Polineks

Polineksowa twórczość fanfikowa

68 postów w tym temacie

Ooo drugi rozdział. :D No to panie, przeczytam w wolnej chwili.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Cieszę się! Byłby szybciej, ale problemy techniczne zdrowotne itp. W sierpniu powinno parę odcinków dojść. :D

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Cieszę się! Byłby szybciej, ale problemy techniczne zdrowotne itp. W sierpniu powinno parę odcinków dojść. :D

 

A zatem przeczytałem i oceniam!

Przede wszystkim lepiej od pierwszego fanfika, który zaprezentowałeś. Jest lepiej napisane, ciekawiej i co ważne - dłużej.

Nie jestem mistrzem w wyłapywaniu głupotek, więc znalazłem tylko takie:

 

- to właściwie po co Wataha prowadził Judy do Bogo, skoro zależało im na pełnej dyskrecji? Mogła sama podejść, a tak to zaczęły między policjantami krążyć historie, że "młodzi dostali super tajne zadanie"

- no dobra, a gdzie ten transport wodny? Nikt się nie pojawił. Może Tina, gdy dostała w ucho, zdążyła poinformować Underwooda, że policja jest w porcie, ale to tylko moja interpretacja

- Underwood potrzebował wtykę w policji - w takim razie na co mu porwany Nick? Lis miał rzekomo nie zobaczyć Zwierzogrodu przez długi czas. Przecież nie wróciłby po paru tygodniach/miesiącach/latach twierdząc, że był na wakacjach

 

Co mi się spodobało:

- dobre dialogi, zwłaszcza te między Judy i Nickiem. Wyobrażałem sobie ich głosy i nawet to pasowało. ;)

- fajnie, że Obłoczek uciekła. Może to typowe, może to banalne, ale sam bym tak zrobił, jakbym spisywał swoje pomysły

- dużo ciekawych, zróżnicowanych postaci trzecioplanowych - w sensie ten borsuczy sąsiad Nicka i pozostali

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Dzięki za ocenę. Fajnie że ktoś chciał ją dać. :D

 

To teraz po odpowiadam.

 

1. Szef posłał to przyprowadził. Sam tyłu ruszyć nie chciał to wilka posłał. :D

2. Każdy może to interpretować chce. Ja uznałem, że nie trzeba opisywać przypłynięcia transportu. Statek przypłynął wcześniej co było powiedzmy sygnałem dla policji do wejścia do akcji.

3. I to jest jedno z pytań, które chciałem rozwinąć odpowiedź w przyszłych częściach. Jak na parę innych, które mogły się pojawić tj. Kim jest Underwood, Co przeskrobała tak naprawdę Martina, czyli Tina, Czy w trakcie swej tułaczki widziała miasta innych zwierząt typu ptaki, Gdzie jest ojciec Nick skoro wiemy że jest za granicą. Parę pytań mogło się pojawić i odpowiedzi postaram się w przyszłych opowiadaniach udzielić.

 

Od razu zapowiadam że następne opowiadanie będzie miało trochę mniej poważną sprawę.

 

Cieszy mnie, że coś się spodobało i będę się starać by przyszły także nie zawiodły choć i tak piszę dla samej radości pisania.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach
Dzięki za ocenę. Fajnie że ktoś chciał ją dać. :D

1. Szef posłał to przyprowadził. Sam tyłu ruszyć nie chciał to wilka posłał. :D

 

Spoko, spoko, po prostu to trochę nielogiczne. :P

To tak jakbym ja chciał zachować coś w tajemnicy i powiedział komuś, że mam sekret... ale nie mogę wygadać!

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Właśnie poznałeś część mojej logiki, która to jest jej pozbawiona :D

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Udało sie! Pracę nad kolejnymi przyśpieszyły. Raczej nie będzie tak dobre jak dwójka (jeśli była dobra) ale powinno być znośnie. -O-

 

Sprawa III – Witaj w Zwierzogrodzie!

 

Słońce powoli wychylało się zza horyzontu rozpoczynając kolejny dzień. Dla niektórych nowy dzień pracy, a dla innych spokoju lub nowych wyzwań.

W pewnej małej mieścinie gdzieś daleko od stolicy praca wrzała już od dłuższego czasu. Jednak nie wszyscy udzielali swych łap do pracy.

-George! Już rano! Czas wstawać! - zakomunikował pewien żeński głos.

-Nua... Błagam jeszcze... - ziewnął – o pięć minutek. - po czym przewrócił się na drugi bok.

-O nie! Tak się bawić nie będziemy! - rzekła podirytowana.

Po tych słowach ruszyła do znajdującego się zaraz obok pokoju.

-Skoro ty tak. - chwyciła kołdrę - To ja tak. - i zerwała ją ze śpiącej królewny.

Ten po chwili trąc swe oczy się podniósł i usiadł na łóżku. Potem ziewnął potężnie i drapiąc się po brodzie spytał:

-Poważnie? Nie szło inaczej, mamo?

-Jak widać, nie. - odpowiedziała jego rodzicielka krzyżując łapy.

-Ale czy codziennie musi być tak samo z tą pobudką? - dopytał wstając.

-To trzeba wstawać na czas. A jak coś to zakup sobie budzik.

-Bardzo bym chciał, ale gdy tak przyjemnie się śpi... - rozmarzył się patrząc w górę – A co do budzika. To już mam.

-Poważnie? - zapytała unosząc brew – A można wiedzieć gdzie.

-Eee... w szufladzie? - zająknął

-Ach tak. A czemu właśnie tam?

-Ponieważ miało mały wypadek. - wyszczerzył głupkowato zęby.

-A mianowicie? - zaczęła przytupywać nerwowo.

-A mianowicie, bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze ścianą.

To mówiąc wyjął z pobliskiej szuflady pozostałości wyżej wspomnianego urządzenia. Jego matka natomiast chwytając się za głowę i kręcąc nią oznajmiła:

-Ja normalnie nie wytrzymam. - po czym stając już normalnie – Tak czy inaczej na dole czeka już śniadanie. I pamiętaj równo w południe odjeżdża twój pociąg.

-A więc czas na przebierkę.

Skierował się do przewieszonych na krześle ubrań, jego matka zaś ku wyjściu, jednak wcześniej nim wyszła powiedziała:

-Pamiętaj, że choć dziś wyjeżdżasz to masz jeszcze swoje obowiązki.

-Tak pamiętam. - rzucił od niechcenia.

-To dobrze.

Po tych słowach zniknęła w bramie drzwi i udała się na dół. George tymczasem się przebrał i usiadł na łóżku rozglądając się po pokoju. W kącie pod szafą leżały dwie torby podróżne przygotowane na dzisiejszy wyjazd. Na wyposażenie pokoju oprócz wyżej wspomnianych szafy i łóżka składały się: biurko na którym był nieporządek, kosz obok biurka, zielony dywan na środku pomieszczenia, kolejna szafa już nie tylko na ubrania orz wędrujące po całym kwadracie krzesło biurowe. Poza tym znajdowało się tu także okno z widokiem na okolicę i białymi zasłonami zdobionymi czerwonymi jabłkami.

-To już dziś. - cieszył się – W końcu nadszedł ten dzień.

Spojrzał na wiszący w korytarzu zegar ścienny na którym widniała godzina siódma rano.

-Już późno. - wstał z łóżka – Czas na śniadanie i ostatnie godziny swych obowiązków.

Ruszył więc do znajdującej się na dole kuchni, gdzie matka układała wszystko na swoim miejscu. On zaś zajął miejsce przy stole po czym w mgnieniu oka zjadł czekający już na niego posiłek. -

-Dziękuję. - rzekł odkładając do zmywarki pusty talerz.

-Rozumiem, że smakowało? - zapytała wkładając kolejne naczynia do tego urządzenia i je włączając.

-Tak jak zawsze. - odpowiedział z szerokim uśmiechem na pyszczku.

-To dobrze. - rzekła prostując się – A teraz zajmij się ten ostatni raz swoją robotą. - rzekła z uśmiechem.

-Z przyjemnością. - rzekł entuzjastycznie.

Po czym ruszył na świeże powietrze. Po otwarciu drzwi ukazała się dobrze mu znana okolica. Trawiaste drogi po których mknęły różne jeże. Duże i małe. Grube i chude. Młode i stare. Poza nimi także jeżozwierze, a także w mniejszej liczebności króliki (które co tu kryć były wszędzie), a także borsuki i szopy. Wokół pełno było podobnych do siebie domków w kształcie stożków. Wyróżniały się takie ze zdobieniami e kształcie króliczych głów. Łatwo się domyśleć kto je zamieszkiwał.

-Ach! - odetchnął George – To świeże, poranne powietrze w kochanych Nowych Sadownikach.

Ruszył dziarsko przed siebie do znajdującego się niedaleko rodzinnego sadu. Zresztą jak wielu mieszkańców tej miejscowości, rodzina Georga także prowadziła własny i to dość sporych rozmiarów sad. Sami produkowali różne przetwory z hodowanych jabłek, które potem sprzedawali zarabiając co nieco.

Jeż szedł spokojnie i po kilku minutach znalazł się u celu podróży. Przekraczając bramy spoglądał na dumnie wznoszące się ku górze jabłonie, które doglądali członkowie jego rodziny. Szedł dalej, aż pod jednym z drzew.

-Bomba leci! - usłyszał roześmiany głos.

Spojrzał w górę i w szybko usunął się „pociskowi” z drogi. Pod jego stopami wylądowała mniejsza od niego brązowa kulka zdobiona kolcami.

-Jak zwykle pudło, Harry. - powiedział podając łapę młodszemu o rok bratu.

-Nie pudło, bo się usunąłeś. - rzekł korzystając w pomocy.

-I dlatego pudło. - zachichotał.

-Mógłbyś choć ostatniego dnia dać się trafić. - w jego słowach można było wyczuć żal.

-Dziękuję, ale nie skorzystam. - zaśmiał się – A gdzie jest tata.

-Pewnie przy którymś drzewie. Jak zwykle rano sprawdza każde po kolei czy wszystko w porządku.

-No tak. Tak czy inaczej my też się weźmy do roboty.

-Jasne. - zawołał entuzjastycznie.

Zajęli się więc swymi codziennymi obowiązkami w trakcie których młodszy notował porady i instrukcje wyjeżdżającego dziś brata.

-Tak jak widzisz pielęgnacja tych jabłoni jak i całej maszynerii w magazynie nie jest łatwa. Na pewno dasz sobie radę? - zapytał choć odpowiedź znał.

-Oczywiście! Uczyłem się od najlepszych. - odparł entuzjastycznie.

-To dobrze! Jako, że raczej nasze zadania się zakończyły...

-Głównie dlatego, że wyjeżdżasz i te „zadania” są okrojone do maksimum. - zachichotał.

-Nie bądź taki mądry! - udawał zdenerwowanie – Na czym to ja?

-Że się skończyły.

-A tak racja. Jako, że obowiązki zakończone to chodźmy jeszcze obejść miasteczko. Zajść do naszych ulubionych miejsc.

-Jestem za. - powiedział uśmiechnięty Harry.

Tak więc pozostały im razem czas spędzili na spacerze i rozmowie na różne tematy, którą co jakiś czas przerywali im mieszkańcy miasteczka życzący powodzenia Georgowi w wielkim mieście. Ten natomiast dziękował im z uśmiechem. Na jakąś godzinę przed odjazdem obaj zameldowali się w domu. Powitał ich widok rozmawiających ze sobą rodziców i dobrze znanych torb podróżnych, które już czekały na dole.

-Jesteście już. - powiedziała matka, gdy zobaczyła przybyłych wędrowniczków.

-Tak. Czy coś się stało? - zapytał nie pewnie George.

-Nie, nic synu. - odparł ojciec – Tylko najwyższa pora, by już przygotować się do odjazdu. Wiesz, dworzec niby blisko, ale lepiej nie odkładać wszystkiego na ostatnią chwilę.

-Słusznie. - rzekł starszy z rodzeństwa.

Ruszył więc na górę, by się wziąć prysznic i się przebrać, a potem także zjeść coś przed wybyciem. -Ach jak ten czas szybko leci. - powiedziała jeżyca do męża patrząc na radosnego Georga – Jeszcze wczoraj osesek, a dziś jedzie do Zwierzogrodu spełniać marzenia.

-Zaiste. - głowa rodziny odwróciła się do Harrego – A ty nie dorastaj tak szybko. - zażartował.

-Postaram się. - odpowiedział śmiejąc się.

Czas jakby nagle przyśpieszył, gdyż nim się obejrzeli nadszedł czas, by udać się na dworzec kolejowy skąd pociąg miał zabrać spakowanego jeża do stolicy. Stojąc na peronie i widząc zmierzający pojazd wiedzieli, że nastał czas pożegnań.

-Będę za wami strasznie tęsknił. - powiedział z trudem powstrzymując łzy.

-My także, kochanie. - odparła mama tuląc go.

-Pokaż im na co stać jeża. - dodał bojowo ojciec.

-I odwiedź nas czasem. - rzucił od siebie Harry.

-Masz to jak w banku. - rzekł George odzyskując spokój.

Pożegnał się jeszcze zresztą rodziny, co ograniczało się do „Powodzenia” i „Na razie”. Po tych czułościach wsiadł do pociągu, który chwilę wcześniej zajechał, spojrzał na rodzinę stojąca jeszcze na stacji i z uśmiechem rzucił:

-Żegnajcie! Już nie długo znów o mnie usłyszycie!

Nie długo potem drzwi do wagonu się zamknęły, a sam pojazd ruszył z miejsca. Ostatni raz pomachał wszystkim tak długo, aż zniknęli mu z oczu po czym zajmując swoje miejsce i spoglądając w dal rozmyślał o tym co go czeka w wielkim mieście.

 

***

 

Pogodne niebo metropolijnych przedmieść rozświetlały koguty karetki pogotowia. Wśród zwierząt tudzież zamieszkałych rozbrzmiewał ponury gwar wzbudzony zaciekawieniem co też miało miejsce. W chwilę później zamieszania zajechał policyjny radiowóz. Wysiadły z niego szary królik oraz wilk.

-Witam! - zagadała króliczka do znajdującego się najbliżej sanitariusza – Posterunkowa Hopps, a to sierżant Szpon. Co tu miało miejsce?

-Dzień dobry! - odpowiedział ratownik medyczny będący antylopą – Otóż mamy tu dość poważnie wyglądający wypadek podczas zabawy na rowerze.

-Rozumiem. - mówiła notując – Ilu jest poszkodowanych?

-Tylko jeden. To mulak imieniem Monica. - odpowiedział sanitariusz – Jej stan wygląda na dość poważny, ale stabilny.

-Dobrze. - kończyła notować – Jacyś świadkowie zdarzenia?

-Tak. Trzech. To dwie siostry poszkodowanej i jej chłopak.

-OK. Dziękuję. - schowała notes – Może nas pan zaprowadzić na miejsce wypadku.

-Oczywiście. Proszę za mną.

Sanitariusz zaprowadził funkcjonariuszy to interesującego ich miejsca. Było nim dość duże podwórko przy jednym z jednorodzinnych domów. Znajdowało się tam także małe wzgórze. Na jego szczycie zauważyć trójkę młodych ssaków parzystokopytnych, będących prawdopodobnie wspomnianymi przez medyka świadkami zdarzenia, którzy siedzieli pod rozłożystym drzewem. Judy spojrzała w tamtym kierunku.

-Dziwne. Jakoś nie widać by się przejęli. - mówiła do siebie.

Po tych słowach przeszła się po podwórku szukając jakiś śladów. Po czym nagle sobie coś przypomniała.

-Jak właściwie doszło do wypadku?

-Tak więc podczas zabawy prawdopodobnie w wyścigi z tego wzgórza... - zaczął medyk.-

-Nasza ofiara straciła kontrolę nad pojazdem i wywróciła się i pewnie o coś uderzyła. - odezwał się po raz pierwszy sierżant.

-Mniej więcej tak. - potwierdziła antylopa.

-A więc tak to wygląda. - masowała sobie podbródek króliczka – Dziękuję panu za wprowadzenie. Dalej sobie poradzimy sami.

-Proszę. To ja wracam do swoich obowiązków.- pożegnał się ratownik medyczny.

Sanitariusz odszedł, a oboje funkcjonariuszy pozostało, by zbadać sprawę.

-Dobrze. - zaczęła entuzjastycznie posterunkowa – Nie wygląda to na zbyt trudne zadanie. Jeszcze dziś się z tym uwiniemy.

-Nie bądź tak tego pewna, młoda. – mówił ponuro wilk – Sądzę, że to aż tak proste nie będzie.

-Czemu wszyscy jesteście tacy pesymistyczni. - powiedziała niezadowolona – okażcie trochę entuzjazmu.

-Ty mówisz pesymizm, a ja realistyczne spojrzenie na sprawę. - mówił dalej swym tonem funkcjonariusz.

-Ta jasne. - powiedziała ironicznie – Wiesz. To już wolałam mojego gadatliwego lisiego partnera.

-A ja wolałem pracę za biurkiem. - rzekł niezadowolony – Niestety w życiu nie wszystko jest takie jakbyś chciała, a twój partner przynajmniej przy biurku sobie od ciebie odpocznie.

-Że co słucham! - zdenerwowała się.

-A to co słyszałaś. - powiedział obojętnie – zamiast marudzić weźmy się za to.

-Dobra. - powiedziała podirytowana – To ja wezmę przesłucham świadków, a ty...

-Przeszukam miejsce zbrodni? - nie dał jej dokończyć – Nie ma sprawy, króliczku.

-Ty sobie uważaj. - irytacja w niej wzrastała.

-Już się boję. - rzekł cynicznie.

Już chciała coś powiedzieć, ale uznała, że to tylko marnowanie czasu i zamiast tego postanowiła iść przesłuchać świadków zdarzenia.

-”Sobie ode mnie odpocznie” - mówiła nerwowo do siebie – Co on sobie wyobraża? Co za burak.

Szła tak pod górę do wciąż tam znajdujących się tam parzystokopytnych. W głowie wciąż pomstowała na wilka żałując, że jak zwykle nie towarzyszy jej Nick. Jakiś czas później dotarła na szczyt, gdzie spotkała interesujące ją ssaki.

-Cześć! Jestem Judy! - przywitała się – Mam pytanie. Czy wiecie jak wyglądał ten wypadek o którym jak mniema jakiś czas będzie tu głośno.

Przez chwilę panowała cisza jakby zastanawiali się co odpowiedzieć. Patrzyła na każdego z uśmiechem czekając aż coś powiedzą. W końcu pierwsza się odezwała najmłodsza podchodząc do policjantki.

-Witam! Jestem Jenny. - powiedziała z uśmiechem podając kopytko – A to jest Miranda nasza najstarsza siostra. - wyżej wspomniana tylko kończyną machnęła na przywitanie – A to Matt. On...

-Jest chłopakiem Moni. - dokończył za przedmówczynię – I tak widzieliśmy ten wypadek. Czy wszystko z nią w porządku. - wyglądał na zmartwionego.

-Powiedziano mi, że stan jest ciężki, ale stabilny.

O ile dwójka, która się odezwała jakoś się przejęła to najstarsza reagowała na wszystko obojętnie.

-Tak więc. - Judy usiadła naprzeciw swych rozmówców – opowiedzcie co tu miało miejsce.

Matt i Jenny zaczęli się przekrzykiwać sprawiając, że ich zeznania nie były możliwe do zrozumienia. Miranda tymczasem spoglądała na to ze śmiechem.

-Nie, nie nie. - zareagowała posterunkowa – Niech każdy powie co widział. Zacznijmy od... - zastanawiała się chwilę – Mirandy.

Wyznaczona łania nie była jakoś z tego zadowolona, aale by mieć spokój postanowiła odpowiedzieć na pytania policjantki.

-Tak więc Mirando opowiedz co widziałaś. - złożyła w proszący wyraz łapki i wskazywała nimi na wyznaczoną osobę.

-Więc. - zaczęła niechętnie – Rano postanowiłyśmy, że dzisiejszy dzień spędzimy na różnych zabawach proponowanych przez każde z nas. Jakiś czas potem zjawił się Matt. - tu spojrzała jakimś zalotnym wzrokiem w stronę wspomnianego – Postanowił on dołączyć do nas. Wszystko było piękne, ładne do momentu, gdy Monice zaświtało w głowie zaświtał pomysł zabawy na rowerach w ramach której mieliśmy między innymi zjeżdżać z tego szczytu. Upatrzyła sobie, że będziemy bić rekordy prędkości. Co się dziwić. Zawsze miała głupie pomysły.

-Rozumiem. A jak wyglądał sam wypadek? - zapytała notując jej zeznania.

-Cóż w trakcie już pierwszego zjazdu to miało miejsce. Po wybraniu odpowiedniego miejscu zaczęła zjazd. Gdzieś w połowie drogi na dół coś zaczęło się dziać, bo krzyczała po czym nagle skręciła, a rower się wywrócił i razem z nią poleciał dalej w dół, gdy do niej zbiegliśmy była zakrwawiona i nie przytomna, a ja zadzwoniłam po pogotowie. Potem to już przyjechali oni i wy i tyle. No i jeszcze coś tam sąsiad wrzeszczał, ale nie pamiętam co.

-Dziękuję. - zakończyła notowanie funkcjonariuszka – Później jeszcze spytam cię o coś na osobności.

-Jak pani chcę. - bąknęła i wróciła do swojego świata.

-Tak więc teraz Jenny opowiesz jak było, bo widziałam, że kręciłaś głową w trakcie zeznań siostry.

-Tak, bo niektóre wydarzenia wyglądały inaczej. - odpowiedziała Jenny.

-To opowiedz jak to było. - zachęcała Judy.

-Dobrze. Po pierwsze to ten cały dzień na świeżym powietrzu wymusiła na nas Mira, która uważa, że za dużo czasu marnujemy w domu. Po drugie to ona wszystkie te „zabawy” wymyślała. My nie miałyśmy na nie praktycznie żadnego wpływu. - tu wbiła wręcz morderczy wzrok w najstarszą siostrę – Prawdą natomiast, że jedyną zabawą której nie wymyśliła był ten rowerowy zjazd, bo to była inwencja Moni. Matt przybył, bo zadzwoniła po niego. Miał jej niby pomóc podrasować pojazd, by był szybszy. Sąsiad nasz zawszy coś marudzi. Głównie byśmy byli cicho i o tym, że kiedyś sobie przez to nagrabimy. Czy coś jeszcze? - zastanawiała się.

-Może sam moment wypadku. - zasugerowała Judy.

-Ach tak. Usłyszałam jej krzyk i gdy spojrzałam w jej kierunku wyleciała ze swojego pojazdu i chyba uderzyła o coś głową. Rzeczywiście była zakrwawiona, ale jeszcze jakiś czas przytomna. Mówiła coś chyba do Miry.

-Co ty znów gadasz za głupoty! - wzburzyła się wymieniona – Próbujesz mnie oczernić!

-Wcale nie! - broniła się.

-Wcale tak!

-Cicho! - zażądała Hopps

Momentalnie przestały się kłócić po czym funkcjonariuszka zapytała przesłuchiwaną czy chce coś dodać, a gdy ta zaprzeczyła powiedziała tak samo jak do poprzedniej, że potem z nią porozmawia na osobności. Teraz natomiast postanowiła dowiedzieć się co ma do powiedzenia młody jeleń.

-Jak to wyglądało? - zapytała już trochę tym zmęczona.

-Przyszedłem do nich dość wczesnym przed południem. Wszystkie trzy były w tym czasie już na podwórzu. Poprzedniego dnia zresztą dostałem zaproszenie od Mirandy. - tu zdziwiła się policjantka czemu od niej, ale nie chciała tego dać po sobie poznać – Zabawa była dość przyjemna. W pewnym momencie to Jenny zaproponowała to z rowerami. - wspomniana zmarszczyła czoło – Monica chciała bym jej pomógł z tym pojazdem przy przeróbkach na co się nie zgodziłem, bo uważałem, że to nie potrzebne i może się źle skończyć. Co do wypadku. - postanowił uprzedzić posterunkową – To faktycznie miał miejsce podczas pierwszego zjazdu. W pewnym momencie straciła panowanie nad kierownicą, pojazd wykręciło, wyleciała z niego i poturlała z nim na sam dół. Nie wiem czy o coś uderzyła, ale chyba tak, bo jednak zakrwawiona była tak samo jak jeszcze przez chwilę przytomna. Coś tam szeptała. I to by było chyba wszystko.

-Rozumiem. - powiedziała stawiając ostatnią kropkę w notatce – Dziękuję, a teraz choć na stronę porozmawiamy na osobności.

-Dobrze. - zgodził się.

Zeszli więc trochę niżej poza zasięg pozostałych świadków. Usiedli na znajdujących się tu kamieniach.

-Powiedz mi proszę. - zaczęła – Nie zdziwiło cię, że to Miranda cię zaprosiła.

-Że co? - zmieszał się – Przecież to Moni mnie zaprosiła.

-Ale zeznałeś, że Miranda.

-Chyba się przejęzyczyłem. - mówił dalej zachowując się nerwowo.

-Co ukrywasz? - zbliżyła się do niego z podejrzliwym wzrokiem – Kręcisz na boku z siostrą swojej dziewczyny, tak?

-Eeee... - nie wiedział co powiedzieć – Tak. - spuścił głowę.

-No tak. Coś tak czułam. - dało się wyczuć tryumf w jej głosie – Uważasz, że to był wypadek czy jednak ktoś maczał w tym kopyta.

-Raczej wypadek, ale jeśli nie to podejrzewałbym Mirę. - mówił opanowanie.

-A czemu ona?

-Jak nie patrzeć nie żyją ze sobą w najlepszych relacjach. Do tego często są o siebie zazdrosne, że jedna ma coś czego druga nie ma. Czasem na siebie pomstują, ale nie sądzę, by któraś posunęłaby się do tego, aby skrzywdzić drugą.

-Rozumiem. To już wszystko. Jesteś wolny.

Matt opuścił jej towarzystwo. Judy ruszyła ponownie na wzgórze, by porozmawiać z następnym świadkiem.

-Mirando to teraz z tobą chcę porozmawiać i dam ci spokój. - mówiła spokojnie.

-Niech będzie. - odparła obojętnie.

Udały się w to samo miejsce, które przedtem gościło policjantkę i jej wcześniejszego rozmówcę.

-Zauważyłam, że nie masz najlepszego zdania o swej siostrze i jakoś nie bardzo przejęłaś się tym co jej się stało.

-Powiem tak. Za głupotę się płaci i tutaj tak było. Sama chciała to dostała. Nasze relacje nie są najlepsze to fakt, ale na pewno nie posunęłabym się to tego by ją zranić.

-Czyli uważasz, że to był zwykły wypadek spowodowany „głupotą”, tak?

-Jak najbardziej. - potwierdziła Miranda.

-A jeśli jednak nie to kto mógłby chcieć tego wypadku. - dopytywała Hopps.

-Bo ja wiem! Może Jenny. Miałyśmy z nią taką nie zbyt miłą sytuacją, po której nam groziła, że kiedyś jej zapłacimy. Matt natomiast jest poza moimi podejrzeniami.

-Rozumiem. - pokiwała głową – A czemu poza podejrzeniem?

-Bo ten.. no... - zmieszała się – Zresztą pani już wie albo się domyśla.

-Tak to prawda wiem, a może chciał jakoś pozbyć się jednej, by z nią nie zrywać. - zapytała podejrzliwie.

-Nie! To niemożliwe! - zaprzeczała – On jest za spokojny i nie byłby do tego zdolny.

-Dobrze. - powiedziała usatysfakcjonowana Judy – To tyle. Możesz iść.

-Do widzenia. - odeszła zaczerwieniona.

-Tak to czas na ostatnią. Jednak Szpon miał rację. To aż tak proste nie będzie. - mówiła do siebie.

Zaszła na górę i postanowiła właśnie tam porozmawiać z ostatnim świadkiem. Jenny czekała spokojnie i z uśmiechem.

-Widzę, że humor dopisuje. - rzuciła na wstępie króliczka.

-Tak i to jak zawsze.

-To powiedz co się stało, że byłaś zła na siostry.

-Po prostu się wyśmiewały z moich gustów i upodobań, a zwłaszcza jednego konkretnego. Bardzo się zezłościłam i im zagroziłam, że pożałują, ale wszystkie wiemy, że raczej nie miało by to miejsca. Nigdy bym siostry żadnej nie skrzywdziła.

-Dobrze. Powiedz mi teraz czemu w trakcie zeznań tak bardzo nie pochlebnie mówiłaś o Mirandzie.

-To może być podejrzane to fakt, ale mówiłam jak było. Miranda poza tym strasznie się rządzi.

-Co powiesz o Macie?

-Nic. Wiem tylko że kręci zarówno z Monicą jak i Mirandą, ale poza tym wydaje się równym gościem.

-Na koniec powiedz...

-Czy był to wypadek? - wyprzedziła policjantkę młoda łania – Nie wydaje mi się i powiem stanowczo, że podejrzewam Mirandę i nie trzeba mówić czemu.

Zdziwiona policjantka na chwilę straciła język jednak szybko się ogarnęła.

-Dobrze. Dziękuję do widzenia.

Hopps została chwilę ze swoimi myślami. Chciała mniej więcej wszystko w miarę logicznie poukładać. Zeznania powinny być podobne, a tymczasem były dość różne. Podejrzenia także wymuszały dodatkowe pytania. Właściwie każdy miał motyw, by namieszać i chcieć skrzywdzić poszkodowaną. Sprawa, która na początku wydawała się bardzo prosta teraz mocno się komplikowała. Postanowiła wrócić do partnera w tej sprawie, by dowiedzieć się czy coś znalazł i obgadać całą sprawę.

Zeszła ze wzgórza i po chwili znalazła wilka drzemiącego pod ogrodzeniem.

-Wstawaj! - zażądała zdenerwowana.

-O to ty. - spojrzał na zegarek – Dość długo cię nie było.

-A ty sobie spałeś zamiast coś znaleźć? - zirytowana szybko tupała stopą – Jak ty doszedłeś do rangi sierżanta?

-Spokojnie młoda. - przeciągnął się

-Ty mnie lepiej nie nazywaj młoda. Mam swoje imię.

-Tak, tak. - machał łapą na to obojętnie – Powie ci, że szukałem i coś znalazłem. Postanowiłem się zdrzemnąć, gdy zobaczyłem,że jeszcze ich męczysz. Poradzę ci staraj się skracać te przesłuchania. A co do mojej rangi. Cóż. Za darmo jej nie dostałem i uwierz zasłużyłem na nią.

-Niech ci będzie. - powoli odzyskiwała spokój – Co więc odkryłeś?

-Narzędzia i raczej śladów kopyt na nich nie ma. Co dziwne nie ma żadnych śladów na nich, ale z pewnością nie należą do tej rodziny mulaków. Są tu także ślady, które nie przypominają kopyt, ale już słabo widoczne.

-Czyli rzeczywiście ciekawe znaleziska. - zaciekawiła się króliczka – Powiem, że jednak miałeś rację.

-W czym mianowicie?

-W tym, że to nie będzie łatwa sprawa. - rzekła poważnie – Obejdźmy to miejsce raz jeszcze i wracajmy na komendę.

 

***

 

Pociąg zaczął zwalniać. Był to znak, że dojeżdża do celu swojej podróży. Chwilę później zatrzymał się na peronie. Zwierzęta wychodziły z niego gwarnie. Na samym końcu wystąpił z niego jeż. Rozejrzał się wokół i był jednocześnie zachwycony i przerażony wielkością i gwarem, a przecież to był dopiero dworzec kolejowy. Szedł ku wyjściu podziwiając to co dzieje się w tym miejscu. Był pod wielkim wrażeniem. A to był dopiero początek. Gdy wyszedł z dworca ujrzał miasto w swej okazałości. Wysokie budynki, wielki tłum zwierząt, różnego typu udogodnienia. Było to dla niego coś niesamowitego. Dotąd widział Zwierzogród i jego życie na zdjęciach czy filmach teraz był w jego centrum. Najbliżej miasta był, będąc studentem, ale trochę czasu minęło. Na jednym z budynków powitała go reklama z Gazelą, prawdopodobnie najpopularniejszą artystką w metropolii. W parku przed budynkiem z którego wyszedł stał szop trzymający kawałek tektury z wpisanym na niego imieniem i nazwiskiem jeża. George do niego podszedł.

-Cześć. - zaczął niepewnie – Czekasz tu na mnie?

-Jesteś George von Stecken, tak? - upewnił się zwierz.

-Tak. To ja. - potwierdził.

-Nazywam się Richard Knok. - podał mu łapę na przywitanie – W imieniu moim i całej redakcji „Expressu Zwierzogrodzkiego” mam zaszczyt powitać cię zarówno w mieście jak i na pokładzie naszego „statku”.

-Bardzo dziękuję. - ucieszył się George.

-Jak pierwsze wrażenia z wielkiego miasta? - zapytał, gdy zaczęli iść przed siebie.

-Tu jest niesamowicie. To przekroczyło moje wyobrażenia. - powiedział pełen entuzjazmu.

-Tak to bywa na początku. Sam miałem podobnie. Proszę wsiadaj. - wskazał na samochód przed nimi.

Wsiedli i ruszyli nim w dalszą drogę.

-Nawet pan nie wie jak się cieszę, że będę u was pracował. - mówił wciąż pełen pasji przy okazji podziwiał mijane budynki centrum miasta.

-Cieszę się, że to słyszę. - uśmiechnął się – I mów Rich tak jak wszyscy.

-Dobrze.

-A powiedz mi czemu chciałeś zostać dziennikarzem.

-To jakoś od małego interesowało mnie. Wydawała mi się bardzo ciekawą pracą. Informowanie zwierząt o tym co w świecie się dzieję i newsach było czymś co chciałem robić.

-Rozumiem. Mam nadzieję, że ci się u nas spodoba. - powiedział dalej z uśmiechem – Pamiętaj tylko, że łatwo na początku nie będzie i możesz się poczuć zawiedziony, ale w końcu przyjdzie ta jedyna chwila, która cię wybiję. Potraktuj to jako radę mój młody przyjacielu.

-Dziękuję Rich. - choć to imię wypowiedział niepewnie bojąc się, że jednak nie powinien.

-Proszę. - spojrzał przez okno – Już niedaleko.

George także spojrzał przez okno patrząc tam gdzie szop. Jego oczom ukazał się pokaźnych rozmiarów budynek. Nie konkurował on do miana najwyższego w mieście, ale i tak robił wrażenie.

Był to raczej straszy wieżowiec nad którego wejściem dumnie widniał wielki napis „Express Zwierzogrodzki”.

-Tak to od jutra twoje miejsce pracy. - powiedział – Z zewnątrz może wygląda na budynek starszego typu, bo nim też jest, ale w środku jest dość nowocześnie. Spodoba ci się.

Jeż patrzył na wieżowiec i słuchał zachwycony tego mówi Rich, a ten kontynuował.

-By udogodnić życie naszym pracownikom stworzyliśmy kompleks. Oprócz miejsca w którym pracujemy mamy tu dwa bloki mieszkalne. - wskazał dwie kamienice stojące niedaleko – Dobrze wyposażony sklep. - to także wskazał – Dla bardziej wybrednych lub nie umiejących gotować mała restauracyjka. I parę atrakcji rekreacyjnych w tamtym to budynku. - wskazał na stojący obok restauracji szklany budynek.

-WOW! - skwitował jeż.

-Dokładnie przyjacielu.

Parę minut później stanęli pod jednym z bloków.

-Dojechaliśmy. Tu będziesz mieszkać. Jeśli dobrze pamiętam drugie piętro, mieszkanie numer 23. Jakoś coś podaj nazwisko w recepcji, a cię nakierują.

-Dziękuję bardzo. - powiedział na do widzenia jeż wysiadając – Do zobaczenia jutro.

-Nie ma za co. - rzekł uprzejmie – Tak do jutra, a może jeszcze nawet dziś się zobaczymy.

Chwile potem samochód ruszył, a George ruszył do najbliższego bloku mieszkalnego. Udał się do recepcji, który potwierdził lokalizację mieszkania, a także dał mu klucz. Winda zabrała go na odpowiednie piętro, a tam w okamgnieniu znalazł swoje mieszkanie. Otworzył i zobaczył jeden pokój z łóżkiem, telewizorem na ścianie i szafą oraz barkiem, a dalej kuchnię i łazienkę. Wszedł i podziwiał swoje nowe „cztery ściany” po czym rzucił się na łóżko ciesząc się jak dziecko.

-Tu jest fantastycznie!

Po około kwadransie postanowił się rozpakować co zajęło mu jakieś dziesięć minut. Po tym siednął na łóżku przy stoliku i znów się rozejrzał.

-Tu jest fantastycznie. - powtórzył.

Postanowił, że innego dnia zwiedzi cały kompleks jak i zobaczy trochę miasta, a dziś nacieszy się swym nowym mieszkaniem. Po chwili odezwał się jego telefon.

-Hallo. - zaczął.

-Cześć George! - odezwał się dobrze znany głos.

-Witaj Harry. Wybacz zapomniałem zadzwonić, że już dojechałem.

-Nic się nie stało. I jak wrażenia?

-Oj bracie tu jest niesamowicie. Byś widział ten gwar, a jakie przyjemne mieszkanko mi się trafiło.

-No to fajnie masz. A jak miejsce pracy.

-Tego dowiem się jutro, ale ten wieżowiec jak i cały kompleks robią wrażenie.

-No uwierzę na słowo.

-Uwierz tak jest. A w sadzie co słychać. Puściłeś już wszystko z dymem? - zażartował

-Po jednym dniu? Aż tak zdolny nie jestem. - zaśmiał się Harry.

-To dobrze.

-Czyli u ciebie wszystko w porządku.

-Jak najlepszym. Tu jest po prostu...

-Fantastycznie. - dokończył za niego - Już kiedyś to słyszałem.

-Dokładnie.

-To fajnie. Obyś jutro mówił podobnie.

-Raczej tak będzie. No nic pozdrów rodzinę. Na razie do jutra.

-Pozdrowię. Do jutro. Nie daj się przeciwnościom.

Harry się rozłączył, a George się położył i dalej entuzjastycznie patrzył na jutrzejszy dzień.

-Skoro to ostatni dzień wolności to trzeba się pobyczyć. - orzekł.

Rozciągnął się na łóżku włączył telewizor i nie zamierzał się stąd ruszyć, aż do jutra.

 

***

 

-Tak więc mówisz, że każde zeznanie różniło się od poprzedniego. - zagadał Szpon, gdy wracali radiowozem na komisariat.

-Owszem i jest to dla mnie dość dziwne. - odpowiedziała siedząca na miejscu pasażera króliczka.

-Czyli chyba oboje uważamy, że to wypadek nie był. - mówił wilk nie odrywając wzroku od jezdni.

-Wątpliwe. Trzeba by było w to się bardziej zagłębić.

-Od razu wykluczyłbym najstarszą siostrę. - oznajmił sierżant.

-A to czemu? - zdziwiła się Judy.

-Do niej właśnie się najbardziej przyczepili. Szkalując ją i choć z pewnością miała motyw, zresztą jak każdy z nich, to jednak wątpię by do tego się posunęła.

-Ale to tylko twoje przemyślenia.

-Tak samo jak twoje o tym, że to może być ona, króliczku. - spojrzał na nią sugestywnie.

-Wiesz co. Lepiej skup się na drodze, wilczku.

Jechali tak chwilę w ciszy, aż w końcu Szpon zdecydował się ją przerwać.

-A może żadne z nich nie jest winne. - powiedział jakby nikogo nie było obok.

-Czyli co jednak wypadek. - nie dowierzała króliczka.

-Nie. - zaprzeczył – Może ktoś spoza tęgo kręgu był w to zamieszany.

-Skąd takie przypuszczenia?

-Pomyśl. Znalezione narzędzia nie należały do nich, a te ślady też nie wyglądały na ich kopyta.

-No dobra, ale mogli mieć gości.

-Albo gościa nie proszonego.

Zastanowili się przez chwilę.

-Widok z kamer tam odpada, bo takiego nie mamy. - masował wilk jedną łapą podbródek, a drugą trzymając kierownicę.

-To chyba będzie dość trudne.

-Jeśli czegoś się nauczyłem przez te lata w policji to tego, że żadna sprawa łatwa nie jest, choć tutaj wydaję mnie się, że wciąż nam coś umyka przez co utrudnia nam znalezienie rozwiązania.

-Mam tak samo. Z zeznań widać, że przesłuchiwani kierowali się wzajemnymi niechęciami przez co są różne. - zastanowiła się przez chwilę – Masz też takie wrażenie o czymś zapominamy.

-Tak. - potwierdził – Już o tym wspominałem. Zastanówmy się nad tym na komendzie. - powiedział zatrzymując samochód.

-Świetnie! - ucieszyła się – Już jesteśmy na miejscu. - po czym wysiadła z wozu.

Oboje udali się w kierunku wejścia na komendę przypominając co już mają.

-Na pewno nie ma tam żadnych kamer? - dopytywała się funkcjonariuszka.

-Tam nie ma. Poza tym nawet jeśli by były to wątpię, by rejestrowały podwórka i ogrody mieszkańców.

-No to trochę klops. - opuściła głowę.

Doszli już do wejścia i zaraz na początku zatrzymał ich Nick.

-Witam szacowne towarzystwo. - przywitał ich z uśmiechem – Co tam słychać na przedmieściach.

-Cześć Nick. - zaczęła Hopps – No widzisz niby miał być zwykły wypadek, a tu się okazuję,że to może być coś poważniejszego.

Szpon tylko stał ze skrzyżowanymi na piersi łapami i patrzył nieufnie na lisa. Tymczasem Judy pokrótce opowiedziała co i jak. Bajer tylko słuchał i kiwał głową.

-A więc to tak. - powiedział, gdy ona skończyła – Ułatwię wam to. - uśmiechnął się dziwnie – Żaden z tej trójki nie jest winny, a to na pewno nie był zwykły wypadek.

Wilk słysząc to się poruszył.

-A ty niby skąd to wiesz, mądralo? - spytał podirytowany słowami lisa.

-Właśnie! - ciekawiła się Judy.

-Albowiem moje kochane szaraczki. - mówił przemądrzałym tonem – Znam się na zwierzętach, a już zwłaszcza na tych z przedmieść czy innych ciemnych dzielnic.

-Tak, ale na swojej kuzynce się nie poznałeś. - chciała mu dogryźć.

-A to już inna para kaloszy. - bronił się lis – Rodzinę najtrudniej rozgryźć.

-Do rzeczy, panie znawco. - niecierpliwił się sierżant.

-A tą rzeczą jest to, że w tych zeznaniach ktoś się przewija kto wam umyka, a znając tamte okolice mogę powiedzieć z całą pewnością, że by się nie wahał,, by coś zmajstrować i doprowadzić do taj przykrej sytuacji.

-Co masz na myśli? - odparł ciut niepewnie wilk.

-Domyślcie się. - zachichotał Nick – To wasza sprawa. - zaczął iść w swoim kierunku – Zwierzęta zrobią wiele dla chwili spokoju. - mówił już w pewnej odległości od nich.

-A ja myślałem, że ty jesteś wnerwiająca. - zakomunikował patrząc na odchodzącego lisa.

-To witaj w moim świecie. - mówiła z miną zdradzającą zdziwienie.

Nick odwrócił tylko do niej głowę i posłał „oczko”.

-Jak ty z nim wytrzymujesz?

-Dobraliśmy się po prostu.

Nagle jakby ich coś olśniło. Spojrzeli na sibie tylko z uśmiechem i już wiedzieli o co chodzi rudzielcowi.

-A to szczwany lisek. - powiedziała entuzjastycznie Judy.

-Cwaniak, ale mógł powiedzieć otwarcie o co chodzi.

-Nieważne. - machnęła łapą policjantka – Choć jak się pośpieszymy to jeszcze dziś będziemy mieli spokój.

Po czym ruszyła biegiem z komendy, a wilk trochę niepocieszony za nią.

 

***

 

Po jakieś pół godzinie jazdy dwójka stróżów prawa znów znalazła się na przedmieściach przed domem poszkodowanej w porannym wypadku.

-Weź te narzędzia z bagażnika. - powiedziała Judy.

-A dlaczego? - zapytał.

-Bo ty je wziąłeś jako dowód mimo iż jak sam zauważyłeś nie ma na nich odcisków.

-A tak na serio.

-Dama nie powinna dźwigać ciężkich skrzynek.

-Tylko ja żadnej damy tu nie widzę.

-Po prostu bierz i nie gadaj. - zaczęła się irytować posterunkowa.

-A ja myślałem, że jako starszy rangą to ja wydaję rozkazy. - mruczał pod nosem wyciągając skrzynkę.

Podeszli do drzwi domu, ale tym razem znajdującego się numer dalej i zadzwonili do drzwi. Na początku nie było żadnej reakcji, więc znów zadzwonili tym razem usłyszeli jakiś brzdęk. Spojrzeli na siebie po czym po odczekaniu chwili znów zadryndali.

-Jerunie! - usłyszeli zza drzwi – Jeno trocha spokuju. Prosza o za wiela!

Po chwili drzwi się otworzyły a nich ukazał się karakal w sędziwym wieku ubrany w niebieskie ogrodniczki i pasiastą koszulę.

-Szego!? - rzucił naburmuszony.

-Witam. - króliczka starała się być jak najmilsza – Jestem posterunkowa Judy...

-A guzik mnie to! - powiedział swym ochrypłym głosem – Pytałem się szego kcycie!

-Eee... Tak więc. - zaczęła Hopps – Czy słyszał pan o tym dzisiejszym wypadku. - powiedziała ze swoim zaraźliwym uśmiechem.

-Ano, żem słyszoł. - powiedział nieco spokojniej – Jak se dzieciarnia gupio nie da pozoru to pota z gracków przydą płacki.

-A co pan może o tej trójce mieszkającej obok powiedzieć.

-Co moga pedzieć? - zastanawiał się – To że sztyjc a naokoło jeno rycom na celi karpyntel, gizdy pierońskie. Pokoju bez to ni mom.

-Rozumiem.

Wtedy bliżej podszedł sierżant Szpon.

-Czy poznaje pan to? - spytał pokazując skrzynkę z narzędziami.

-Oj, pieronie to moja krzinka na narzyndzia! Kaj ta była?

-Pan już to chyba dobrze wie. - kiwał głową wilk.

-Ano wia i widza że nic nie wymyśla.

-Tak więc niech pan nam powie co się stało. - zachęcała króliczka.

-Miał żech dość tych rojbrów. Cołki dziń jeno ryczom a joł spać ni mom jak Chieł żem jeno dać jim lykcja. Wic ze dwa dni tymu poszłym po cimku na ich dworek polużnił żech szraubki i brynza.

-Znaczy? - nie zrozumiał Szpon.

-Poszedł na ich podwórko i poluźnił śrubki i hamulec.

Wilk popatrzył na nią zdziwiony.

-No co? U nas tez niektórzy tak bełkoczą. Głównie ci starsi. - wzruszyła ramionami – I to wszystko? - zwróciła się do staruszka.

-Ano wszechno. Jak sem zronił co żem zmajstrował to żem wrócił curyk jeno żem zapomnioł krzynki, a pota był ten unfall i to to wszysko.

-Rozumiem, panie...? - zawiesiła się Judy.

-Alfred. Alfred Karakal. - przedstawił się

-Cóż panie Alfredzie. Jestem zmuszana pana aresztować za przyczynienie się do wypadku pańskiej sąsiadki. Na pocieszenie powiem, że w końcu będzie miał pan trochę spokoju.

-A to dobrze. - wysunął łapy- Widzieć jes i zbódnia i kara. - uśmiechnął się.

Towarzyszący królikowi wilk skuł winnego i wpakował do radiowozu.

-No i sprawa załatwiona. - rzekł otrzepując łapy.

-Przynajmniej nie będziemy musieli się z tym kisić kolejny dzień. - powiedziała z ulgą.

-Zauważyłaś jak z nerwowego tonu zszedł do takiego łagodnego. - wskazał za siebie na delikwenta.

-Ano przeca. - zaśmiała się króliczka.

-Mam cię dość. - chwycił się za głowę.

Po czym oboje zaczęli się śmiać, a sprawcę całego zamieszania odwieźli na komendę.

Wraz z zakończeniem swego dnia służby królik i lis razem wracali do domu rozmawiając o rozwiązanej sprawie.

-Ale się z tym wszystkim męczyliście. - chichotał Nick – Widać beze mnie to ci nie idzie.

-Ta. Jasne. - odparła Judy – Mnie akurat przydał się dzień wolnego od iebie.

-A wilczek mówił co innego. - spojrzał na nią z ukosa.

-A to pleciuga. - skierowała te słowa po cichu na bok – Jak to jest, że czy to lis czy też wilk musi mi psuć nerwy.

-Taki nasz urok złociutka. Nic na to nie poradzisz.

-Jeszcze się zobaczy.

Jakiś czas później szli już obok kamienicy w której to mieszkała króliczka.

Cóż tutaj się rozdzielamy. - zakomunikowała posterunkowa – Chyba, że chcesz zajść jeszcze, pogadać trochę.

-Nie dziś karotko, ale może kiedy indziej.

-Jasne. To na razie. Do jutra.

-Do jutra.

Króliczka wchodząc do klatki schodowej obejrzała się za siebie i zobaczyła jak Nick już idzie do siebie. Uśmiechnęła się tylko i schowała w środku domostwa. Nick tymczasem ruszył spokojnie ku swoim „czterem kątom”. Czuł, że nic mu jego wieczoru nie popsuję. Po jakiś 5-10 minutach znalazł się przed swoim blokiem. Stanął przed nim i z uśmiechem powiedział:

-Ach, znowu w domu. W końcu można pospać bez konsekwencji.

Wszedł i witał się z każdym sąsiadem którego widział dzieląc się uśmiechem. Doszedłszy na swoje piętro podszedł do drzwi swego mieszkania, ale z zaskoczeniem odkrył, że są otwarte.

Popchnął więc je i niepewnie wszedł do środka rozglądając się po kątach, ale nikogo nie zauważył.

-Hmm... - podrapał się po głowie – Chyba znów zapomniałem zamknąć za sobą.

Nagle coś się poruszyło.

-Albo i nie jestem sam.

Zaczął dokładniej nasłuchiwać i się rozglądać, aż coś przykuło jego uwagę.

-No dobra wyłaź.

Z szafy wyszła jego kuzynka.

-Oj kiepsko, złociutki. - kręciła głową – Popracuj nad czasem reakcji.

-Czego tu chcesz? - zapytał zły.

-Rodzina cię odwiedza, a ty taki nie miły. - szczerzyła kły w uśmiechu.

-Tylko pomyślmy dlaczego. - zrobił zamyśloną minę – Może dlatego, że mnie porwałaś i próbowałaś eksportować.

-Może, ale przyznasz, że mieliśmy nie złą zabawę.

-Ty na pewno. - Nick spojrzał sugestywnie na jej ucho.

-Dobra skończmy to i przejdźmy do rzeczy.

-Wal. - skrzyżował łapy na piersi.

-Tak więc musisz mi pomóc.

Nicka zamurowało. Oto jego samodzielna kuzynka potrzebowała pomocy. Po chwili się jednak ogarnął.

-Wiesz co masz tupet! - zaczął a widać było irytacje na jego twarzy (lub pysku jak kto woli) – Zakradasz się do mnie i robisz tu skrytkę. Wcześniej odwiedzasz, a potem porywasz z zamiarem wywiezienia nie wiadomo gdzie, a jak byliśmy młodzi zmuszałaś do brania swych win na mnie. Wiesz co ci powiem. - urwał na chwilę – Wynoś się z mojej planety.

-Że co? - nie dowierzała lisica.

Nick podszedł do drzwi otworzył je szerzej i sugestywnie wskazując na przestrzeń za nimi rzekł ze złością.

-To co słyszałaś. Wynoś się z mojego domu.

Zaskoczona tym liszka , a za bramą drzwi odwróciła się do niego.

-Kiedy między nami tak się popsuło? - spytała z żalem.

Nick trochę się uspokoił.

-Już dawno. Kiedyś nie rozłączni, ale teraz nie zamierzam popełniać błędów przeszłości. - po chwili się otrząsnął – Innymi słowy lepiej uciekaj, bo zaraz nie będę taki miły i zawiadomię policję.

-Po pierwsze sam jesteś gliną. - skrzyżowała łapy – A po drugie. Zrobiłbyś to własnej rodzinie.

-Nie chcę, ale chyba będę musiał.

Po czym nie chcąc dłużej ciągnąć tej rozmowy zamknął drzwi przed nosem Tiny. Po czym siadł zdruzgotany pod drzwiami wejściowymi.

-A miał być taki przyjemny wieczór. Aj ta Martina.

Spojrzał na podłogę przed siebie i zobaczył, że coś na niej leży. Podszedł do tego na czworakach, a jego oczom ukazało się zdjęcie na którym oprócz niego i jego rodziców była mała Tina ze swoim ojcem. Poza tym obok Nicka stał trochę starszy od niego wtedy lis.

-To były szczęśliwe czasy. - jego wzrok – John gdybyś tu teraz był, gdybyś jeszcze... - z jego oczy popłynęły łzy.

Rzucił zdjęcie jak najdalej od siebie po czym wstał i udał się do kuchni wcześniej zdejmując mundur przez co paradował w podkoszulku i bokserkach. Zrobił na szybko coś ciepłego do picia i stojąc z pełnym kubkiem przy oknie patrzył na miasto i powoli zachodzące nad nim słońce. W jego myślach wciąż teraz naprzemiennie pojawiał się obraz Johna i Tiny.

-Ach ten widok. John go uwielbiał. - z oczu znów popłynęły mu łzy – No nic. - rzekł ocierając je - Lepiej pójdę spać.

Mimo wczesnej godziny położył się do łóżka i pogrążył w niespokojnym śnie.

 

Uwaga!

Pojawiające w pewnym miejscu błędy ortograficzne i gramatyczne są umyślne i nie należy się ich czepiać.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Człowieku, ja jeszcze drugiego nie dokończyłem, a ty już masz trzecie? Chyba muszę przyśpieszyć czytanie.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Dobra, wziąłem się za dwójkę i muszę przyznać, że mnie wciągnęło, a jutro przeczytam trójkę :D

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Sadysta prezentuje część czwartą >:P

Tym razem bez kryminału tylko przeszłość postaci -O-

Zapraszam!

 

Sprawa IV - John

 

 

Promienie słońce przez okno wdarły się do pokoju znajdującego się na drugim piętrze. Postanowiły one obudzić śpiących nie tylko tu, ale i w każdym innym. George nie chciał się poddać, ale mimo wszystko nie powiodło mu się to, ponieważ...

-POOOOOBUDKA!!! - rozległ się głos z głośnika zamieszczonego w korytarzu.

Jeż momentalnie się przebudził spadając z łóżka.

-No poważnie! - grzmiał – To już wolałem być budzony przez matkę.

Wstał, otrzepał z siebie kurz i spojrzał na znajdujący się na stoliku zegarek elektroniczny. Na cyferblacie widniała godzina piąta.

-No takiej godziny się nie spodziewałem. - zdziwił się – Ciekawe czy wcześniej się nie dało.

Po tych przemyśleniach stanął przed szafą i wyciągnął z niej dawno przyszykowany uniform na który składały się biała koszula, czarne spodnie i buty oraz zielony krawat.

-No nieźle. - podziwiał się w lustrze umieszczonych po wewnętrznej stronie drzwi szafy – A teraz czas na pierwszy dzień w pracy.

Zamknął szafę, obszukał kieszenie czy czegoś nie zapomniał rozejrzał po pokoju po czym wyszedł z niego w wręcz szampańskim nastroju. Na korytarzu spotykał ubranych podobnie do niego kolegów z pracy. Witał się z nimi lecz ci go mijali, jakby go nie widząc.

-Hmm... pewnie myślami są już w pracy. - tłumaczył sobie – To trzeba iść tym samym tropem.

Ruszył więc tak jak inni. Na zewnątrz rozglądając się po całym kompleksie zmierzając w kierunku głównego wieżowca. Będąc coraz bliżej unosił głowę coraz wyżej próbując ogarnąć ten ogrom. W końcu wszedł do środka, a jego oczom ukazało się nowoczesne wnętrze w modernistycznym stylu. Nie będąc pewnym gdzie ma się udać zaszedł do recepcji w której siedziała podpierając głowę wilczyca.

-Dzień dobry! - przywitał się – Jestem...

-Tym nowym. - mówiła jakby nie obecnym tonem – Jeż George, tak?

-Eee... tak.

-Twoje miejsce pracy... - poruszyła się - ...znajduje się na czwartym piętrze. Tamtą windą będzie najszybciej. - wskazała na windę znajdującą się na końcu korytarza.

-Dziękuję. - powiedział udając się we wskazanym kierunku.

-Proszę bardzo. - wróciła do swej poprzedniej pozycji.

-No ciekawie się zapowiada. - powiedział do siebie George stając przed wejściem do windy.

Tylko tu pojawił się mały problem. On jako jeż był dość niski natomiast przyciski znajdowały się na takiej wysokości, że nawet skacząc, by ich nie sięgnął. Zastanowił się przez chwilę po czym znalazł jakiś wolną ceramiczną doniczkę na którą zdołał się wdrapać i po podsunięciu już mógł się cieszyć, że sięgnie lecz ktoś go ubiegł i wcisnął strzałkę w górę. Korzystając z okazji jeż także wskoczył do środka, jednak w jego myślach kłębiły się nerwy, że po co się męczył. Dojechał w końcu na wyznaczone piętro, a jego oczom ukazały się różne boksy w których to zatrudnieni pracowali nad kolejnymi artykułami.

-A więc to tu zaczynam. - cieszył się – Będę od razu pracował nad konkretnymi artykułami. Ale super.

-No niestety nie. - odezwał się z boku jakiś głos

George odwrócił się w jego kierunku i ukazała mu się zebra która zmierzała w jego kierunku.

-Witaj! - powiedział podając mu kopyto – Mów mi Zib. Jestem tu kierownikiem i niestety, ale muszę wyprowadzić cię z błędu.

-Tak więc co mam robić. - nie wiedział czego się spodziewać.

-A tego.

Mówiąc to Zib podsunął chromowany wózek wyposażony w kawę, ciastka i tym podobne.

-A co to ma być? - nie pojmował jeż.

-Twoja praca. - odpowiedział z uśmiechem kierownik – Twoim zadaniem będzie dostarczanie zmęczonym i śpiącym edytorom i autorom kawy i czegoś na przegryzkę.

-To jakiś żart? - nie dowierzał.

-Jak najbardziej... nie. - odpowiedział spokojnie.

-Ja mam pasję i wykształceni, a mam rozwozić jedzenie! - zaczął w nim wzbierać gniew.

-W skrócie... tak. - potwierdził – Nie masz doświadczenia, a co tu kryć tutaj był ktoś potrzebny. Jak się postarasz to może się wybijesz... jakoś.

-A jak mam niby zdobyć doświadczenie z tym wózkiem? - dopytywał.

-Niektórym się udaję. Jak się postarasz to się wybijesz jak już mówiłem. - zrobił obojętną minę.

George czuł jak wzbiera w nim złość, ale jakoś ją opanował po czym skierował do przełożonego wymuszony uśmiech i niemal przez zęby wycedził.

-Postaram się.

-No widzisz. To ruszaj, a ja zajmę się swoją robotą. - odszedł radośnie z wyrazem tryumfu.

-Czyli pewnie ochrzanianiem innych. - powiedział w złości do siebie.

Dopadł swojego wózka i ruszył całodzienną trasę wśród pracowniczych boksów oferując im to co tam miał. Niejednokrotnie odchodząc do kolejnego wydawało mu się, że słyszy złośliwy śmiech,którego był powodem. Choć go to mierziło udawał, iż tego nie słyszy i parł do przodu.

-No, no. Kogo tu mamy? - usłyszał znany mu głos – Nasz nowy nabytek. Jak pierwszy w dzień pracy.

Jeż się odwrócił i ujrzał w jednym z boksów znajomego ze wczoraj.

-Rich? Ty tutaj? - zdziwił się.

-Co się dziwisz. Przecież tu pracuję. - zaśmiał się szop.

-No wiem, ale sądziłem, że... no wiesz.

-Jestem wyższy rangą? Nie. Coś czuję, że do awansu mi daleko.

-Powiem ci, że nie tak sobie to wyobrażałem. - kręcił głową zrezygnowany.

-Mówiłem ci wczoraj, że na początku możesz być zawiedziony, bo nie wszystko będzie po twojej myśli.

-Fakt, mówiłeś. - potwierdził jeż.

-No właśnie. Przetrzym to jakoś, a jeszcze przyjdzie twój czas. - obdarzył go serdecznym uśmiechem – Dla pociechy dodam, że tak samo zaczynałem i jak widzisz jakoś wszedłem wyżej.

-No widzę.

-A teraz sprawa nie cierpiąca zwłoki. - oznajmił.

-Jaka? - nie potrafił zgadnąć jeż.

-Podaj mi kawę, bo zaraz zasnę.

Obaj zaczęli się śmiać nie zwracając uwagi na spoglądających na nich innych pracowników. Po tej krótkiej rozmowie jeż ruszył dalej nadal się podśmiewając.

-Może jednak nie będzie tak źle. Póki Rich tu jest będzie dobrze.

I dalej raczył kolegów z pracy swoją gastronomiczną działalnością do końca dnia najchętniej przechodząc obok Richa.

 

***

 

Tydzień minął jak z bicza trzasnął. W tym czasie George jeszcze bardziej zapoznał się z Richem, który wprowadzał go różne tajniki fachu. Poza tym spędzali ze sobą czas po pracy najczęściej w restauracji. Obgadywali wtedy to co miało miejsce w pracy a także nowości z miasta i jego okolic. Omawiali także co słychać w innych działach tj. telewizyjnym czy radiowym.

Kolejny dzień pracy Georgowi zdawał się być kolejnym dniem obowiązków. Dniem zwykłym bez niespodzianek. Wjechał standardowo na czwarte piętro i jak zawsze powitał go kierownik, czyli Zib.

-Witam pana! - na wstępie zawołał jeż.

-Witaj. Widzę, że coraz spokojniej do tego podchodzisz. Oby tak dalej, a może niedługo ktoś przy tym wózku cię zamieni. - mówił z uśmiechem.

