. – A w zamian chcesz mi dać dziewięćset tysięcy zoolarów?

       - To nie będzie łatwe, choć taka zawrotna suma miała głównie na celu zwrócenie twojej uwagi – przyznał Buck. – Artefakt jest obecnie chroniony najnowocześniejszymi systemami obrony i przetrzymywany w Casterly Rock. Łatwiej będzie go ukraść, gdy uroczystość się już zacznie, a on będzie czekał na pokazanie. Choć i to będzie graniczyło z cudem. Uważamy jednak, że będzie to warte swojej ceny. A ty jesteś jedną z niewielu osób, które mogą tego dokonać. Chcemy jeszcze, żeby zniknięcie artefaktu wywołało sensację.

       - Przecież i tak wywoła – powiedziała Jylanna.

       - Nie, my chcemy, żeby wszyscy o tym mówili w całym imperium przez kolejne dziesięciolecia. Ta kradzież ma się odbyć z hukiem. I wolelibyśmy też, żeby nikt nie zginął, choć nie nalegamy.

       - Dlaczego? – zdziwiła się Jylanna.

       - Mamy swoje powody – odparł Buck. – Między innymi chodzi nam o to, żeby ewentualne zdarzenia w przyszłości wyglądały blado w porównaniu do tego skoku.

       - Więc chcesz, żebym ukradła przedwieczny artefakt z uroczystości, na której będą najważniejsze osoby w FGZ, i sprawiła, żeby to zyskało niebywały rozgłos, tak? A to wszystko za prawie milion zoolarów.

       - Tak. Zgadzasz się?

       Jylanna uśmiechnęła się. Tym razem nie zimno czy szyderczo, ale radośnie.

            - Tak.

 

 

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz