Polineks

Polineksowa twórczość fanfikowa

68 postów w tym temacie

Kurczę, w sumie mogłem wykorzystać tę bombę w Game of FGZ. Będę musiał wymyślić coś innego.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

To ją wykorzystaj. Co ci szkodzi. To twój pomysł, a to może być bardzo ciekawe. Sam u siebie mniej więcej więc co zrobię z bombką. MUAHAHA

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jak uważasz. Mimo wszystko dzięki za pomysł. Już mam plan jak to będzie wyglądać.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

To niech da u siebie.

Może miasta nie rozwali ale coś już mi w głowie kiełkuje :D

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Zobaczy się jak to będzie. Ale to i tak gdzieś koło dziesiątego rozdziału dopiero.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Dopiero w dziesiątym i w dodatku nie zniszczy miasta? Znowu smuteczek.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Mam trochę tego w planach, a wszystkiego nie da się naraz upchnąć. Miasta głównego może nie rozwali, a co z pomniejszymi ;)

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Tego już zdradzać nie będę. I-v-I

Przynajmniej jedno miasto u mnie zrobi papa.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Po prawie 3 trzech miesiącach przerwy prezentuję wam rozdział szósty.

Od razu chcę podziękować LisowiPustyni, który niestety nie jest tu userem, bo dzięki niemu zdecydował się ruszyć dalej.

Jak i oczywiście dziękuję wszystkim czytelnikom forum, którzy czytują moje wypociny.

Życzę miłej lektury. Niech Zuo będzie z wami.

 

Sprawa VI – Kapitan Żbik

 

 

Ciemnym korytarzem, ledwo oświetlonym przez słabnące blaski żarówek w lampach, podążał szary wilk. W jego głowie kotłowały się różne myśli. Z jednej strony strach, bo miał za chwilę stanąć przed obliczem swojego szefa, a nie miał zbyt dobrych informacji, z drugiej zaś strony próbował opanować się, by nie dać tego po sobie poznać. Wchodził teraz po schodach w kierunku ostatniego piętra zdezelowanego, jakby się mogło wydawać, starego wieżowca. Dotarł już do celu i stanął przed dębowymi drzwiami. Odetchnął i je pchnął.

-Słucham. - odezwał się mroczny głos.

Pokój w którym znajdował się wilk i jego szef był starym apartamentem. Teraz ciemny, oświetlony jedną lampą wiszącą na suficie, mniej więcej nad głową postaci posadowionej w fotelu. Urządzony był skromnie. Oprócz wielkiego drewnianego stołu i ustawionych wzdłuż niego foteli biurowych znajdowały się tam tylko puste donice i jakieś regały. Okna w nim jak zwykle były zasłonięte, gdyż szef nie znosił nadto oświetlonego biura. Wolał w ciszy, i spokojnej ciemności rozmyślać.

Szary wilk zastanawiał się około pół minuty jak przekazać wieści. Mimo tak krótkiego czasu oczekiwania, szef i tak był poirytowany zwłoką.

-Chciałeś czegoś! - w jego głosie było słychać złość

-T-tak. - za jąkał się - Otóż mam wiadomości z Tundrówki.

-Z Tundrówki mówisz. - jego głos znów był spokojniejszy. - I co też takiego mi przynosisz.

-Otóż. Niestety... - po tym słowie słychać było pomruk niezadowolenia - ...się nie zgodził. Uznał, że nie ma w tym żadnego interesu dla niego.

Nastała niezręczna cisza. Wilk wiedział, że to zwiastuje burzę. Przeszedł go dreszcz, czekał tylko na rozwój wypadków.

-A więc odmówił. - mówił spokojnie jego szef.

-Eee...tak. - nie był pewien czy powinien to potwierdzać.

Fotel się obrócił, a oczom wilka ukazał się jeż, który był jego szefem.

-Czyli mam rozumieć, że zawiedliście? - czuć było, że zaraz się może unieść.

-Wie szef, nie powiedziałbym...

-Wolf! Rozumiesz co to oznacza? - ton głosu jeża zaczynał być agresywny.

-Że...

-Że otacza mnie banda idiotów, która nie potrafi przekonać zwykłego, parszywego kreta do przyłączenia się do naszej sprawy! - gniew w jego głosie był coraz donośniejszy.

-Ale to ryjówka. - wtrącił nieśmiało Wolf.

-Coś ty powiedział? - na pyszczku jeża malowała się furia.

-Nic. Już nic. - odparł ulegle.

Jeż patrzył na niego wściekle, ale po jakimś czasie się uspokoił, po czym powiedział.

-Tak więc. Skoro nie chce po dobroci, to niech będzie po złości.

-A to oznacza? - zapytał niepewnie szary.

-Wolf nie musisz udawać debila. Obaj wiemy, że nim nie jesteś.

-Akcja „Las Padas”?

-Dokładnie. - po raz pierwszy się uśmiechnął. - Ten stary kretyn pożałuje, że odmówił. - spojrzał na wilka. - Kto jest dla niego w życiu najważniejszy?

-Wydaje się, że jego córka i wnuczka. - rzekł Wolf po zastanowieniu się.

-Doskonale! - zacierał łapy jeż. - Wolf! Zbierzesz dwóch najbardziej zaufanych i przeprowadźcie akcję „Las Padas” w Tundrówce.

-A jak to nic nie da? - dopytał niepewnie.

-Da, da. Ale, jeśli jakimś cudem nie da, to wyślemy mu kawałeczek na pamiątkę. - zaczął się złowieszczo śmiać.

Wilk słysząc ten śmiech, wzdrygnął się. Wiedział, że to nie przelewki.

-Na co się gapisz? - zapytał jeż, gdy skończył się diabolicznie śmiać. - Rusz swój opasły zad i do roboty. Tundrówka sama się nie zdobędzie.

Wilk ukłonił się po czym wyszedł, zostawiając jeża samego w jego biurze.

-Mały kroczek w kierunku zajęcia miasta, a jak może cieszyć. - mówił sam do siebie. - Oby tylko tego nie sknocili, jak na Starej Saharze. Nie potrzeba nam znowu ZPD na ogonie.

Zastanowił się chwilę. Po czym wyciągnął z jednej szuflady telefon komórkowy z którego zadzwonił do jednego ze wspólników.

-Słuchaj! Jest sprawa, a ty nadajesz się idealnie. Przyjedź najszybciej jak się da. Ugadamy to u mnie.

Porozmawiał jeszcze chwilę, po czym zadowolony się rozłączył i oparł na stole.

Niedługo się zacznie. Zwierzogród już nigdy nie będzie taki sam. - po czym zaczął się złowieszczo śmiać.

 

 

***

 

 

Judy w skupienia siedziała przed komputerem załatwiając kolejne „sprawy papierkowe”.

-Jak ja tego nie cierpię – pomyślała.

Wiedziała jednak, że samo to się nie zrobi. Nagle na jej głowę posypały się kolorowe skrawki papierków. Odruchowo zrzuciła je łapką z głowy, po czym odwróciła się ku sprawcy tego „występku”. Był nim Nick, który stał tak ze swoim uśmiechem trzymając w jednej łapie paczuszkę.

-Wszystkiego najlepszego, Ma... znaczy Judy. - oznajmił radośnie.

-O jak miło. - uradowała się króliczka, by potem szybko zmienić wyraz pyszczka. - Ale dwie sprawy.

-Taak. - Nick przybliżył się do niej, a ich spojrzenia znajdowały się na tej samej wysokości.

-Po pierwsze nasyfiłeś na biurku.

-E tam. - machnął łapą Nick. - Posprząta się. A druga.

-A druga jest tak, że urodziny miałam wczoraj. - chwyciła się pod boki.

-Niby tak. - zachichotał lis. - Ale zawsze lepiej późno niż wcale. Poza tym jest jeszcze coś co miało miejsce dokładnie pół roku temu.

-Mianowicie. - Judy uniosła jedną brew.

-Mianowicie, twój pierwszy pobyt w celi, kiciu. - zaśmiał się. - Powiedz. Jakie to uczucie. - ustawił się w pozie mówiącej „słucham z zainteresowaniem”.

-Mieliśmy do tego nie wracać. Było minęło.

-Ej no nie bądź taka. - uśmiechnął się nonszalancko. - Kiedyś musisz mi to opowiedzieć.

-Jasne. Kiedyś mu... - nie dokończyła, bo...

-BAAAAAJEEEEER!

Doniosły wrzask komendanta zakłócił pozorny spokój komisariatu. Właściwie to odkąd Nick zaczął tu pracować ciężko było znaleźć dzień, w którym Bogo nie wołał go do siebie na dywanik. Mimo wszystko wszyscy mieli wrażenie, że obaj mają z tego wiele radości.

-No poważnie! - powiedziała Króliczka, jakby już znudzona. - Znowu coś nawywijałeś?

-Nie wiem o czym mówisz. - lis zrobił minę niewiniątka.

-Poważnie. To czemu Bogo znów się drze.

-A bo ja wiem. - wzruszył ramionami.

Nagle na korytarzu dało się słyszeć gromki śmiech rzeszy policjantów. Lis i królik wyjrzeli, by zobaczyć co ich tak bawi. Wszyscy stali przed jedną ze ścian na której znajdowało nie zdjęcie Bogo przebranego w sukienkę z blond peruką i który, jeśli wierzyć dymkowi, mówił „Jestem Gazella i ze mnie jest niezłe ciacho”. Widząc to, Nick odruchowo powstrzymywał śmiech, co jednak mu się nie udało i chwilę później tarzał się po podłodze ze śmiechu. Judy patrzyła na to zażenowana. Chwyciła się za głowę i tylko kręciła przecząco.

-Jak szczeniaki. Po prostu jak szczeniaki.

Chwilę później z tłumu wyszedł Bogo, który aż czerwieniał ze złości. Spojrzał na turlającego się lisa, a potem na wszystkich zebranych, którzy momentalnie się uspokoili. Ciszę tą zakłócał jedynie, wciąż śmiejący się lis. Bawół patrzył na niego wściekle po czym wykrzyczał.

-Bajer! Do mnie do gabinetu. W tej chwili.

Nick stanął na równe nogi, próbując jeszcze powstrzymać się od nawet najmniejszego uśmiechu.

-Tak jest. - zasalutował, choć niezbyt poważnie.

Gdy bawół z lisem się oddali, a cały tłum się rozszedł. Judy została i przez chwile jeszcze patrzyła na „dzieło” swego partnera. Sama zaczęła się po cichu śmiać . Stała tk kilka minut, aż obok niej pojawił się Nick. Był jak zazwyczaj uśmiechnięty.

-I jak? - zapytała.

-Co? Jak? - odparł.

-Co ci wlepił Bogo?

-To co zwykle tyle, że z dodatkiem ujęcia części wypłaty.

-Ach. - pokręciła głową – Po co ty to robisz?

-By było trochę frajdy, zamiast ciągłych robót papierkowych. - rzucił jakby to było oczywiste - A teraz wybacz mam spotkanie.

-Z kim? - zdziwiła się.

-Tak jak zwykle po takich numerach. Ze słoniowym przepychaczem. - zachichotał.

-Ha ha! - zaśmiała się króliczka. - I co warto tak dawać „trochę frajdy”?

-Dla reakcji Bogo? Tak, jak najbardziej. Dla tego spotkania? Już mniej. Tak czy inaczej widzimy się wieczorem. Cześć!

Nick udał się ku swoim „obowiązkom”. Zaś Judy do swojego boksu wciąż chichotając. Musiała przyznać, że on potrafi jej ubarwić dzień jak Małga. Przez co resztę dnia uśmiech, nie schodził z jej pyszczka.

Następnego dnia wesoła dwójka musiała udać się na patrol po Starej Saharze. Ciepły wiatr pieścił im futerko, a słońce przyjemnie grzało. Oczywiście nie można było sobie odmówić lodów w takiej sytuacji. Podczas przejazdu jedną z ulic, uwagę funkcjonariuszy przykuła dziwna zbieranina. Gdy wysiedli z radiowozu i udali się w jej kierunku,usłyszeli różne głosy.

-Czyżby znowu?

-Kolejny przypadek.

-Dzień dobry. - króliczka zagadała do jednej zebry, która była w tłumie. - Mogłaby nam pani powiedzieć, co tu się dzieję.

-Ależ oczywiście! - zaskrzeczała. - Widzi pani ta biedna hiena – wskazała głową w bok – doznała jakiegoś ataku szału.

-Szału? - zagadnął Nick.

-A i owszem, szału.

-Słysząc te rozmowy sądzę, że to nie pierwszy przypadek. - rzekła Judy.

-Zaiste. To już chyba trzeci, może nawet i czwarty w tym tygodniu.

-Czemu nikt tego nie zgłasza na policję? - dopytywał się lis.

-Któż to wie?

Funkcjonariusze spojrzeli na siebie. Nie wiedzieli co o tym wszystkim sądzić. Już chcieli się znów zapytać o coś zebrę, ale spostrzegli, że ta zniknęła.