George pomyślał, że Rich faktycznie miał rację i warto czekać. Fakt, iż tydzień tutaj too nie za długi okres, ale postanowił przeć do przodu, by niedługo samemu być jednym z tych któremu przywożą kawę. Standardowo przechodził od boksu do boksu i cieszył się widząc, że coraz bliżej jest ten należący do Richa. Był już przy nim i chciał coś rzucić na dzień dobry, ale ku jego zaskoczeniu szopa tam nie było.

-Hmm... - zastanowił się – Pewnie gdzieś musiał wyjść na chwile.

Tak sobie tłumacząc nieobecność przyjaciela ruszył dalej przed siebie wiedząc, że czeka go przynajmniej jeden taki kurs ruszył dalej. Jakiś czas później znów przechodził obok pomieszczenia, gdzie zwykle siedzi szop, ale tym razem też nie było po nim śladu.

-Nie przyszedł? Czy co? - zastanawiał się.

Czas jakoś wolno upływał, ale w końcu nastał fajrant. Wychodząc zaczepił on przełożonego, by spytać się go o nieobecność szopa.

-Jak kolejny dzień? - zapytał u wrót Zib podchodzącego do niego jeża.

-Nawet przyjemnie. - odpowiedział nie zbyt przekonywająco – Mam pytanie.

-Tak. - przeciągnął – Co cie trapi?

-Wie pan może gdzie jest Rich?

-To nie słyszałeś? - powiedział zaskoczony jakby odpowiedź była oczywista – Dostał awans. Teraz jest reporterem. Będzie działał zarówno w terenie jak i przy artykułach. - mówił zachwyconym głosem.

Jeżowi opadła szczęka. Tego to się nie spodziewał. Tydzień temu sam wspominał, że to jest mało realne, a tu proszę. Nie dowierzając udał się do swojego mieszkania. W drodze między głównym wieżowcem,a swoim blokiem spotkał właśnie Richa.

-Cześć stary. Nie uwierzysz. - zaczął szop.

-Cześć. Słyszałem, że dostałeś awans. Gratuluję. - ucieszył się na jego widok.

-Czyli już słyszałeś.

-Tak. Szkoda, że nie powiadomiłeś mnie o tym.

-Nie było kiedy. Właściwie dziś to wypłynęło i od razu mnie rzucili na teren.

-Więc chodź do restauracji i opowiedz o pierwszym dniu w terenie. - zachęcał.

-Ok, ale nie znalazłem nic ciekawego.

-E tam! Ale i tak opowiedz.

-Dobra, ale przyjdę za chwilę. Najpierw muszę jeszcze coś załatwić. - wskazywał na główny gmach.

-Rozumiem. Toja zajmę stolik.

-Super to ty tam zaczekaj, a ja zaraz będę.

Po czym pobiegł w kierunku wspomnianego budynku. George jeszcze stał chwilę i patrzył w kierunku oddalającego się kolegi po czym udał się do restauracji zająć stolik. Czekał tak pół godziny, aż w końcu Rich pojawił się w restauracji.

-No i jak? - zapytał jeż siadającego przy stoliku przyjaciela.

-A ci powiem, że nijak. - zaczął – Rano przychodząc dostałem informację, że mnie wzywa góra. Byłem tym zaskoczony, ale gdy oznajmili, iż awansuję to mnie zamurowało. Powiedzieli, że tyle czasu już tak dobrze się spisuję i są pod wrażeniem.

W tym momencie kelnerka przyniosła obu szklankę wody. Szop od razu skorzystał i się napił po czym kontynuował.

-Uznali, że poradzę sobie w terenie, więc od razu mnie wysłali na miasto w poszukiwaniu sensacji. Nic właściwie nie wzbudziło mojego zainteresowania z wyjątkiem...

Tu przerwał, by znów się napić.

-Z wyjątkiem czego? - zapytał zaintrygowany George.

-Z wyjątkiem lisicy z przestrzelonym uchem kręcącej po śródmieściu. Wydała mi się podejrzana, więc ją śledziłem, ale skucha. Nic. Kompletnie.

-Może jednak trzeba było ją cały czas mieć na oku? - zasugerował słuchacz.

-Właśnie chciałem, ale gdy uznałem że to nic ciekawego ona nagle zniknęła. Normalnie zapadłą się pod ziemię.

-No to ciekawie. Mam przeczucie, że ją warto śledzić, bo to równa się z ciekawym tematem

-Wiesz co? Możesz mieć rację. Trzeba się temu przyjrzeć.

Rozmawiali dalej nie domyślając się, iż są podsłuchiwani przez wspomnianą lisicę. Wiedziała, że dziennikarz na jej tropie to nie jest coś co może jej pomóc w jej robocie, a jego węszenie znacznie utrudni jej bycie anonimową i ograniczy swobodę działania. Dla swego dobra z tym trzeba było coś zrobić. Po usłyszeniu wystarczającej ilości interesujących ją informacji wyszła z lokalu i udała się w sobie tylko znanym kierunku z szyderczym uśmiechem.

 

***

 

Judy radosnym krokiem zmierzała w kierunku komisariatu i choć spodziewała się, że nic ciekawego nie będzie miało miejsca to i tak nawet cieszyło ją, że ostatni tydzień minął tak spokojnie. Weszła do środka i jak zwykle od jakiś dwóch lat ukazał jej się dobrze znany widok. Recepcja przy której stał sympatyczny gepard oraz krzątający się od nie dawna funkcjonariusze. Podeszła do kota z nadwagą.

-Cześć! - powiedziała entuzjastycznie – Co tam słychać?

-Witaj Judy! - odpowiedział odkładając miskę z jedzonymi właśnie płatkami – A wiesz jakoś to tam leci. Gdzie Nick?

-Sama nie wiem. Ostatnimi czasy jest w ogóle jakiś taki nie obecny.

-Co masz na myśli?

W tym momencie wyżej wspomniany lis wszedł na komendę, a rozmówcy odwrócili się w jego kierunku.

-O wilku mowa! - powiedziała króliczka.

Na te słowa zareagował jeden z akurat przechodzących obok wilczych funkcjonariuszy. Spojrzał na nią jakoś krzywo.

-O wybacz nie o tobie. - rzekła przepraszająco

Wilk tylko funknął i poszedł dalej.

-Teraz zobaczysz o co chodzi. - zwróciła się do Pazuriana – Cześć Nick! - zawołała w kierunku lisa.

Bajer tylko spojrzał w jej kierunku dźwignął lekko łapę i poszedł dalej.

-Widzisz o co chodzi? - znów zagadała do geparda – I tak jest chyba od tygodnia. Mało mówi, nie żartuje, nie dogryza. - wyliczała na łapce – Do mnie też już nie przychodzi.

-Może spytaj się go o co chodzi. - zaproponował Clawhauzer – Bo to rzeczywiście jest dziwne.

-A myślisz, że nie próbowałam. On tylko bym zajęła się swoimi sprawami albo że nic mu nie jest i tylko mi się zdaje.

-To może załatw sobie z nim patrol i wtedy o tym pogadajcie. Może jak nie będzie wokół tylu policjantów i w ogóle to się otworzy.

-Tak uważasz.

Kot tylko pokiwał głową z uśmiechem po czym wziął się za swoje śniadanie. Króliczka natomiast tuż przed odprawą postanowiła załatwić u komendanta możliwość udania się na patrol. Stresowała się trochę rozmową o tym z szefem, ale zebrała się w sobie i zapukała, a gdy usłyszała „proszę” weszła do środka. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak.

-Czego? - gniewnie zawarczał Bogo.

-Szefie czy przed odprawą mogę o coś prosić. - zapytała dość nie śmiało.

-O co? - powiedział zdejmując swe okulary.

-By przydzielił, szef mnie i Nickowi jakiś patrol. - zrobiła proszącą minę i zakręciła łapkami.

-Dobrze. A teraz wyjdź! - zakończył zdecydowanie.

-Poszło łatwiej niż myślałam. - odetchnęła już za drzwiami gabinetu szefa.

Udała się teraz do sali w której zawsze odbywa się poranna odprawa. W głowie już układała sobie jak będzie przebiegać rozmowa z jej lisim przyjacielem. Mijając Pazuriana pokazała z uśmiechem, że wszystko poszło dobrze i dalej skierowała się na konkretną salę. Gdy otworzyła drzwi prowadzące zobaczyła, że właściwie wszyscy są na swoich miejscach, więc zajęła swoje obok ulubionego lisa. Ten jednak siedział z obojętną miną, jakby wciąż o czymś myśląc i nie potrafiąc wyrzucić tego z głowy. Po kilku minutach wszedł do sali komendant i zaczął bez ceregieli.

-Witam! Zacznę od razu, bo chcę mieć to za sobą. Misiura, Wataha i Trąbalski – infiltracja. Rogalski, Szpon i Hipolit – patrol Tundurówka. Hopps, Bajer – Śródmieście. Kojoto, Gryzoli – Las Padas. Nosoróg i Szponer – Stara Sahara. Wszystko jasne? - rozejrzał się po sali i nie czekając na odpowiedź – To do roboty!

Wszyscy się rozeszli i skierowali do swoich przydziałów. Judy energicznie rwała do przodu jednak jej partner się ociągał. To był taki dzień, że wolał zająć się raportami.

-Rusz się Nick! - wołała będąc już przy wyjściu.

-Idę, idę. - machnął łapą.

Z lisa wręcz kapało złym i ponurym nastrojem. Zmierzając w kierunku radiowozu nie zamieniali ze sobą ani słowa. Judy patrząc na swojego partnera próbowała wyczytać co się z nim dzieje. W końcu zaszli do swojego samochodu, wsiedli do niego i ruszyli na patrol. Nick wciąż nie obecny patrzył w dal. W końcu na jednym skrzyżowaniu na którym zatrzymało ich czerwone światło policjantka zaczęła.

-Nick o co chodzi? - zapytała z troską w głosie.

-O nic. Wszystko w porządku. - odpowiedział od niechcenia.

-Przecież widzę, że coś cię trapi.

-Wydaje ci się.

-Na pewno spójrz na mnie.

Lis nie miał zamiaru tego robić i by jakoś z tego wyjść powiedział.

-Spójrz. Zielone. Możesz jechać

Króliczka ruszyła z miejsca, ale nie dawała za wygraną.

-Powiedz o co chodzi. Lepiej się poczujesz. - rzekła dotykając jego ramienia.

-Nie sądzę. - chciał strząść jej łapkę.

Funkcjonariuszka zaparkowała w najbliższym możliwym i wyłączając silnik odwróciła się do Bajera.

-Mów o co chodzi. - zmieniła ton na bardziej asertywny.

-O ten rower co nie chodzi. - odpowiedział ponurym, sarkastycznym głosem.

-Skończ udawać, że nic ci nie jest skoro każdy widzi, iż tak wcale nie jest.

-Przestań drążyć ten temat!

Zażądał lis gwałtownie się odwracając. Z jego twarzy można było wyczytać wściekłość, irytacje.

-Marudzisz już od kilku dni co mi jest! Nic nie jest, a nawet jeśli to guzik cię to obchodzi! Moja sprawa co się dzieję w moim życiu! Ty się lepiej zajmij sobą pani glino miesiąca! Myślisz, że każdy dzień jest taki wspaniały! Wszystko da się ot tak załatwić! To nie jest telenowela tylko prawdziwe życie, a tu nic nie jest takie proste! Zajmij się lepiej swoimi zgniłymi marchewkami, a mnie zostaw w spokoju!

Po zakończeniu tego monologu spojrzał na swoją króliczą towarzyszkę. Było widać jak to w nią uderzyło. W wielkich fioletowych oczach w których zwykle gościła radość i entuzjazm teraz gromadziły się łzy. Funkcjonariusz zrozumiał, że posunął się za daleko. Jego mina zmieniła się w taką, która wyrażała jak mu głupio.

-Słuchaj. Nie... wiem co... - zaczął nie udolnie przepraszać.

-Wiesz co ci powiem! - zaczęła a z oczu popłynęły jej łzy – Chcę ci pomóc, pocieszyć, a ty co?! Tak mi się odpłacasz? Przyjaciele są od tego, by się wspierać! Widać ty tego nie rozumiesz.

-Judy... ja, ja... - nie umiał z siebie nic wykrzesać.

-A tak na koniec. - zbliżyła się do Nicka – Naprawdę to jesteś tylko głupim lisem! - i w tym momencie zdzieliła go z liścia.

Po tym wysiadała z radiowozu i odeszła w sobie znanym kierunku. Nick tymczasem trzymając się za pysk patrzył w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała Hopps, po czym opadł na zajmowane siedzenie.

-No to narobiłem sobie przy ogonie. - mówił do siebie

Zastanowił się chwilę co ma zrobić patrząc w dal.

-Ma rację. Jestem głupi. - mówiąc to walił pięściami po swojej głowie.

Po chwili wiedział co ma zrobić. Wyskoczył z wozu zamykając go za sobą i zabezpieczając alarmem po czym ruszył na poszukiwanie swojej partnerki. Znalazł ją po około dziesięciu minutach poszukiwań. Siedziała na jednym z wyższych ceglanych murów ciągle jeszcze szlochając. Nick wspiął się na niego i usadowił się obok swej towarzyszki.

-Muszę przyznać, że to ładna ulica. - powiedział patrząc przed siebie – Będąc młodszym uwielbiłem tu przesiadywać.

Króliczka spojrzała na niego ocierając oczy.

-Słuchaj. - zwrócił się do niej – Przepraszam za moją reakcję. Masz racje coś mnie na nowo trapi, ale nie chciałem z nikim się tym dzielić, a wszystko przez to.

Mówiąc to wręczył jej zdjęcie które tydzień temu znalazł po oddelegowaniu Tiny. Króliczka wzięła je i pociągając nosem zapytała:

-Kto jest na tym zdjęciu? To twoja rodzina?

-Tak. - uśmiechnął się lekko – To jestem ja. Moi rodzice, a to Tina i jej ojciec, a mój wujek. - wskazywał wymienione przez siebie postacie.

-A kto stoi obok ciebie. - wskazała nie wymienionego przez Nicka lisa.

-To... - przerwał a na jego pysku zagościł smutek – To mój starszy brat. Nazywał się John.

Bajer z trudem powstrzymywał łzy na wspomnienie tego imienia.

-Czy to przez to wspomnienie jesteś taki nie swój? - zapytała Judy.

Nick tylko pokiwał głową.

-A co się z nim stało?

-To dość długa historia, a my mamy swoje obowiązki.

-To może po służbie pójdziemy do mnie i wszystko opowiesz? Powinno ci ulżyć. - powiedziała już spokojnie.

-Tak będzie najlepiej. - pozbierał się lis – Chodź za nim ktoś nam świśnie radiowóz.

Udali się więc do samochodu dokończyć patrol po którym udali się do mieszkania króliczki. Mimo kłucia jakie odczuwał Nick na wspomnienie swojego starszego brata uznał, że rzeczywiście lepiej się będzie przed kimś wygadać. Pomyślał, że może właśnie tego mu trzeba, by wrócić do dawnej formy.

 

***

 

-Twoich sąsiadów nie ma? - spytał lis, gdy szli w kierunku mieszkania Hopps – Mówiłaś, że są dość... - szukał odpowiedniego słowa – głośni.

-Nie. Dziś gdzieś wybyli. - powiedziała popychając drzwi wejściowe w swoim bloku.

-To dobrze. - rozejrzał się po osiedlu – Wiesz. Nadal mnie dziwi, że tu mieszkasz. Nie myślałaś o zmianie lokum.

-Takie mieszkanko mi wystarczy. - powiedziała zaczynając wspinaczkę po schodach – Chodź już! - zawołała do stojącego lisa.

Nick ruszył za swoją partnerką w kierunku jej piętra i mieszkania. Po nie całej minucie znaleźli się u wrót swego celu. Króliczka otworzyła drzwi i zaprosiła swego towarzysza do środka. Usiadła na łóżku i wskazała Nickowi, by zrobił to samo obok niej. Bajer skorzystał z zaproszenia.

-Szczerze to nie wiem od czego zacząć. - powiedział.

-To może zacznij od początku. - zaproponowała Judy – Opowiedz o nim. Jaki był?

Lis odetchnął po czym zaczął.

-John był wspaniały. Zawsze troskliwy i pozytywnie nastawiony do wszystkiego co robił. Wierzył, że to miasto jak i zwierzęta kiedyś zmienią zdanie o lisach. Mimo tego miał jakieś kontakty z typkami spod ciemnej gwiazdy.

-Czy to miało związek z waszą sytuacją. No wiesz. Materialną. - zapytała niepewnie Judy.

-Tak i owszem.

Zatrzymał się na chwilę po czym kontynuował.

-Zawsze o mnie dbał się wstawiał za mną. Choćbym nie wiadomo co przeskrobał to brał winę na siebie. Przez takie zachowanie był oczkiem w głowie taty. - na wspomnienie ojca się wzdrygnął.

-Rozumiem. Bardzo go kochałeś.

-Oj tak. Najbardziej na świecie. - potwierdził.

-To opowiedz teraz co się z nim stało. - rzekła Judy.

-Miało to miejsce jakieś 26 lata temu. Miałem wtedy niecałe osiem wiosen na karku i całe życie przed sobą. Przyjechał do nas z wizytą nasz wujek i przywiózł ze sobą Tinę. Już wtedy była z niej niezła agentka i bez ustanku pchła się w kłopoty. Mimo to uwielbiałem z nią spędzać czas. Nudzić się z nią nie można było. - rozejrzał się jakby czegoś szukał po czym ciągnął dalej – Ich wizyta jakoś do gustu nie przypadła mojemu starszemu bratu. Sam nie raz mi mówił, że oni ściągną na nas tylko kłopoty. No i niestety miał rację. Ja i mój kuzynka ucieszyliśmy się na swój widok i ledwie się przywitaliśmy ruszyliśmy ganiać po dworze. W pewnym momencie powiedziała, że musi mnie z kimś poznać. Ochoczo ruszyłem za nią ciekawy kogo chcę mi przedstawić. Zeszliśmy z dobrze znanego mi podwórka i ruszyliśmy korytarzami ciemnych uliczek. Po jakimś czasie dotarliśmy do jakiegoś opuszczonego magazynu. Tam spotkaliśmy zakapturzoną postać. Tina przedstawiła nas sobie, a potem owy zwierz zaprowadził nas do jakiegoś pomieszczenia. Zdjąwszy kaptur ukazała nam się jego twarz. Była pełna blizn, a jedno oko wybielało.

-A pamiętasz imię albo gatunek. - dopytała ciekawa Judy.

-Na pewno to był tygrys, ale imię mi wyleciało. - zastanowił się chwilę – Nie. Nie pamiętam. Tak czy inaczej w pierwszej chwili jego widok mnie przeraził. Tina jednak zdołała mnie przekonać, że nie ma się czego bać. Tajemniczy tygrys zaproponował nam układ w którym mogliśmy co nieco zarobić. Mnie to było bardzo na łapę, więc się zgodziłem. Nie wiedziałem skąd moja kuzynka znała gościa, ale jakoś wtedy mnie to nie interesowało. Wspólnie ze swoją kuzynką zaczęliśmy prowadzić różne przekręty od zwykłych sztuczek kuglarskich po różne teatrzyki inscenizujące wypadki. Zarobioną w ten sposób kasę zanosiliśmy do tygrysa, który dzielił ją między nas trzech. Oczywiście on brał lwią część naszego zarobku, ale nam to i tak starczało. Byłem z siebie dumny. Zarabiałem przecież na rodzinę, chciałem jej pomóc. Jak przyniosłem pierwsze zarobki to rodzice byli zaskoczeni skąd wziąłem taką sumę. Byli pewni, że ją ukradłem, a z pomocą przyszedł John, który im powiedział, że sprzedawałem lody od jakiegoś czasu. Im to wystarczyło natomiast mój brat wziął mnie na bok i zaczął dopytywać się jak zdobyłem taką sumę. Opowiedziałem mu co i jak nie wiedząc czemu czekałem aż mnie pochwali. Nie wiem może myślałem, że zaimponuje mu moja samowystarczalność.

-Wściekł się? - spytała słuchając tej opowieści.

-Mało powiedziane. Wręcz wpadł w furię. Nigdy nie widziałem go w takim stanie. Wrzeszczał, że to właśnie przez takie coś inne zwierzęta mają uprzedzenia do lisów i kazał mi zaprzestać tej działalności. Ja też się zdenerwowałem i wygarnąłem mu że sam lepszy nie jest i że nie będzie mi mówił co mam robić i wybiegłem z domu. By zająć czymś myśli udałem się do rzeczonego tygrysa z zapytaniem czy nie miałby jakiegoś zadania. Powiedział, że i owszem po czym przedstawił plan napadu na jedną bogatą willę znajdującą się gdzieś na obrzeżach miasta nad wysokim klifem. Choć na początku chciałem odmówić to jednak się zgodziłem skuszony możliwością dużych zarobków. Akcja miała mieć miejsce następnego dnia późnym wieczorem. Cichcem wyszedłem z domu nie wiedząc, że obudziłem Johna ruszyłem na miejsce zbiórki znajdującego się jakiś kawałek od naszego celu. Na miejscu zaskoczony odkryłem, że Tina też tam jest. Przewodzący nam tygrys ostatni raz objaśnił plan działania i ruszyliśmy do akcji.

-A co z właścicielami? - zdziwiła się Hopps.

-Podobno wyjechali gdzieś w swoich sprawach dwa dni wcześniej. - Nick pomyślał o tym gdzie się zatrzymał i kontynuował – Tak więc przeszliśmy do działania. Wszystko szło bardzo gładko, aż do pewnego momentu. Pakując kolejną zdobycz do worka usłyszałem jak za mną ktoś woła mnie po imieniu, gdy się odwróciłem zobaczyłem Johna. Z jego spojrzenia można było wyczytać żal i rozczarowanie. Zresztą powiedział jak bardzo jest mną zawiedziony. Próbował mnie przekonać bym rzucił to i wrócił z nim do domu. Jednak ja się na to nie zgodziłem i ruszyłem w stronę tarasu, który miał widok na morze sądząc, że tam też coś znajdę. On poszedł za mną dalej próbując mnie przekonać bym wrócił, a rodzice się o niczym nie dowiedzą. Wtedy usłyszeliśmy huk wystrzału, a John chwytając się za bok osunął na ziemię. Na taras wszedł z jeszcze dymiącym pistoletem organizator całego przedsięwzięcia. Pełen wściekłości zaczął na mnie naskakiwać, że sprowadziłem na niego kłopoty. Stałem przerażony to spoglądając na tego tygrysa to na mojego brata. Ten wielki kot był tak zły, że również do mnie wymierzył broń i był gotów wystrzelić, ale nim to się stało z całej siły natarł na niego mój brat. Skąd miał siły nie mam pojęcia ale moc tego uderzenia była tak wielka, że nie dość, iż napastnik upuścił broń to także wyleciał przez obwarowanie i runął w dół do morza razem z Johnem.

Judy słysząc to przerażona zasłoniła sobie pyszczek.

-Stałem tam i przerażony patrzyłem w dół, ale przez ciemność nic nie dało się zauważyć. Zrozpaczony stałem i nawoływałem go. Nie słysząc odpowiedzi zacząłem płakać.

Mówiąc to jego oczy wypełniły się łzami.

-Płacząc patrzyłem w dół. Parę minut później znalazła mnie Tina, która mówiła, że chyba ktoś nas wkopał, bo gliny już jadą i trzeba się zbierać. Widząc mój stan podeszła i spytała co się stało. Gdy jej na szybko opowiedziałem sama też zaczęła płakać, ale szybciej się pozbierała i mnie wyciągnęła stamtąd. Schowaliśmy się, a następnie wróciliśmy do domu. Każdy swojego. Następnego dnia musiałem wszystko opowiedzieć rodzicom. Oboje byli zrozpaczeni, a matka już zwłaszcza. Cieszyła się, że nic mi się nie stało, ale jednak była wręcz załamana. Tymczasem ojciec za wszystko obwinił mnie i na każdym kroku pokazywał jak jest mną zawiedziony. Miesiąc później ruszył w świat i już go więcej nie zobaczyłem. Mimo, że ciała zarówno Johna jak i tego tygrysa nigdy nie odnaleziono to straciliśmy nadzieję, że mógł przeżyć. Postanowiliśmy o tym ni mówić i z ciężkim sercem, ale zapomnieć. Mama zajęła się jakimiś pracami dorywczymi ja postanowiłem zostać zuchem, a tam się przekonałem, że to co mówił John o postrzeganiu lisa przez inne zwierzęta to prawda. No i tak to się zakończyło. Nigdy sobie nie wybaczę, bo to przeze mnie on wtedy...

Spojrzał bez przytomnie w podłogę.

-Nick. - dotknęła jego łapy i przemówiła łagodnym tonem – To już przeszłość. Wiem, że to trudne przeżycie i jego wspomnienie jest przykre, ale trzeba żyć dalej.

Lis spojrzał na nią i już chciał coś odpowiedzieć lecz zrezygnował, gdy zobaczył jej uśmiech.

-Poza tym sam mówiłeś ciał nigdy nie odnaleziono. Może jest jakaś nadzieja.

-Masz rację. - oznajmił wstając z łóżka – Jest jakaś nadzieja. Nie ma co żyć przeszłością.

Odwrócił się do niej i chwycił ją za głowę i patrząc jej w oczy rzekł:

-Dziękuję! - po czym pocałował ją w czoło – Naprawdę mi pomogłaś. Miałaś rację tego mi było trzeba.

Po tych słowach zebrał się i udał się do wyjścia.

-Karotko! - zawołał w drzwiach.

-Co?

-Widzimy się jutro w pracy. - odsalutował jej z uśmiechem i wyszedł.

Gdy lisa już nie było policjantka rozłożyła się na łóżku i patrząc w sufit cieszyła się, że zdołała mu jakoś pomóc. Szczęście tej chwili zmąciło jej przybycie hałaśliwych sąsiadów, którzy co yu dużo mówić znów nawzajem się przekrzykiwali. Machnęła na to łapą przebrała się i postanowiła udać się na spacer po mieście.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Muszę być całkowicie szczery. Trzecie opowiadanie mi się nie podobało. Nick pojawia się jedynie sporadycznie, a śledztwo nie jest nawet długie, moim zdaniem o wiele za krótkie. Jedyne, co jest w nim zabawne, to ten żargon, w którym mówi facet, który okazał się być winny. Z kolei czwarte opowiadanie już lepsze, choć moim zdaniem ma jedną wadę - jest nieco za krótkie, ale zdecydowanie lepsze. I coś mi mówi, że stanowi zapowiedź pojawienia się Johna :)

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Witam wszystkich ponownie! <:I

 

Wytwórnia "ZUO" ma zaszczyt zaprezentować część piątą mej serii. >F< Kolejne już w drodze. o_oII

Liczę na szczere oceny. >:P

Przyznam że sam jestem zaskoczony długością tego. <3

 

Może to wszystkich obejdzie, ale... >:E

DEDYKACJA

Opowiadanie w głównej mierze chce zadedykować Brindowi i PanuX, którzy w dużym stopniu przyczynili się do powstania tej części.

Mogą być tego nieświadomi, ale rzucili kilka ciekawych pomysłów.

Innymi słowy. Panowie wielkie dzięki.

 

Sprawa V – Morderstwo na śniadanie.

 

W jednej z ciemnych, wąskich uliczek Śródmieścia siedział pogrążony we własnych myślach młody jeż. Dzień był pochmurny i od paru godzin zanosiło się na deszcz lecz mimo tego on nie zamierzał się nigdzie ruszać. Z wyrazu jego pyszczka wyczytać można załamanie. Nic w tym dziwnego, gdy to w jednej chwili coś co miało sprawiać przyjemność na lata, co miało być spełnieniem marzeń nagle się rozpada. Traci się wszystko, a podziać się nie ma gdzie. Do rodzinnego miasta nie chciał wracać, a czuł, że nową pracę będzie mu ciężko znaleźć. George uznał po prostu, że należy się poddać błąkając się po ulicach i uliczkach Zwierzogrodu.

- Hej ty! - usłyszał nagle głos dobiegający z cienia.

Von Stecken rozglądał się szukając posiadacz głosu. Sam nie był pewny czy to w ogóle do niego skierowane słowa. Widząc, że to raczej bez sensu pogrążył się dalej w swych myślach.

- Jeżu! Nie słyszysz, gdy cię wołam! - ponownie odezwał się ten głos

George postanowił się nie ruszać. Widać jego mówca nie zamierzał czekać więc po chwili wyszedł z cienia. Był to przygarbiony szary wilk w czarnej koszulce i spodniach tej samej barwy natomiast na głowie nosił brązową fedorę. Zbliżał się powoli do jeża rozglądając się po okolicy. Będąc przy nim szturchnął go delikatnie ze słowami.

- Ty! Wołałem cię! Co jest z tobą nie tak! - mówił konspiracyjnym tonem.

- Nie twój interes! - odburknął ze złośliwością w głosie.

- Aha! Rozumiem. Przybyłeś do stolicy pełen marzeń – zaczął tonem znawcy – Wszystko było pięknie. Pewnie znalazłeś nawet bratnią duszę, a marzenie było coraz bliżej realizacji, a tu niestety w jednej chwili wszystko się zawaliło, a ty teraz błąkasz się po mieście nie wiedząc co ze sobą zrobić. Do rodziny nie wrócisz, a pracy raczej nie znajdziesz.

George'a zszokowało to co usłyszał. Był to bowiem dokładny skrót wydarzeń z jego życia.

- Skąd ty to...? - chciał zapytać zaskoczony.

- Życie młody. Życie. - odparł wilk – Nie ty jeden tak masz. Wielu przed tobą i wielu po tobie tak skończy. Istnieje ta cała propaganda, że każdy może być kim zechce. Niektórym się to udaje jak temu królikowi co został policjantem, ale większości nie i lądują na ulicy. Trzeba sobie radzić.

- Miałeś tak samo? - spytał jeż niepewnie.

- A i owszem. Nie jestem wyjątkiem. - spojrzał w niebo – Choć ze mną. Zaraz zacznie padać. Nie ma co bezsensownie moknąć.

Uśmiechnął się do niego po czym pomógł wstać i razem ruszyli w kierunku dobrze znanemu wilkowi. Po chwili drapieżnik jednak spytał.

- Właściwie to jak się nazywasz chłopcze?

- A no tak. - zmieszał się – Jestem George von Stecken.

- Ten od tego „zakazanego” artykułu o którym było głośno jakiś niecały tydzień temu.

- Tak właśnie. - nie wiedział czy być dumny czy wręcz przeciwnie.

- Miło cię poznać. - wyciągnął łapę – Jestem Wolfgang. Wolfgang Sznaucer, ale możesz mi mówić Wolf.

Uścisnęli sobie łapy po czym ruszyli dalej. Jeż zastanawiał się przez chwilę nad czymś. Jakiś czas później po chwili zastanowienia George zapytał.

- A właściwie czym się zajmujesz i jak mnie znalazłeś?

- Wiesz jestem takim werbownikiem, a jako, że często zwierzętom marzenia upadają to w takich uliczkach jak ta twoja można znaleźć co jakiś czas parę duszyczek.

- Werbownikiem? Ale czego? - zastanowił się – Czyżby mafii? - dopytał niepewnie, zresztą miał już styczność z mafią.

- Nazywaj to jak chcesz. - odparł wilk jak gdyby nigdy nic – Większość nazywa to mafią, a ja wolę określenie nielegalne przedsiębiorstwo.

- Pierwsze słyszę takie określenie.

- No cóż. Fakty są takie, że wiele jest zawiedzionych tym co tu zastało, ale powiedz czy słyszałeś kiedyś o bezdomnych czy bezrobotnych w tym mieście?

Jeż zastanowił się przez chwilę po czym odpowiedział.

- Nie. Nigdy.

- Dokładnie. To przez działalność takich werbowników jak ja lub takich co umieją sobie w życiu poradzić. Do tych drugich zaliczamy w większości lisy, które jakoś rzadko z nami współpracują.

- Może dlatego, że im nikt nie ufa?

- Czy ja wiem? Im rzadko pomoc potrzebna. Raczej to my czasem potrzebujemy ich. Tego sprytu, pomyślunku.

- Racja. Ile jest w tym mieście takich „przedsiębiorstw”?

- Trochę. Każda dzielnica ma przynajmniej trzy. Oczywiście są mniejsze i większe. Największym kieruje gość imieniem Darren Underwood. Nikt go nigdy nie widział oprócz współpracowników. Co prawda kieruje wszystkim z nie dalekiej wyspy, ale skupia się głównie na stolicy. W samym Śródmieściu są chyba z cztery, a nasze jest dość młode, ale szybko się rozwija.

W tym momencie przystanęli przed jakimś starym wieżowcem.

- Powinienem cię teraz albo wciągnąć siłą albo spytać czy chcesz do nas dołączyć. - powiedział wyciągając łapę. - A jako, że jestem z tych spokojnych to zapytam. Czy dołączysz do naszej rodziny?

- A mam jakiś wybór?

- Możesz wrócić na swoją uliczkę i liczyć na innych mniej spokojnych werbowników, ale wtedy razem z odmową możesz liczyć na bliskie spotkanie z kulką. - mówił nad wyraz spokojnie. - A łapa mi zaraz zdrętwieje.

- No tak. - zastanowił się chwilę po czym rzekł – Z chęcią do was dołączę. - uścisnął łapę.

- I cieszę się bardzo! - uśmiechnął się wilk – Chodź czas poznać twoją nową rodzinę.

George ruszył za Wolfem, a w myślach układał co się właśnie stało. Jeszcze niedawno mógł być dziennikarzem, a teraz należy do rodziny mafijnej. Pomyśleć, że wszystko to przez wydarzenia sprzed pięciu dni.

 

***

 

PIĘĆ DNI WCZEŚNIEJ

 

Jak to zwykle bywało całą redakcję „Expressu Zwierzogrodzkiego” budził głos z głośnika. Na początku mogło to być denerwujące, a z czasem można było do tego przywyknąć. George zerwał się jeszcze przed niemiłą pobudką z łóżka. Pełen radości i zapału do pracy założył swój uniform chcąc jeszcze przed rozpoczęciem nowego dnia pracy zajść do restauracji na małe śniadanie. Poza tym zwykle wtedy też spotykał Richa, który jakiś czas później rusza na miasto w poszukiwaniu sensacji i interesującej go od jakiegoś czasu tajemniczej lisicy.

Radośnie ruszył przez główny plac w kierunku restauracji, choć niektórzy nazywali go barem. Idąc tak środkiem przypadkiem zderzył się z przechodzącym tamtędy królikiem, który co dziwne miał na sobie policyjny mundur.

- Bardzo przepraszam. - powiedział jeż kłaniając się.

- Nic się nie stało. - odpowiedziała szara króliczka o fioletowych oczach.

-Nie mniej przepraszam. Czy coś się stało, że jest tu funkcjonariuszka policji.

- Nie. Po prostu chciałam odwiedzić starego znajomego. - jakoś dziwnie się uśmiechnęła.

- Rozumiem. Tak poza tym jestem George. Pracuję tutaj.

-Witam jestem Judy. Judy Hopps. - podali sobie łapy – Nic na mnie już pora. Miło było cię poznać. - powiedziała radośnie i ruszyła przed siebie.

- Ciebie również. - pomachał jej, gdy odchodziła.

Von Stecken udał się do swojego celu wędrówki. Usiadł przy tym stoliku co zwykle i zamówił standardowe śniadanie. Czekał na szopa, ale ten nie przybywał. Nagle jego uwagę zwróciło dziwne poruszenie na zewnątrz. Dopił więc szybko swoją kawę, zapłacił i ruszył w kierunku zgiełku panującego pod jednym z bloków mieszkalnych. Większość pracowników stała przed jedną z klatek schodowych i patrzyła w okno na trzecim piętrze, inni tam wchodzili i wychodzili. George zagadał do stojącego blisko niego bawoła.

- Co tu się dzieję? Co to za zgiełk?

- Podobno ktoś zastrzelił jednego z reporterów. - odpowiedział nawet na niego nie patrząc.- Chyba tego szopa co dostał nie dawno awans.

- Rich. - rzekł do siebie.

Jeż ruszył w kierunku obleganej klatki schodowej. Jako, że nikt nie chciał być pokuty to usuwali mu się z drogi. George zdenerwowany biegł przed siebie po schodach, a jego celem było trzecie piętro. Stanął w końcu u drzwi z numerem 35 i je pchnął. Jego oczom ukazał się straszny widok. Dobrze mu znany szop leżał w czerwonej kałuży. W jego ciele natomiast zauważyć się dało trzy rany postrzałowe. Jedną na środku głowy, drugą w okolicach serca i trzecią w brzuchu. Sam pokój wyglądał jak pole bitwy. Z biurka wszystko miało teraz swe miejsce na ziemi. Z łóżka wszystko pościągane, a w szafę jakby coś uderzyło. W kałuży krwi zauważył kępkę szarego futra.

- Niemożliwe. - nie dowierzał – Niemożliwe. To jest niemożliwe!

Zauważył kępkę futra.

- To ten królik! - rzekł gniewnie do siebie. - Nie daruję tego!

Chwilę później przed pokojem zajmowanym dotąd przez reportera znaleźli się co ważniejsi redaktorzy „EZ”.

- Co tu się stało? - zapytał będący wśród nich Zib.

- A co nie widać?! - zaczął gniewnie George. - Naszego reportera zastrzelono i to bladym świtem w jego pokoju!

Wszyscy tam zebrani zaczęli między sobą dyskutować. Mówili, że trzeba to zgłosić na policję, a jednocześnie, iż trzeba zachować dyskrecję.

- Dyskrecję?! - zaognił się jeż. - Popełniono morderstwo, a wy chcecie zachować dyskrecję?!

- Chłopcze. - zaczął kangur. - Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci, ale musimy dbać o dobre imię firmy. No ten tego. Rozumiesz.

- Właśnie, że nie! - wrzeszczał coraz bardziej wściekły. - A co z jego rodziną? Co z dziennikarską prawdą?

- Słuchaj! - zaczął jeden z ważniaków, będący świnią. - Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci, ale to już normalność. Rodzinie wyślemy kondolencje, a resztę razem z pogrzebem załatwimy po cichu.

George już miał tego dość. Wściekłość rozsadzała go od środka. Chciał już coś powiedzieć, ale powstrzymał się. Wyszedł tylko gniewnie z pokoju mówiąc, że tego tak nie zostawi. Pozostali jeszcze chwilę zostali w tym pomieszczeniu po czym będący najważniejszą personą kangur rozkazał posprzątać.

Dzień w pracy nie był taki jak zawsze. Każdy przeżywał to co rano miało miejsce na swój sposób. Jeż był tym wszystkim rozwścieczony co było aż nazbyt dostrzegalne. Nikt nie chciał zapytać o co chodzi, bo dobrze to wiedzieli, a zagadanie do niego w tym stanie mogło tylko pogorszyć wszystko. Nadszedł koniec dnia pracy. Jak zwykle każdego z osobna żegnał kierujący wszystkim Zib. George zbliżał się do wyjścia. Zebra już chciała coś powiedzieć, ale jeż wyciągnął sugestywnie łapę i powiedział.

- Nie odzywaj się! - w jego głosie można było wyczuć wyrzuty.

Zib chciał jednak coś rzec, ale widząc spojrzenie swojego pracownika zrezygnował. Tuż po wyjściu jeż nagle zawrócił i spytał.

- Mogę jeszcze wejść? Chyba czegoś zapomniałem.

- OK. Jak już skończysz to zanieś klucz do recepcji. - rzekł nie co zaskoczony Zib.

- Się wie szefie! - rzekł to z udawanym uśmiechem

W jego głowie od rana siedziała ta myśl. Postanowił ujawnić wszystkie tajemnice „Expressu Zwierzogrodzkiego” lub przynajmniej te które znał. Miał już nawet przygotowany artykuł, który napisał korzystając z tego, że nikt nie patrzy. Usiadł przy jednym z komputerów, który kiedyś zajmował Rich. Po czym przygotowany artykuł zamienił z tym zatwierdzonym do jutrzejszej gazety. Wiedział, że i tak nikt tego nie skontroluje przed wydrukiem. Na domiar wszystkiego postanowił też umieścić to na stronie internetowej „EZ”. Był tak zdenerwowany, że nie myślał o konsekwencjach tego co robi. Już chciał kończyć, gdy pomyślał sobie, że zemści się jeszcze bardziej, jeśli prześle to do prompterów w dziale TV i radiowym. Po zakończonym dziele wyłączył komputer i ruszył ku swojemu mieszkaniu.

- Nawet się nie spostrzegą co drukują i mówią, a jeśli nawet to będzie już za późno. - zaśmiał się do siebie szyderczo.

Następnego dnia całe miasto żyło artykułem jego autorstwa. Wszędzie o tym bębniono. W każdych mediach. Szefostwo jak łatwo się domyśleć było wściekłe.

Na domiar złego nie długo potem przyjechała policja, by zbadać sprawę zabójstwa reportera z wczoraj. Całą dyskrecję trafił, więc szlag. Każdego przesłuchano, a śledztwo prowadzone osobiście dzięki zeznaniom George'a poszło szybko. Wręcz zbyt szybko, bo nikt nie mógł uwierzyć w to kim jest domniemany morderca, a jednak wszystko na to wskazywało.

Gdy policja odjechała główne szefostwo wezwało jeża do siebie. Jeż mimo dumy jaka go wczoraj rozpierała teraz czuł, że przegiął i to poważnie, a to wezwanie tylko wszystko potwierdzało. Zajechał windą na najwyższe piętro głównego wieżowca do biura prezesa, którym był ten sam kangur, który mówił wczoraj o dobrym imieniu firmy.

- Chłopcze! No ten tego. Rozumiesz chyba czemu cię wezwaliśmy. - powiedział na wstępie, gdy George zajął miejsce przed nim.