-To jest dziwne. - Judy masowała sobie podbródek.

-Zaiste! - odpowiedział rudzielec, starając się naśladować głos zebry.

Spojrzeli jeszcze raz w stronę tłumu, ale spostrzegli, iż ten się rozchodzi, a ofiara napadu szału leży nieprzytomna dysząc ciężko. Tym co najbardziej ucierpiało w wyniku jej ataku były jakieś przydrożne stoiska, sprzedające zimne napoje.

-Szybko dzwoń po pogotowie! - zawołała króliczka biegnąc do hieny.

Lis stał chwilę nie wiedząc co się dzieję, jednak w mgnieniu oka odzyskał jasność umysłu i zawiadomił służby medyczne, po czym pobiegł do swojej partnerki, pomagając przy poszkodowanym zwierzu, aż do przyjazdu karetki. Ta przybyła po jakiś dziesięciu minutach i zabrała ledwo oddychające zwierzę do szpitala.

-Pewnie cię zastanawia czemu nikt nie zareagował na co tu się stało. - zagadał Nick do króliczki.

-Skąd wiesz?

-Już znam cię dość dobrze. - uśmiechnął się. - Powiem ci, że tu jest taka sytuacja, iż jak nie ma nikogo z rodziny w pobliżu, to żaden się nie ruszy na pomoc poszkodowanym. Tak uroki Starej Sahary.

-I mam w to uwierzyć? - powiedziała kpiąco.

-Wierz lub nie. - lis zaczął iść w kierunku radiowozu. - Jak nie patrzyć sama byłaś przed chwilą tego świadkiem.. To jest dzielnica rozrywkowa. Tu każda taka sytuacja to tylko kolejne widowisko.

-Więc może dlatego nikt nie zawiadomił policji. - myślała na głos.

-Może. - wzruszył ramionami lis. - A teraz chodź, bo wiem jak bardzo chcesz powiedzieć o tym Bogo.

-O jak ty mnie dobrze znasz. - zachichotała.

-To jedźmy, bo ktoś ci zwinie tą sprawę sprzed noska. - znów uśmiechnął się tak jak on to potrafi.

Ruszyli więc radiowozem w kierunku komisariatu. Judy wiedziała, że ta sprawa strasznie przypominała jej tą pierwszą. Postanowiła się tym spostrzeżeniem podzielić z Nckiem. Ten jednak ją ubiegł.

-Nie uważasz, że to strasznie przypomina sprawę skowyjców?

-Właśnie o tym samym pomyślałam. Myślisz, że ktoś tylko czekał na taką okazję.

-Możliwe. Jakby nie patrzeć Obłoczek jest od dawna na wolności.

-Niby tak, ale w ogóle się nie uaktywniała od czasu ucieczki. Nikt jej nie widział nikt nie słyszał.

-Jak się dobrze ukryła.

-To też nie to. Przecież to też nie ona robiła ten wywar tylko ten cały Tryk. Zresztą on wciąż siedzi.

-A myślisz, że to on jedyny potrafi takie coś wytworzyć.

-Masz rację.

-Jak zawsze zresztą. - uśmiechnął się.

-Tak – przekręciła oczami. - Żyj z tym przeświadczeniem. Może kiedyś będzie prawdą..

Podróż powrotna chwilę trwała. Zaraz po jej zakończeniu udali się biegiem do gabinetu Bogo. Przynajmniej tak chcieli zrobić, gdyby nie...

-Hej! Nick! Judy! - zawołał Pazurian.

Postanowili podejść do geparda i zapytać się co u niego.

-Nie pora na to. - odparł kot. - Szef chce was widzieć u siebie.

-Wiesz. Akurat do niego biegliśmy. - powiedział Bajer.

-Oł! To lećcie. Coś czuję, że to poważne.

Partnerzy tylko spojrzeli na siebie, po czym pożegnali przyjaciela i ruszyli w kierunku gabinetu szefa. Będąc pod drzwiami usłyszeli, że bawół nie jest sam. Toczył z kimś rozmowę i wnioskować ze śmiechów można było, iż bardzo przyjemną. Zapukali więc, a słysząc zaproszenie, weszli do środka. Naprzeciwko komendanta siedział duży kot o pręgowanym futrze. Nosił na sobie policyjny mundur.

-To jest... - zaczął prezentację komendant.