- Tak jak najbardziej. - postanowił podejść do tego pewny siebie.

- Tak być nie może. - rzucił prezes spokojnie, choć wewnątrz niego się gotowało. - Splamiłeś dobre imię naszej rodziny, a tego tolerować ten tego nie możemy.

- Ja podałem tylko fakty, a one są takie, że okłamujecie wszystkich.

- Robimy to dla ich dobra! - zaczął się unosić.

- Raczej swojego. - dogryzł mu – Dla dobra ogółu nie informujecie, że w waszym kompleksie miało miejsce morderstwo? To są żarty? Jak to może wpłynąć na innych?

- Tak, że przestaną nam ufać jak choćby teraz po twoim karygodnym wybryku.

- Dostaliście to co wam się należało. - odpowiedział ze złośliwym uśmiechem.

- DOSYĆ! - ryknął kangur. - Chłopcy dajcie to.

Jeden ze stojących obok asystentów położył na biurku kartkę.

- Co to jest? - zapytał George choć się tego domyślał.

- Wypowiedzenie umowy. - odparł z uśmiechem prezes. - Proponuję jak najłagodniejsze rozstanie. Proszę to podpisać i wynosić się z „EZ”.

- Jak chcecie! - odparł jeż wściekle biorąc podpisując dokument. - Przynajmniej będę miał czyste sumienie. A skoro to już wszystko to żegnam ozięble.

Wyszedł, a kotłowały się w nim uczucie dumy i smutku. Z jednej strony postąpił dobrze z drugiej stracił właśnie prace, mieszkanie i nie miał się gdzie podziać. Pakując się postanowił coś znaleźć na mieście. Mimo wszystko nie chciał opuszczać Zwierzogrodu.

 

***

 

Nick ubrany w mundur, radośnie zmierzał do pracy. Dzień słoneczny, humor dopisywał, więc co mogło pójść nie tak. Co mogło ten dzień zepsuć? Jak się okazało wszystko może się nagle zmienic. Idąc jedną z ulic wziął do ręki gazetę „Expressu Zwierzogrodzkiego”. Od razu rzucił mu się w oczy artykuł pewnego jeża w którym opisywał on różne tajemnice firmy jak i mające ostatnio miejsce morderstwo w jednym z boków mieszkalnych ich kompleksu.

- No chyba komuś nudziło się w pracy. - zachichotał.

Przeczytał artykuł i jeszcze parę innych po czym pozbył się gazety i ruszył w dalszą drogę. Za rogiem znajdowało się już mieszkanie Judy. Cieszył się więc na możliwe kolejne spotkanie ze swoją partnerka. Gdy pokonał zakręt jego oczom ukazał się widok, którego nigdy, by się nie spodziewał. Przed kamienicą króliczki stało parę radiowozów policyjnych.

- Czyżby w końcu ktoś nie wytrzymał darcia tych dwóch? - zastanawiał się.

Podszedł bliżej i wtedy zauważył jak dwóch funkcjonariuszy wyprowadza z bloku skutą posterunkową, będącą jeszcze w cywilnych ubraniach. W to co zobaczył nie mógł uwierzyć, gdy się zbliżył jeszcze bardziej,policjanci już pakowali Hopps do policyjnej karetki.

- Witam! - zawołał na powitanie sych kolegów po fachu. - Co tu się dzieję?

- Cześć Nick! - odpowiedział Gryzoli. - Nie uwierzysz, ale nasz króliczek okazał się mordercą.

- C-c-co?! - nie mógł uwierzyć w to co usłyszał.

- To nie prawda! Jestem niewinna! - wrzeszczała posterunkowa z wnętrza karetki.

- Sami w to uwierzyć nie mogliśmy. - ciągnął – Jednak okazuje się, że nawet policjant może zabić dziennikarza.

- Chodzi o to co miało miejsce w „ZE”? - zapytał by się upewnić.

A i owszem.

- Jestem niewinna! Nawet mnie tam nie było! - dalej się broniła policjantka.

- To już słyszeliśmy. - odpowiedział Gryzoli z złośliwie się uśmiechając. - To boli, gdy jeden z twoich okazuje się być nie teges. Znasz ten ból. - zwrócił się do lisa.

- I to jeszcze jak. - spojrzał ku zapuszkowanej króliczki – Ale nie wierzę, by była winna.

- Możesz nie wierzyć, ale dowody mówią same przez siebie.

- Jakie dowody? - dopytywał się Nick.

- Nagrania, zeznania świadków, a jeden to nawet mówił, że osobiście się mu przedstawiła. - wyliczał.

- Jak dla mnie to bzdura! - oburzył się lis. - I Bogo tak po prostu w to uwierzył?

- Opierał się temu, ale dowody wskazują jednoznacznie, że nasz króliczek lubi sobie postrzelać. - zaśmiał się szyderczo.

- Przeginasz chłopie! - zawarczał rudzielec. - Jedźmy lepiej na posterunek, bo zaraz zrobię coś czego będę żałował.

Policjanci po spełnionym obowiązku ruszyli na komisariat. Nick zabrał się w jednym z radiowozów. Musiał przyznać, że to wszystko było logiczne, aż zbyt logiczne i zbyt proste. Wątpił w to, że króliczka mogłaby kogokolwiek zastrzelić. Postrzelić to jeszcze, ale posunąć się tak daleko. Nie, to nie możliwe. Choć może jednak. Rozmyślając nie spostrzegł się nawet, że już dojechali na miejsce. Udał się z resztą eskorty do budynku po czym nie odrywając od nich i jego partnerki wzroku podszedł do siedzącego jak zwykle przy recepcji Pazuriana.

- To się porobiło. - oznajmił gepard na wstępie.

- A żebyś wiedział. - odpowiedział lis.

- Czemu ją aresztowali? - spytał dyspozytor, który tym razem o dziwo nie opychał się pączkami.

Nick poczekał, aż eskorta Judy zniknie za filarem, po czym zwrócił wzrok na wielkiego kota.

- Słyszałeś o tym co miało miejsce wczoraj w kompleksie „Expressu”, co nie? - zaczął tłumaczyć.

- Oczywiście. Jak chyba każdy.

- Wyobraź sobie, że wszystko wskazuje na to, iż katem tego reportera miała być Judy.

- Coś ty? - nie dowierzał Pazurian. - I mają na to dowody?

- Tak jak wspominałem. Wszystko na nią wskazuję.

- A ty w to raczej nie wierzysz.

- Żebyś wiedział. - potwierdził – To niemożliwe i od razu mówię, że tak tego nie zostawię.

- Słusznie! - zgodził się z nim gepard. - Więc co zamierzasz?

- Jeszcze zobaczysz. - teraz jakby sobie o czymś przypomniał. - Hej! Dziś bez pączka.

- No wiesz czasem trzeba zrobić dzień przerwy od tego co się lubi. - zmieszał się.

- Ta, a tak naprawdę. - nie dał się przekonać lis.

- A tak naprawdę zalecenia lekarskie. Muszę ograniczyć te... słodkie... pachnące... - gepard odpłynął na chwilę – pączki.

- Grunt to zdrowie. - zaśmiał się Nick. - Czyli teraz zamiast pączków masz jogurty i zestaw ćwiczeń.

- No niestety. - rzekł nieco zasmucony.

- Spokojnie. Jeszcze sobie podjesz.

Zaśmiali się obaj po czym Nick ruszył niby do swojego biurka, ale po chwili skręcił i moment później stał już przed drzwiami biura komendanta. Zapukał po czym wszedł do środka.

- Panie komendancie! Jaki piękny dziś dzień! - oznajmił z uśmiechem na wstępie.

- Słucham Bajer. Czego chcesz. - rzekł bawół.

- Rozumiem tą stanowczość. Na pewno dodaje panu powagi, ale skąd przypuszczenie, że od razu czegoś chce. - wskazał na siebie robiąc minę niewiniątka.

Komendant spojrzał tylko na niego podejrzliwym aa zarazem dość sugestywnym wzrokiem.

- OK. Ma pan rację. Jak mogłem myśleć, że przechytrzę kogoś takiego jak pan. - mówił to tonem w którym jeden rozpoznałby sarkazm, a inni podlizywanie się.

- Ty Bajer mi tutaj nie cukruj tylko gadaj zaraz o co chodzi, bo mam ważne sprawy. - rzucił asertywnie.

- Kiedy ja nie cukruję. - odparł zarzut.

- Tylko pieprzysz bez sensu. Mów zaraz, że chcesz się zająć sprawą Hopps, a nie bawisz się w takie hece.

- Więc mogę się tym zająć. - użył już zwykłego tonu.

- Nie! - powiedział bez zastanowienia.

- Ale czemu? - zdziwił się lis.

- A temu, że tu jest wszystko jasne. Dowody wskazują nie podważalnie na nią, a ratusz nie płaci nam za śledztwa, które prawdopodobnie nic nie przyniosą. - walnął pięścią w stół.

- Panu to wystarczy? - nie mógł uwierzyć Nick. - Skreśla ją pan, ponieważ tak pokazują dowody? Wierzy pan, jedna z najlepszych policjantek tak po prostu zaczęła zabijać z zimną krwią i jeszcze wpadając na kogoś ot tak się przedstawiła? Tu coś śmierdzi i ja to wiem. Hopps na pewno jest niewinna i zamierzam to udowodnić. Bez znaczenia czy komendant wyrazi na to zgodę czy też nie.

- Posłuchaj Bajer! - zawołał zdenerwowany. - Dla mnie wszystko jest jasne. Lata w policji uświadomiły, że każdy tu może być kimś innym. Sam nie mogę tego do wiadomości przyjąć, ale to wygląda jak wygląda. Sam sądziłem, że prędzej ty nam coś w tym stylu wykręcisz. Innymi słowy wracaj do raportów i sobie odpuść.

- Do wiadomości tego nie przyjmę i na pewno nie odpuszczę. - spojrzał stanowczym wzrokiem na Bogo.

- Dobrze, jeśli to cię uszczęśliwi. - wzdychnął bawół – Zrobimy tak jak z posterunkową Hopps na początku. Dostajesz dwa dni na wyjaśnienie tego, ale jeśli zawalisz oddasz blachę dzięki czemu pozbędę dwóch problemów. - powiedział tak choć sam w ten sposób nie myślał

Lis obmyślał wszystkie za i przeciw, po czym przystał na tą propozycje.

- Świetnie. Tak więc ruszaj, bo czas ucieka. - powiedział to z uśmiechem wskazującym pewność, że rudzielec zawali sprawę.

- Jeszcze jedno. - zatrzymał się Nick, gdy miał wychodzić.

- Tak.

- Chcę mieć pozwolenie na rozmowę z podejrzaną.

- Oczywiście. Coś jeszcze?

- Nie już nic. - ruszył przed siebie, a będąc w drzwiach rzekł. - Udowodnię, że Hopps jest niewinna. Bez względu na wszystko.

Po tych słowach lis zniknął, a Bogo został sam rozmyślając czy lis aby nie ma racji, jednak szybko porzucił te myśli i wrócił do swoich czynności.

 

***

 

Lis powoli wsunął się do pokoju przesłuchań w którym teraz zasiadała króliczka. W jej oczach można było zobaczyć pewnego rodzaju strach. Bajer spokojnie podszedł w jej stronę po czym usiadł w krześle naprzeciw niej.

- Myślałem, że kiedyś do tego dojdzie lecz sądziłem, iż to ja będę tym przesłuchiwanym. - zaczął z uśmiechem.

- Bardzo zabawne, wiesz? - powiedziała niepocieszona posterunkowa.

- Wiem dlatego się uśmiecham.

- Słuchaj Nick. - zaczęła poważnie. - Jestem niewinna. Możesz w to wierzyć lub nie. Ktoś mnie wrabia.

- Ja ci wierzę. - rzucił z uśmiechem.

- Ale... ? - zrobiła minę jakby czekała na ciąg dalszy.

- Ale nie ma żadnego ale. Nie wierzę w to, że mogłaś kogoś zabić. Może to wszystko ma sens, ale zbyt dużo tego sensu. To wszystko jest za proste.

- Dziękuję, że mi wierzysz. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. - jej głos wyrażał wdzięczność.

- I teraz mam dwa dni, by cię uniewinnić. - rzekł to jakby nic się działo.

- To dość mało czasu, ale i tak dziękuję, że się tym zajmiesz.

- Jak zawalę to oddam odznakę. - ciągnął dalej obojętnie.

- Czyś ty zgłupiał! - zawołała zaskoczona. - Marsz do Bogo i powiedz, że zmieniłeś zdanie.

- Jakoś masz mało wiary we mnie Karotko.

- Po pierwsze nie chce byś przeze mnie ryzykował utratę odznaki, a po drugie oceniam realistycznie, a nie nie mam wiary w ciebie.

- Po pierwsze już i tak za późno. - na te słowa posterunkowa zasłoniła sobie twarz. - A po drugie licznik tyka a my tylko gadu gadu. Więc może odpowiesz mi na prę pytań pluszaku. - powiedział to tonem nazbyt prześmiewczym.

Judy już chciała zareagować na te słowa, ale jakoś się opanowała.

- Dobra odpowiem, ale skończ nazywać pluszakiem, Marchewą i tym podobnie.

- Postaram się.

- Nick!

- Ok, ok. Dobrze już. Pytanie pierwsze. Gdzie byłaś wczoraj między wpół do szóstej a wpół do ósmej rano?

- Spałam u siebie w mieszkaniu, ciesząc się dniem wolnym od pracy.

- Masz jakiś świadków?

- Moją poduszkę. - złożyła ręce na piersiach.

- Czyli brak. Dobrze. - notował to lis. - Drugie czy znasz lub znałaś zamordowanego szopa Richarda Knoka?

- Pierwsze słyszę.

- Awersje względem szopów?

- Nie.

- Byłaś kiedyś w kompleksie „Expressu Zwierzogrodzkiego”?

- Nie mam pojęcia gdzie to jest? Poza tym nie czytam tej gazety czy czym się tam oni zajmują.

- Posługujesz się bronią palną?

- W ostateczności.

- Dobrze to raczej wszystko. - zakończył notowanie i wstał udając się w stronę wyjścia. - Spokojnie Karotko za nie całe 48 godzin znów będziesz na wolności. - powiedział z uśmiechem w drzwiach po czym puścił do niej oczko.

Będąc na zewnątrz zastanowił się dokąd iść w końcu postanowił najpierw udać się na miejsce zbrodni, choć wiedział, że będą mało chętni do współpracy. Słyszał już kiedyś co nieco o działalności szefostwa tzw. „EZ”. Zwłaszcza kiedy równie szybko co się pojawiło to również zniknęło podejrzenie o sprzyjanie pewnej grupie, która sięgała też władzy. Mimo wszystko postanowił, że jeśli chce oczyścić przyjaciółkę to musi udać się właśnie tam.

 

***

 

Dojazd do kompleksu firmy informacyjnej zajął lisowi jakiś kwadrans. Na miejscu postanowił się udać do zarządu mimo iż wiedział, że mogą go tam nie puścić. Wszedł pewnym krokiem do głównego wieżowca i od razu udał się do recepcji. Wnętrze wieżowca było dla niego jakoś dziwnie kontrastujące względem wyglądu zewnętrznego.

- Witam piękną panią! - zwrócił się z uśmiechem do siedzącej w recepcji wilczycy.

- Witam. W czym mogę panu pomóc? - odpowiedział na powitanie obojętnie.

- Chciałbym się spytać czy jest możliwość spotkania z kimś z zarządu?

- Był pan umówiony? - mówiła dalej jakby nie obecna.

- Nie, ale to powinno starczyć. - pokazał jej odznakę.

- Niestety nikogo z zarządu nie ma.

- Czy aby na pewno? - spytał podejrzliwie.

- Są, ale kazali mi mówić, że nikogo nie ma. - powiedziała od niechcenia.

- Czyli jednak są? - chciał się upewnić.

- Tak.

- To czemu mi to powiedziałaś skoro nie powinnaś?

- Nie wiem. Wisi mi to.

- OK. - nie wiedział co o tym myśleć. - A możesz mi coś powiedzieć na temat tego co miało miejsce wczoraj?

- Pewnie. - wzruszyła ramionami. - Podobno nad ranem przyszedł tu jakiś królik...

- Podobno?

- Spałam wtedy. Pracę zaczynam jakąś godzinę później.

- Rozumiem. Mów dalej.

- Zatem – mówiła dalej obojętnym tonem – przeszedł jakiś królik w policyjnym mundurze i dostając się do pokoju tego reportera po czym go zastrzelił. Niby była jakaś szamotanina, bo pokój wyglądał jak pobojowisko.

- Odgłosów walki, strzału nikt nie słyszał? - nie mógł w to uwierzyć.

- Podobno nie.

- Dziwne. - powiedział do siebie.

- Czy ja wiem. Dzięki temu można się wyspać. - ziewnęła z nudów.

- Dzięki czemu?

- Ściany są dość grube i nie przepuszczają zbyt wielu dźwięków.

- Rozumiem. Powiesz mi jeszcze czy ktoś miał styczność z tym zabójcą.

- Tylko jeden jeż. Tak przynajmniej opowiadał jeden z pracowników.

- Gdzie mogę go spotkać?

- Nie mam pojęcia. Został dziś wylany i już się zebrał.

- To niedobrze. - pomyślał sobie. - On mógł wiedzieć coś co mogło by pomóc.

- W sumie się nie dziwię. Nagrabił sobie tym artykułem.

- Masz na myśli ten artykuł. - zaakcentował słowo “ten”

- Owszem. Szefostwo bardzo się zdenerwowało.

- To zrozumiałe. Powiedz jeszcze czy są jakieś nagrania z miejsca zbrodni czy okolic.

- Oczywiście. Może pan tu podejść.

Lis stanął obok recepcjonistki. Za ladą, a właściwie pod nią znajdował się monitory na których były obrazy z wszystkich kamer. Jego interesowały te z placu i korytarza na trzecim piętrze. jednego z bloków.

- Czy umiałabyś przewinąć je do interesującej nas godziny porannej.

- Proszę bardzo. - to mówiąc przewinęła film na dwóch widokach z kamer.

Na jednym ujęciu widoczny był królik idący placem i wpadający na jednego z pracowników, którym był jeż. Widoczna godzina wskazywała 5.52. Drugi obraz wskazujący piątą trzydzieści pięć ukazywał tego samego królika kroczącego korytarzem trzeciego piętra i wchodzącego do jednego z pokoi. Wyszedł z niego po niecałych dziesięciu minutach.

- Są jakieś kamery wewnątrz mieszkań? - chciał się dowiedzieć Nick.

- Nie. Na szczęście lub nieszczęście nie ma.

- Niedobrze. - masował sobie podbródek, gdy coś mu przyszło do głowy. - A czy mogę zajść do pokoju w którym miało miejsce całe to zdarzenie?

- Nie sądzę. Zresztą i tak został nie długo po odkryciu wysprzątany więc raczej nic byś nie znalazł. - powiedziała wilczyca ponuro.

- To źle. - zastanowił się przez chwilę. - A może macie jakieś zdjęcia tego jeża lub dałoby się obraz z tej kamery jakoś przedrukować? - zakręcił łapami jak kołowrotkiem.

- Coś da się poradzić. - uśmiechnęła się pierwszy raz wilczyca.

Pogrzebała w biurku chwilę po chili wyciągając grubą teczkę. Otworzyła ją, trochę w niej wertując, aż w końcu wyciągnęła interesującą ich fotografię.

- To powinno się nadać. - wręczyła lisowi zdjęcie.

- Tak nada się wielkie dzięki za pomoc. Zwierzogrodzka policja jest dumna z pani postawy. - zasalutował jej.

- Nie ma sprawy. Przynajmniej coś się zadziało.

- Tak więc żegnam i życzę radości z pracy. - uśmiechnął się.

- Do widzenia. - pomachała mu, a potem wróciła do siedzenia w miejscu.

- Ok. Czasu jeszcze dużo. - powiedział będąc już na zewnątrz. - Skoro przeszukiwanie miejsca zbrodni nie ma sensu trzeba poszukać tego jeża.

Ruszył więc na poszukiwania świadka, który mógł pomóc w oczyszczeniu Judy z winy. Mimo ciągnących się kilka godzin „patroli”.

- Czasu coraz mniej. - spojrzał na zegarek w telefonie. - Niby jest te czterdzieści godzin jeszcze, ale trzeba się sprężać.

Zrozumiał wtedy, że to nie ma sensu i zanim znajdzie interesujące go zwierzę to czas dawno minie. Postanowił wtedy skorzystać z pomocy kogoś kogo glina raczej prosić nie powinien. Po wykonaniu szybkiego telefonu udał się na miejsce spotkania. Czekała go nie cała godzina jazdy samochodem. Jego celem była mała rodzinna knajpka na pograniczu Starej Sahary i Sawanny Głównej.

 

***

 

Bajer siedział sam w ciemnym kącie przy stoliku. Niecierpliwił się i patrząc na zegarek w telefonie marudził, że ucieka mu czas. Nie chodziło oto że może stracić posadę tylko o to by Hopps jak najszybciej wyszła na wolność. Popijając tylko kawę siedział i czekał mimo,iż było mu to bardzo nie na łapę. Chwilę później naprzeciwko niego usiadł spory niedźwiedź polarny, a za nim ustawiły się dwa kolejne. Nie czekając misiek postawił na stoliku mały fotel w którym siedziała ryjówka w garniturze. Boss wyciągnął łapkę z pierścieniem, którą lis natychmiast delikatnie ucałował.

- Mów synu co za pilna sprawa. - zaczął z włoskim akcentem mafioso.

- Doceniam to, że znalazł pan czas. - powiedział Nick. - Potrzebuję pomocy w znalezieniu jego. - podsunął zdjęcie jeża.

- A do czego? Jeśli można wiedzieć?

- Judy została niesłusznie aresztowana za zabójstwo, którego nie popełniła, a ten gość może mi powiedzieć co nieco o prawdziwym sprawcy.

- Rozumiem. - pstryknął palcami, a jeden z jego podwładnych wziął zdjęcie. - Rodziny się nie zostawia, dlatego chętnie udzielę ci swej pomocy.

- Dziękuję. Zostało mi jeszcze jakieś 38 godzin na rozwiązanie tej sprawy, więc nie muszę mówić, że zależy mi na czasie.

- Spokojnie Nicky. - mówił bezstresowo. - Godzina. Góra dwie i będziesz miał tu swojego jeża.

- To dobrze. - powiedział po czym wziął łyka kawy. - A właściwie czemu się tutaj spotykamy?

- Ponieważ miałem pewne sprawy do załatwienia, a tu było po drodze.

- Rozumiem. - dopił swoją kawę. - Kiedy ruszą poszukiwania.

- Już się zaczęły. - powiedział to nad wyraz spokojnie. - Za godzinę twój świadek będzie czekał w mojej kryjówce. My tam się udamy za chwilę.

- A to ponieważ? - nie wiedział co o tym myśleć.

- Ponieważ jestem głodny, a tu robią najlepsze cannoli w mieście. - uśmiechnął się.

Po zjedzeniu tego deseru wszyscy udali się w drogę do kryjówki Pana Be w Tundrówce, gdzie według zapewnień ryjówki miał już czekać na nich interesujący ich jeż.

 

***

 

George chodził po Śródmieściu nie wiedząc co z sobą zrobić. Cieszyło go to co zrobił, ale z drugiej stracił pracę i mieszkanie. Ta sytuacja mogła być nieprzyjemna. W pewnym momencie znalazł się pod jakimś pubem. Nie mając nic innego do roboty postanowił do niego wstąpić. Zrezygnowany usiadł przy barze.

- Coś podać? - zapytał barman nietoperz.

- Im mocniejsze tym lepiej. - odparł.

- Widzę ciężki dzień. - powiedział wybierając coś wśród butelek i nalewając do szklanki.

- A żebyś wiedział. Jedna decyzja, a tyle przykrych konsekwencji. - oparł głowę na łapkach.

- Tak w życiu bywa. - rzekł podsuwając szklankę. - Popełniamy błędy często o tym nie myśląc, a potem ich żałujemy.

- Tylko czy było warto? - wlał w siebie jednym duszkiem całą zawartość.

- A było? - zapytał wycierając kolejne kieliszki i inne szkła.

- Z jednej strony tak, a z drugiej mogłem sobie chyba darować.

- To czemu tego nie zrobiłeś.

- Sam nie wiem. Byłem wściekły. Nie panowałem nad tym co robię. - spojrzał w twarz nietoperza.

- I tak to jest. Podchodzimy do czegoś nazbyt impulsywnie nie myśląc do czego to może się przyczynić, a potem to się kończy jak się kończy. - podsunął mu kolejnego drinka.

- Coś w tym jest. - George patrzył do wnętrza szklanki jak do zaczarowanej studni.

- Teraz się ciebie skojarzyłem. - puknął się w głowę. - Ty jesteś tym jeżem od artykułu, który się pojawił dziś rano. Muszę przyznać ostro pojechałeś po „EZ”. Nie dziwię się, że ich to wnerwiło.

- Czyli to czytałeś? - znów spojrzał na barmana.

- Właściwie to słuchałem. Dużo zwierzaków tu przychodzi i czyta różne artykuły na głos.

- A jak mnie skojarzyłeś?

- Wiesz w paru miejscach pokazują twoje zdjęcie mówiąc o tym co napisałeś.

- To się porobiło. - jego wzrok znów powędrował do szklanki.

- I to jak, ale jeśli mnie pytać to słusznie postąpiłeś..

- Dzięki. - i po raz drugi wlał w siebie zawartość szklanki. - A nie wiesz może gdzie mógłbym znaleźć jakąś robotę.

- Poczekaj chwilę. Może coś znajdę. - nietoperz zniknął na zapleczu.

W tej samej chwili do lokalu weszły dwa spore niedźwiedzie polarne ubrane w czarne dresy. Pokazywały klientom jakąś kartkę, pewnie z fotografią. Von Stecken się tym nie przejął czekając aż barman wróci. Po chwili jeden z klientów pubu wskazał na ladę i siedzącego przy niej jeża mówiąc.

- Tam chyba siedzi.

Na te słowa George się obrócił i zobaczył jak kroczą w jego kierunku. Stojąc przed nim jeden spojrzał na zdjęcie i porównał je z osobnikiem na stołku.

- To on. Bierz go. - zwrócił się basowym tonem do swojego kolegi.

Ten nic nie powiedział tylko skinął głową i wziął się za George'a. Mimo początkowych oporów jeż zdał sobie sprawę, że to bez sensu. Ostatnie co zobaczył wychodząc to zdumiony wyraz twarzy barmana, który wychodził z zaplecza z jakąś gazetą. Potem na ulicy miśki wpakowały go do jakiegoś czarnego wozu założyły na głowę worek, a on tylko poczuł jak wóz rusza z miejsca.

 

***

 

Lis przechadzał się niespokojnie po gabinecie mafijnego bossa. Z każdą sekundą uciekał mu czas, choć miał go jeszcze sporo.

- Spokojnie Nicky! - rzekł Pan Be – Zobaczysz, już nie długo przywiozą tego jeża.

- To dobrze, ale co potem? - zastanawiał się. - To też nie jest powiedziane, że powie coś nowego.

- Będzie dobrze! - próbował go uspokoić. - Ta praca w policji zrobiła z ciebie jakiegoś nerwusa. Zmieniła cię.

- Wątpię. Choć... może trochę. Kiedyś to było wszystko łatwiejsze.

- Tatusiu! - rozległ się donośny żeński głos. - Jesteś już?!

- Tak kochanie. - odparł ochrypłym głosem.

- To dobrze, bo wnuczka się za tobą stęskniła!

Chwilę później obok bossa pojawiła się Fru Fru ze swoim skarbem. Córeczka tatusia od razu zauważyła lisa.

- U. Cześć! - przywitała się z uśmiechem.

- Cześć! - pomachał jej.

- A gdzie się podziała Judy? - zapytała a jej córeczka usiadła na kolanach swojego dziadka.

- W areszcie.

- Ojej! - zawołała zszokowana ryjówka. - A co się stało?!

- Tak więc...

Zaczął, ale nie zdołał dokończyć, ponieważ do środka weszły dwa sługusy Pana Be.

- Mamy go! - oznajmił jeden, a drugi wprowadził jeża po czym ściągnął mu worek z głowy.

- Gdzie ja jestem? - rozglądał się wokół George.

- W tym momencie to mało istotne. - rzucił Nick w którym utknął wzrok jeża.

- Kochanie! - zwrócił się Pan Be do Fru Fru. - Weź stąd Judy i idźcie może na spacer.

Żeńskie ryjówki wyszły dzięki czemu Nick i boss mogli w spokoju przesłuchać jeża.

- Tak, więc panie... - zaczął lis.

- George. George von Stecken.

- Tak więc panie von Stecken. - kontynuował Bajer. - Mamy do pana kilka pytań i od pana zależy czy to załatwimy na spokojnie czy nie miło.

- Uwierz mi chłopcze to nic takiego. - powiedział Pan Be. - odpowiesz i cię puścimy.

- D-d-dobrze. - za jąkał się jeż.

Mimo wszystko był przerażony. Przecież nie co dzień zostaje ssię porwanym w środku dnia przez szefa mafii.

- Proszę opowiedz mi co wiesz o wydarzeniach dnia wczorajszego. - powiedział spokojnie lis.

- A więc wiem tylko, że ktoś zastrzelił jednego z reporterów. Posłał mu trzy strzały. - to mówiąc wskazał na sobie w jakie miejsca. - Tym kimś był królik. Szarak. Przedstamiła mi się jako Judy Hopps.

- Czyli spotkałeś ją osobiście? - dopytywał Nick

- Owszem. - spojrzał jeż na stojących po obu jego stronach sługusów.

- Jak wyglądała? Chodzi konkretnie o twarz, bo wiemy, że nosiła mundur.

- Z tego co pamiętam miała fioletowe oczy, a pod jednym z nich mały pieprzyk.

Zaciekawiło to lisa, który nie przypominał sobie by jego partnerka miała coś takiego.

- Coś jeszcze?

- Niech pomyślę. - zastanawiał się przez chwilę patrząc w sufit. - Nos koloru ciemno różowego, właściwie to można nazwać fioletowym.

- I przedstawiła się jako... - zaczął Nick.

- Judy Hopps. Tak. - dokończył George.

- A może zauważyłeś czy miała przy sobie jakąś broń? - dopytywał się Bajer.

- Nie zauważyłem. Zresztą nie patrzyłem za tym.

- Rozumiem. To raczej wszystko. Chyba, że pan ma coś do powiedzenia. - skierował te słowa do Pana Be.

- Tak. - uśmiechnął się. - Plan Be!

- Co? - nie rozumiał jeż.

- CO?! - zszokowało to lisa.

- He he. - zaśmiała się ryjówka. - Tylko żartowałem.

Nickowi zrobiło się lżej po czym razem z mafiosem i jego świtą zaczął się śmiać. Tylko von Stecken nic z tego nie rozumiał.

- Jaki Plan Be? O co chodzi? - myślał.

Po paru minutach śmiechu ryjówka pstryknęła palcami i wskazała na drzwi. Jego obstawa od razu zrozumiała. Ponownie założyła gościowi worek na głowę i wynieśli go z zamiarem odstawienia gdzieś w Śródmieściu.

- Na mnie chyba też już pora. - oznajmił Nick. - Zostało jeszcze jakieś trzydzieści dwie godziny, więc muszę się spieszyć.

- I co zamierzasz? - spytał Pan Be dociekliwie.

- Nie wiem. Jakiś pomysł.

- Słuchaj synu. - poruszył się w fotelu. -Czas cię może goni, ale zmęczenie też dopada. Prześpij się trochę u nas, a jutro coś razem wymyślimy. Obgadamy to co już mamy i ruszymy do przodu.

Nick chciał oponować, ale boss nie chciał o tym słyszeć. Choć wiedział jak zależy lisowi na czasie to uważał, że obopólną korzyść przyniesie jeśli chwilę odpocznie i jutro z rana ruszy dalej. W końcu Bajer się zgodził i po rozmowie z mafiosem oraz zabawą córką Fru Fru poszedł spać rozmyślając co dalej.

 

***

 

Następnego dnia okazało się, że jak to zwykle bywa starsi mają rację i ta chwila oddechu pozwoliła podejść do całej sprawy z nowymi pokładami energii. Po śniadaniu Nick razem z Panem Be usiedli w gabinecie tego drugiego i zaczęli się zastanawiać co teraz.

- Teraz jestem pewny na sto procent, że Judy jest niewinna. - zaczął Bajer. - Pytanie brzmi: Jak znaleźć prawdziwą sprawczynię.

- Mogę skorzystać ze swych wpływów i dowiedzieć się z kim mamy do czynienia.

- Brzmi dobrze, tylko że to jednak zajmie trochę czasu.

- Mając sam wygląd, chłopcze też dużo nie zdziałasz. Musiałbyś sprawdzić każdego królika w mieście, a obaj wiemy,że to mało prawdopodobne, że ci się uda.

Do gabinetu weszła Fru Fru przynosząc ojcu herbatę.

- O czym tak rozmawiacie?

Nick wyłożył jej pokrótce całą sprawę, której nie zdołał jej opowiedzieć wczoraj. Ta tylko słuchając kiwała głową.

- Widziałam kogoś takiego wczoraj w trakcie wczorajszego spaceru. - oznajmiła.

- Poważnie? - nie dowierzał lis.

- Tak. - pokiwała głową. - Na początku sądziłam, że to Judy, ale gdy znalazłam się bliżej niej dostrzegłam, że wygląda nieco inaczej.

- Czyli podejrzana ukrywa się w Tundrówce. - masował sobie podbródek.

- Bym nawet powiedziała, że tu mieszka, bo weszła do jednego z domów i chyba tam pozostała. Podam ci od razu adres.

Ryjówka podała adres interesujący lisa, a ten go zanotował.

- Wielkie dzięki.

- Nie ma sprawy. - uśmiechnęła się pogodnie. - Tylko po wszystkim odwiedźcie nas razem z Judy.

- Oczywiście! - na pysku lisa zagościł uśmiech. - Cóż na mnie rzeczywiście nadszedł czas. Jeszcze raz dziękuję za wszystko i do widzenia. - wręcz podskakując z jednej łapy na drugą wyszedł.

Nick długo nie szukał samochodu i wsiadłszy do niego ruszył pod wskazany adres. Długo go nie szukał. Znajdował się pod nim mały domek parterowy, który jak każdy budynek w tej dzielnicy był białej barwy. Od frontu widać było po dwa okna po każdej ze stron od drzwi, które były barwy jak wszystko wokół, a prowadziły do nich schody. Na skrzynce pocztowej przed domem widniało nazwisko Ząbkowski. Z listu który z niej wystawał wyczytać można było, iż właścicielką jest nijaka Marta Ząbkowska. Co przykuło uwagę lisa w liście to znajome pismo, ale jakoś to zlekceważył. Nie zważając na podejrzenia podszedł do drzwi i zadzwonił dzwonkiem. Po chwili otworzyła króliczka, która jednak różniła się od opisu jeża czy ryjówki. Miała czarne futro z białymi wyjątkami przy pyszczku i oczach koloru czerwonego. Jedyne co ją upodabniało to pieprzyk i ciemno różowy, a wręcz fioletowy nos. Ubrana zaś była w całości na beżowo.

- Witam. Posterunkowy Nick Bajer. - zaczął lis. - Chciałbym zadać pani parę pytań. - widząc zdziwioną minę uszatej spytał. - Pani Marta Ząbkowska, tak? Dobrze trafiłem?

Po chwili milczenia wywołanym jakby szokiem odpowiedziała.

- Eee.. Tak to ja. - wykonała zapraszający gest. - Proszę wejść.

Lis skorzystał z okazji i wszedł do środka rozglądając się wokół. W pewnym momencie coś przykuło jego uwagę. Były to elementy policyjnego munduru i inne podejrzane rzeczy wysuwające się z jednej z szaf w pokoju, którego drzwi były uchylone. W zbudziło to większe podejrzenia lisa, jednak na razie postanowił się z tym nie zdradzać. Pani domu natomiast patrzyła na swojego gościa wręcz przerażonym wzrokiem, który ukrywała jak tylko Bajer się do niej odwracał, gdy nie patrzył szybko to co zapomniała schować wkładała do szuflad i innych „skrytek”. W końcu zaproponowała.

- Może rozgości się pan w kuchni. Obgadamy wszystko przy herbacie. - rzekła z podejrzanym uśmiechem.

- Bardzo chętnie. - spojrzał na nią nieufnie.

- Tędy. - wskazała drogę i poprowadziła Nicka.

Gdy już usiadł przy stole gospodyni zaczęła się nerwowo krzątać w kuchni przygotowując napar i mrucząc coś pod nosem.

- Muszę przyznać, że ładnie pani mieszka. - powiedział Bajer „podziwiając” pomieszczenie w którym siedział.

- Bardzo dziękuje! - rzekła zmierzając do niego z napojem.

- Czym pani się zajmuje?

- A tak pracuję dorywczo... przy... różnych...zlecaniach. - nerwowo zachichotała.

- Czemu pani taki niespokojna? Stała się coś? - zapytał pociągając łyk herbaty.

- Po prostu nigdy się nie spodziewałam, że zagości u mnie policja. Jest jakiś konkretny cel tej wizyty?

- To się okażę. - rzekł odstawiając kubek. - Nie spodziewałaś się takiego gościa, a więc po co ci mundur funkcjonariusza?

Króliczka nic nie odpowiedziała. Siedziała tylko czekając jakby na coś. Chwilę później Nick poczuł się dziwnie zmęczony. Chwycił się za głowę, a po chwili opadł na podłogę pogrążony w śnie. Marta korzystając z okazji z szyderczym uśmiechem przebrała się i wymknęła z domu odjeżdżając samochodem w kierunku Śródmieścia. Bajer natomiast pozostał ogarnięty błogim snem na środku kuchni.

 

***

 

Nick obudził się wieczorem. Wskazywało na to słońce za oknem no i zegarek wskazujący już około dziesięć minut po osiemnastej.

- Niech to szlag! - był zły na siebie. - Mogłem to przewidzieć. Co teraz?

Usiadł na podłodze i zaczął rozmyślać. Wiedział, że trzeba się śpieszyć.

- Trzeba się ruszyć, bo siedzeniem samym nic nie zdziałam.

Podniósł się i ruszył ku wyjściu. W drzwiach się rozejrzał po ulicy szukając jakiś wskazówek, gdzie mogła się udać. Zszedł po schodach i zatrzymał się znów przy pocztowej skrzynce, gdzie ponownie spostrzegł list zaadresowany do jego niedoszłej gospodyni. Znajome pismo któremu tym razem dokładniej się przyjrzał skłoniło go do otworzenia cudzej własności, gdy przeczytał jego zawartość już wiedział wszystko. To co miało miejsce i to gdzie się udała Ząbkowska. Wsiadł do samochodu, którego na szczęście nikt nie ruszał, choć przysypała go cienka warstwa śniegu w niektórych miejscach co mogło świadczyć, iż dzieci się przy nim bawiły. Nie tracąc czasu ruszył z miejsca pod adres, który był zawarty w liście. Oczywiście istniała możliwość, że nic tam nie będzie, ale to jednak było jedyne co miał. W pewnym momencie zadzwonił telefon Nick. Po krótkich poszukiwaniach w kieszeniach lis odebrał.

- Słucham. - powiedział zniecierpliwiony.

- Bajer! Gdzieś się zapadł? - rozległ się donośny głos komendanta.

- Tego brakowało. - powiedział cicho do siebie, po czym zwrócił się do dzwoniącego. - Aktualnie w Tundrówce, ale zmierzam do Sawanny Głównej.

- Po coś tam polazł! - gotował się bawół.

- Po to by coś znaleźć! - zaczął wyjaśniać. - Szef wybaczy, ale nie mam ani czasu, ani ochoty na rozmowy. Spieszę się.

- Słuchaj! Pamię... - w tym momencie lis się rozłączył po czym przyśpieszył.

Docisnął pedał gazu, by znaleźć się jak najszybciej poza Tundrówką lecz w pewnym momencie ktoś wtargnął na jezdnie, a Nick by go nie potrącić gwałtownie skręcić tracąc panowanie nad pojazdem i wpadając w niekontrolowany poślizg. Obijając okoliczne latarnie i ogrodzenia wóz zatrzymał się w końcu na jednym z niewielu drzew. Nick wyszedł z wraku obolały.

- No! Tego raczej ubezpieczenie nie pokryję. - zaśmiał się patrząc na zdezelowany pojazd.

Po chwili jednak odzyskał powagę. Miał przed sobą spory kawałek do przebycia, a na domiar złego jedną łapę w nie najlepszym stanie.

- Chyba ktoś mnie nie lubi tam na górze. Ciężkie czasy – wyciągnął telefon – wymagają pewnych działań. - po tych słowach znalazł na liście kontaktów interesującą go personę.

Po chwili w głośniku rozległ się ochrypły, gruby głos.

- Czego? - oznajmił na wstępie.

- Finnick! - zawołał głosem pełnym radości. - Wiesz jak cię uwielbiam?

- Ostatnio jakoś nie. - odpowiedział ponuro. - Mów czego chcesz?

- Potrzebuję podwózki. - rzucił pogodnie.

- A co nie macie swoich?

- Mamy, ale - spojrzał na wrak – jakoś nie są w najlepszym stanie.

- Zdezelowałeś wóz? - zaczął wyć ze śmiechu fenek. - Z ciebie to mistrz kierownicy.

Reakcja Nicka na te słowa przypominała tą, gdy Judy p raz pierwszy zmusiła go do pomocy w śledztwie.

- Pomożesz czy nie?! - rzucił bez ochoty na śmiech.