-Kapitan Żbik. - nie dowierzała Judy.

-Eee...Kto? - Nick nie wiedział o kim mowa.

-Kapitan Żbik. - mówiła z coraz większą ekscytacją króliczka. - Jedna z legend zwierzogrodzkiej policji. Jego akcje są podstawą w wielu podręcznikach dla rekrutów. Wielokrotnie odznaczany za zasługi dla miasta. A ogólnie długo by o tym mówić.

-Kapitan mówisz – lis się zastanawiał. - Hmm... Nie. Pierwsze słyszę.

Funkcjonariuszka spojrzała na niego dziwnym wzrokiem.

-No co? Mam prawo nie znać zwierząt.

-Mówi to ktoś kto twierdzi, że zna tu wszystkich.

-Ocho, a wi...

-Cisza! - Bogo nie wytrzymał. - Usadźcie kity na krzesłach i słuchać.

Dostosowali się do polecenia i chwilę później siedzieli cicho obok bohatera Judy. Bogo jeszcze dla formalności przedstawił policjantów kapitanowi. Nick spojrzał na niego i widząc jego uśmiech stwierdził, że coś mu w nim się nie podoba i lepiej go mieć na oku.

-Tak więc przejdźmy do sedna. - zakomunikował Bogo. - Coś się dzieję w Starej Saharze.

-Właśnie dlatego też tu przybyliśmy. - oznajmił Nick. - Na patrolu byliśmy świadkami pewnego wydarzenia.

Pokrótce razem z Judy wszystko opowiedział. Nie omieszkał także dodać swych podejrzeń w tej sprawie.

-Cóż, więc widzę, że macie już jakieś pojęcie o tej sprawie. Chciałem wam dać tą sprawę i widzę, że sami się do niej rwiecie. W jej rozwiązaniu pomoże wam nasz gość, który zdecydował się na przerwanie emerytury.

Judy słysząc to prawie eksplodowała z zachwytu i trudno jej było się opanować. To było dla niej coś niesamowitego. Chwilę tej radości przerwał jej lis.

-Sądzi pan, że to dobry pomysł.

-Chodzi ci o coś Bajer. - Bogo zrobił groźną minę.

-Mianowicie o to, że dwoje do sprawy wystarczy, a troje to już trochę tłok.

-Spokojnie chłopcze. - oznajmił spokojnym, ale mocnym głosem Żbik. - Damy sobie radę. Na pewno moja obecność nie będzie wam przeszkadzać. - położył swoją łapę na jego ramieniu.

Lis zrzucił ją szybko. Nie miał ochoty, by go dotykał. Był coraz bardziej podejrzliwy względem emerytowanego kapitana. Dziwiło go czemu to niby tak chciał wrócic do służby i czemu w ogóle mu na to pozwolono.

-Ta. Oby. Czy to wszystko? Mam swoje sprawy. - oznajmił Nick zmierzając już w kierunku drzwi.

Jako, że nikt go nie powstrzymywał wyszedł i udał się w kierunku swojego boksu. Natomiast pozostałe w gabinecie towarzystwo rozmawiało ze sobą jeszcze wiele godzin.

 

 

***

 

 

Następnego dnia cała trójka udała się do dzielnicy w której miały miejsce ostatnie wydarzenia, by rozpocząć śledztwo. Obecność żbika zmusiła Nicka do zajęcia miejsca z tyłu radiowozu, co jak można się domyśleć, nie przypadło mu do gustu. Postanowili, że pierwsze co muszą zrobić to udać się do szpitala i sprawdzić czy niedoszła ofiara doszła do siebie. Dojazd na miejsce zajął im jakieś 10minut jazdy przez dzielnicę.

-Jak pan myśli, kapitanie – zaczęła Judy – co może powodować te napady szału.

-Nie mam pojęcia.

Nick tylko przewrócił oczami, a w myślach mówił „Taki świetny glina, a nie wie”. Na głos tylko prychnął, ale i tak dość cicho. Mimo wszystko nie umknęło to uwadze Judy, która spojrzała na niego nie przyjemnie przy pomocy samochodowego lusterka. Lis jednak nie zwrócił na to uwagi, bo był zajęty patrzeniem na to co dzieję się za oknem. Nagle coś przykuło jego uwagę i zawołał.

-Zatrzymaj się!

-Nick. Nie ma na to czasu.

-Zatrzymaj się,ale już! - zawołał ponownie.