- Jasne, jasne. - powiedział ciągle się śmiejąc. - Gdzie cię znajdę?

- Tundrówka. Ulica Lodowa. Mniej więcej połowa.

- OK. Już jadę. - rozłączył się nadal chichrając.

Bajer stał tylko z założonymi łapami i patrzył na to co pozostało z samochodu.

 

***

 

Po około półtorej godziny oczekiwania w końcu w oddali ukazał się van prowadzony przez fenka. Po jakimś czasie, gdy dojechał tam gdzie czekał lis mały pyskacz wysiadł z wozu.

- No Nick popisałeś się. Niezła ścieżka destrukcji. - śmiał się patrząc na ulicę. - Jak żeś tego dokonał?

- Długo by opowiadać. Możemy ruszać?

- Jasne. Tylko jeszcze jedno.

Finnick wyciągnął telefon i zrobił zdjęcia wrakowi.

- Co ty odstawiasz?! - irytował się Bajer.

- Taki widok trzeba upamiętnić. - powiedział robiąc kolejne zdjęcie. - Będzie nowa tapeta.

Nick machnął zrezygnowany po czym wsiadł do vana. Po chwili to samo uczynił jego kumpel.

- Dokąd pana zawieźć?

- Do Sawanny Głównej. - pogrzebał chwilę w kieszeni. - Pod ten adres. - rzekł pokazując kartkę z zapisanymi danymi.

- Do tej starej ruiny? Po kiego grzyba?

- To już sprawa służbowa.

- Dobra. No to jedziemy.

Przekręcił kluczyk, ale nic się nie stało. Ponowił kilka razy próbę lecz silnik odezwał się tylko głucho.

- Co znowu? - niecierpliwił się Nick.

- Jakby to powiedzieć. Nie ma paliwa. - wzruszył ramionami.

- Ty sobie jaja robisz?! - nie wytrzymał.

- Spokojnie. Od kiedy tyś taki nerwowy?

Nick chciał coś powiedzieć, ale sobie odpuścił. Wysiadł z wozu i poszedł w sobie znanym kierunku.

- Gdzie leziesz?

- Po paliwo! - oznajmił Bajer.

Szedł tak mrucząc coś pod nosem, aż natknął się na jakąś stację. Zakupił kanister i powędrował z powrotem . Zatankował i mogli ruszać.

- Obudź mnie jak będziemy na miejscu. - powiedział układając się do snu.

- Tak po prostu. Nawet sobie nie porozmawiamy jak kiedyś.

- Może jak czas pozwoli w przyszłości.

- Od kiedy nosisz ten mundur – wskazał głową na ubiór lisa - to się zmieniłeś. Nie masz czasu na starego kumpla.

- Co ja poradzę? - usiadł zrezygnowany. - Jestem ciągle zajęty, zmęczony, a do tego ostatnio jakby wszystko się na mnie uwzięło.

- Co mianowicie? - spojrzał na Bajera kątem oka.

- Między innymi najpierw powrót Tiny, teraz sprawa z Judy.

- Więc to tak. Stary za bardzo wszystkim się przejmujesz. Znowu zresztą. - Nick spojrzał na niego zdziwiony. - Kiedyś to robiłeś wszystko po swojemu. Nie przejmowałeś się tym że za kogoś musisz odpowiadać. Tak samo przed kimś.

- Czy ja wiem?

- Ale ja wiem. Sam powiedz czemu tak się spieszysz.

- Bo jak nie ogarnę tej sprawy w ciągu najbliższych pięciu godzin, to... - przerwał i jakby go olśniło.

- No właśnie. Skończ o tym myśleć. To zabiera ci energię i jasność umysłu. - w tym momencie ich van wjechał w tunel prowadzący do Śródmieścia.

- Masz rację.

- Jak zawsze zresztą kochasiu. - zaśmiał się.

Po czym wspominając dawne czasy i opowiadając historie z nimi związane jechali dalej przed siebie. Rozmawiali także o sprawach z bliższą przeszłością i teraźniejszością.

 

***

 

- I chyba jesteśmy na miejscu. - powiedział fenek wskazując na wyrosłe jakby z podziemi ponure blokowisko z pustymi oknami

Nick spojrzał na kartkę z adresem, a potem na ulicę wokół.

- Tak to tu. - oznajmił lis. Po czym zaczął coś pisać na niej i podsunął Finnickowi. - Słuchaj! Zawieź to na komendę. Powiedz, że ja cię przesyłam i by po odczytaniu ruszyli pod wskazany adres.

- A co? Boisz się po nich zadzwonić? - zachichotał.

- Nie o to chodzi. Zrobisz to?

- Nie ma sprawy, ale pamiętasz...

- Że policja i ty się nie lubicie. - powiedział jakby znudzony. - Tak pamiętam. Pośpiesz się.

Po tych słowach Nick wysiadł z wozu przyjaciela i myśląc chwilę nad kolejnym krokiem stał patrząc na odjeżdżającego vana. W końcu, gdy ten zniknął ruszył w kierunku ponurego blokowiska. W środku było ciemno i nie zbyt przyjaźnie. Czuć było przenikliwy chłód. Nick rozglądał się dookoła próbując cokolwiek dostrzec. Nagle pomieszczenie w którym się znajdował zostało mocno rozświetlone. Bajer instynktownie osłonił sobie oczy czekając, aż przyzwyczają się do jasna.

- W końcu przyszedłeś! - oznajmił kobiecy głos. - Jak zwykle spóźniony. Spodziewałam się ciebie już parę godzin temu. - zaśmiała się podle.

- Nie no znowu ty! - oczy rudzielca przywykły już do oświetlenia, a słowa te skierował do swojej kuzynki. - Wiesz, że to już robi się nudne? - rozłożył łapy.

- Jakoś przez myśl, by mi to nie przyszło. - uśmiechnęła się szyderczo. - Jak tam twoja znajoma?

- Jakoś. - wzruszył ramionami. - Rozumiem różne plany zemsty, ale żeby taką szopkę odstawić. Skąd wytrzasnęłaś tamtego królika?

- Z ogłoszeń parafialnych. - przewróciła oczami. - Pomyśl, gdy ktoś nadepnie ci na ogon, a potem doczepia jakiś reporter gorzej jak rzep to trzeba coś z tym zrobić. Nie sądzisz? - mówiła to zbliżając się do kuzyna.

- OK a ten królik? - zapytał dla pewności.

- Na boginię. - chwyciła się za czoło. - Czepiasz się szczegółów. Stara znajoma. Lubi się podszywać pod innych i eliminować różne cele.

- Jakoś mało rozgarnięta. Była dość nerwowa, gdy ją odwiedziłem.

- Cóż! To było niespodziewane. Umiała się ukryć i nigdy się nie spodziewała, że ktoś ją nakryje, więc nie zachowała należnej czujności i tak wyszło.

- A gdzie jest teraz?

- Nie widać? Tu sobie leży. - wskazała na królika z raną postrzałową w brzuchu z której prowadziła ścieżka zeschłej krwi.

- Co?! - zszokowany Nick podbiegł do króliczki. - Jesteś psychiczna czy co?

- Cóż mogę poradzić? - powiedziała beznamiętnie. - Wykonała swoje zadanie, ale potem mnie zawiodła. Poza tym powinieneś mi być wdzięczny.

- A to czemu? - odwrócił się do Tiny.

- Uśpiła cię, słodziutki. Spotkała ją rodzinna zemsta. - zaśmiała się.

- Jak by ci zależało na tym. - rzekł ponuro. - Wkurzyło cię to,że została namierzona i mogła cię wydać.

- A tak naprawdę to przyjechała tutaj pełna wyrzutów, że to niby ja ją na ciebie nasłałam. Wskazała na to samo nazwisko. Myślała, że chce ją wkopać, by jej nie płacić.

- Po pierwsze. A to nie prawda? Po drugie. Mamy różne nazwiska.

- Właściwie to rzeczywiście nie miałam zamiaru jej płacić i wystawić glinom. Co do tego kolejnego to skąd wiesz może coś zmieniłam. Hmm... Tylko po co? - zrobiła zamyśloną minę

- Chcesz mnie oczernić powołując się na rodzinne koligacje z przestępcą.

- Jaki bystrzak! - zaklaskała ironicznie.

- A co na to twój szefulek. Raczej nie jest mu na łapę, że zamiast słuchać jego poleceń mścisz się.

- Działam niezależnie, a on to tylko taki gwarant bezpieczeństwa.

- Taka szumowina ma być gwarantem bezpieczeństwa! - zakpił sobie.

- Ciekawe czy mówiłbyś tak jakbyś wiedział kto to jest. - podeszła bliżej Nicka.

- Może się przekonamy? - zachęcił ją.

Tina znalazła się obok funkcjonariusza i wyszeptała mu na ucho pewne imię.

- Nie. To niemożliwe! NIE! - cofnął się mechanicznie.

- A jednak złociutki. Prawda bywa bolesna.

- Kłamiesz!

- Jesteś tego pewny? - uśmiechnęła się podle.

Nick rzucił się na kuzynkę przewracając ją na plecy.

- Nie bądź taki szybki. W rodzinie tak nie wypada. - zachichotała. - Nic nie poradzisz na to. Bądźmy szczerzy jesteś za miękki by mnie skrzywdzić.

- Zamknij się! - ryknął.

Chciał ją uderzyć, ale jego kuzynka miała rację, że nie potrafi tego zrobić. Zamiast tego sięgnął po kajdanki, które miał zamiar założyć Tinie.

- Wybacz, ale taka biżuteria mnie nie kręci. - po tych słowach odepchnęła Bajera od siebie. - Na serio to twoja partnerka ma więcej pewności w tym co robi niż ty. Zawsze byłeś słaby.

- A ty zawsze byłaś jędzą. - zawarczał wściekle.

- Jaki miły komplement. Już się tak nie podlizuj. - machnęła na niego udając zawstydzoną. - A powiedz jak twoja łapa. Jakoś słaby ma uścisk.

Policjant spojrzał na swoją obolałą kończynę.

- Nie twój interes! Obiecuję ci, że jeszcze dziś zadomowisz się w więziennej celi.

- Nigdy nie składaj obietnic, których dotrzymać, a najlepiej w ogóle nic nie obiecywać.

- Tak jak ty?

- Dokładnie. Wiesz co? Jesteś całkiem słodki, ale nie ma co się cackać. Chciałam sobie kupić pamiątkę ze Zwierzogrodu przed wyjazdem, ale jak widzę sama do mnie przyszła. - wyciągnęła zza pleców pistolet. - Jak wolisz po dobroci czy po złości. - zaczęła do niego celować.

- A jest jakaś różnica? - spytał ironicznie.

Lisica udawała,że się zastanawia.

- Właściwie to nie. Może jakieś ostatnie słowa.

- A myślałem, że chcesz mnie żywego.

- Jak widać czasy się zmieniają, a gdzieniegdzie futra z lisa są dość wartościowe.

Nick na te słowa się trochę przestraszył, ale postanowił tego nie pokazywać. W pewnym momencie w oddali dało się słyszeć odgłosy radiowozów i helikopterów.

- Niestety, ale chyba nie dziś. - rzekł tryumfalnie Bajer.

- Strzelić jeszcze zdążę.

- Ale oboje wiemy, że tego nie zrobisz. - uśmiechnął się.

- Masz rację. - schowała pistolet po czym podeszła do kuzyna. - Jak zwykle masz więcej szczęścia niż rozumu.

- I tak bywa. - rzucił jak gdyby nigdy nic. - Jeszcze mogę cię zakuć.

- Ale tu też wiemy, że tego nie zrobisz.

- Masz rację. Znikaj nim zdanie zmienię.

- Jeszcze coś.

Zbliżyła się do niego po czym znów coś szepnęła mu na ucho. Trochę go to zdziwiło, ale nie jak to że po tym wyznaniu go pocałowała. Później nie tracąc czasu zniknęła mu z oczu w kłębach dymu rzuconej chwilę wcześniej bomby dymnej.

Po kilku minutach do budynku weszli policjanci na czele z komendantem.

- No i co? - zapytał niemal z pogardą.

- To. - wskazał na martwego królika. - To zabójczyni Richarda Knoka. Znalazłem ją tutaj martwą. Była złodziejką tożsamości, płatną zabójczynią i tym podobne. Właśnie ona wrobiła Hopps.

Komendant patrzył to na lisa to na królika. Podziw mieszał się ze wściekłością.

- Czyli innymi słowy miałem rację i nasz króliczek zostanie oczyszczony z zarzutów.

- Oczywiście. - rzekł bawół wymuszonym uśmiechem. - A teraz mi coś wytłumaczysz na osobności. - odciągnął go na bok. - Co to ma znaczyć?! - pokazał mu zdjęcie wraku z Tundrówki.

- Eee... Zniszczenia wojenne. - uśmiechnął się zmieszany.

- Bajer! Ty mnie nie prowokuj. - był wściekły, ale się uspokoił - A zresztą pogadamy o tym jutro na komisariacie.

Bawół odwrócił się i udał do pozostałych funkcjonariuszy. Nick stojąc sam cieszył się że to wszystko się skończyło i jutro zobaczy Judy normalnie, a nie w pokoju przesłuchań.

 

***

 

Następnego dnia lis spotkał swoją partnerkę przed komendą.

- Cześć! - zaczęła Judy. - Udało ci się, ani przez chwilę w ciebie nie wątpiłam. - oznajmiła radośnie.

Nick spojrzał na nią podejrzliwym wzrokiem.

- Czyżby?

- No dobra. Może trochę. - pokazała to palcami.

Śmiejąc się weszli na posterunek. Od razu powitał ich uśmiechnięty gepard.

- Jak miło, gdy wszystko wraca do normy. - oznajmił na powitanie Pazurian. - A no tak. Nick. Szef kazał przekazać, że jak będziesz to masz się do niego udać.

- No tak. Wspominał coś wczoraj. - odpowiedział lis. - To idę.

Z uśmiechem ruszył do gabinetu Bogo, a Judy mu towarzyszyła. Jako, że bawół nie był chętny obecności świadków przy tej rozmowie to musiała zostać na korytarzu. Nick natomiast wszedł do środka i z uśmiechem usadowił się naprzeciw komendanta.

- Gratuluję rozwiązania sprawy i oczyszczenia posterunkowej Hopps z zarzutów, ale umowa to umowa.

- Co ma pan na myśli? - lis nie był pewny czy dobrze rozumie.

- Mianowicie to. Zajęło ci to 49 godzin i 26 minut.

- Wow, ale dokładność.

- Przymknij się! - zawarczał Bogo. - Dodajmy do tego skasowany samochód i szkody w Tudrówce jestem zmuszony prosić cię o zdanie odznaki.

Bajer był zszokowany. Czego jak czego, ale tego się nie spodziewał.

- Niestety spóźniłeś się, a umowa to umowa. - zakończył ponuro bawół

Lis chciał coś powiedzieć, ale wiedział, że to bez sensu i nie przekona Bogo do zmiany zdania. Odpiął tylko zrezygnowany odznakę położył na biurku i ruszył w kierunku wyjścia.

- I jeszcze jedno mam ci do powiedzenia. - powiedział komendant.

Nick się odwrócił do niego, a wtedy oślepiło go światło flesza z aparatu telefonu po czym Bogo zawołał.

- SKUCHA!

Bajer był teraz zupełnie skołowany.

- Już dawno miałem ochotę coś takiego zrobić. - zaśmiał się Bogo. - Byś widział wyraz swojego pyska. - ocierał łzy które pociekły mu ze śmiechu.

- Czyli to...

- Tak. Nie masz co się bać. Bierz odznakę nim mi się coś odwidzi i jednak cię wywalę.

Nick ponownie zawiesił „blachę” na piersi i zasalutował. Bawół zrobił to też po czym wyprosił go gestem z gabinetu.

- No i o co chodziło? - zapytała na korytarzu króliczka.

- Nic takiego. Pogratulował mi udanego śledztwa.

- To świetnie. - powiedział, gdy ruszyli w kierunku swych „biur”. - A powiedz mi jedno.

- Co takiego? - zaciekawił się lis.

- Co się stało z naszym radiowozem?

Nick tylko zachichotał nerwowo po czym gwiżdżąc oddalił się od Judy przyśpieszając kroku i wrzeszcząc.

- Ja nic nie wiem!

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Przez limit musiał podzielić na dwa. :D

 

***

 

George idąc za Wolfem wszedł do starego wieżowca, który z zewnątrz wydawał się opustoszały. Nic bardziej mylnego, ponieważ w środku tętniło życie. Wiele zwierząt różnych gatunków miało tu swój kąt.

- Czas cię oprowadzić i przedstawić komu trzeba. - oznajmił wilk.

- To znaczy?

- To znaczy komu trzeba temu trzeba, a teraz chodź i nie marudź.

Zaczęli przechodzić między kolejnymi „mieszkańcami”. Zmierzali w kierunku schodów.

- To była tak zwana najniższa warstwa. Na różne posyłki i drobne zadania. Działają jako... wsparcie. Tak to nazwijmy. - powiedział Wolf.

- A my zmierzamy?

- Wyżej. Pokaże ci co i jak. Winda nie jest polecana. Ma jakieś defekty.

Zaczęli wspinać się po schodach, aż doszli na piętro. Nie zatrzymując się szli dalej.

- Na pierwszym i drugim piętrze znajdują się ci którzy już coś osiągnęli. Jak widzisz jest ich dość mało - wskazał na „tłum” - ale mają nieco więcej do zaoferowania. Może jesteś nowy, ale jest duże prawdopodobieństwo że wylądujesz w dwójce. Ten artykuł jednak nie był byle czym. Jest w pewnym sensie jakimś ociągnięciem.

- Rozumiem, a ile jest pięter tak zajętych?

- Pięć jeśli dobrze pamiętam. - stanęli na chwilę. - Trójka to dla tych co umieją zając się jakimś przemytem. Mają spore zaufanie szefa. Czwórka to taka jakby służba i grono bardzo bliskich współpracowników, którzy mają już kontakt z bossem regularny. Są tam werbownicy tacy jak ja. Piątka to właściwie elita. Chłopcy i dziewczęta od czarnej roboty, więc jeśli nawiniesz się czymś im lub co gorsza szefowi to już po tobie. A no tak a szóstka to sam ojciec i jego najbliżsi i najbardziej zaufani. By tam się dostać to trzeba się natrudzić.

- Rozumiem,że idziemy na samą górę. Czy jak?

- Tak dobrze to nie ma. - pokręcił głową Wolf. - Teraz poznasz kilku dzięki którym zdołasz tutaj przeżyć. Uwierz, że lepiej takich znać i nie narażać się tym co są wyżej niż ty. Im wszystko może wpaść do głowy. Wszystko jasne?

- Oczywiście.

- To chodź.

Wolf poprowadził jeża na czwarte piętro, które w jego opinii było najprzyjemniej udekorowane. Coś w tym było, bo stare żyrandole jeszcze dawały światło, ściany i zdobiące je tapety były w bardzo dobrym stanie, natomiast czerwony dywan wyglądał jak nowy. Wilk przedstawił George'a kilku znajomym, którzy powiedzieli dokładniej jak to tu wygląda i oferowali się, że jak by czegoś potrzebował to się krępował. Oni wszystko załatwią. Po zapoznaniu von Stecken razem z Wolfem wrócili na drugie piętro, gdzie to od tej pory miał mieszkać jeż. W ten sposób zaczął całkiem nowy rozdział w swoim życiu.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Ciekawie się to wszystko potoczyło, czekam na więcej. Dziękuje za dedykacje, ale mogę mieć pytanie jaki konkretnie pomysł podsunołem?

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Przeczytałem całość. Ogólnie jest bardzo dobrze; najbardziej podobały mi się chyba rozdziały drugi i czwarty. Odnośnie piątego: czy oni naprawdę byli skłonni tak łatwo uwierzyć, że to Judy jest winna? Przecież nie miała nawet motywu i nigdy wcześniej niczego takiego nie robiła.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Widzisz tak to bywa. Czasem z dowodami się nie dyskutuje i od razu stawia krzyżyk.

Co do Brinda to powiem że w trakcie dyskusji na SB wpadło mi do głowy parę pomysłów i muszę przyznać, że głównie dzięki wam dwóm (burmistrzowi, inkwizytorowi) :D

Miło wiedzieć, że ktoś to czyta :D

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jakież to pomysły ci panowie podsunęli? A zresztą, dowiem się w kolejnej części. Btw. kiedy premiera?

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

A choćby z morderstwem i wkopaniem Judy.

Co do kolejnej części to zależne od tego kiedy rozplanuje pomysł. Jestem też otwarty na czyjeś pomysły (można je podsyłać na na PW)

Jakbym miał wskazać to pewnie pierwsze tygodnie września. :D

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Bo zuu wszystkiego można się spodziewać ;)

Fajne się to rozwija czekam na nexty :). I oczywiście dziękuję za dedykejszyn

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Każdy ma swoją wizję i według niej tworzy.

A i dzięki ci kapłanie za pomysł. Kiedyś go wykorzystam i dodam ci dedykację. :D

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz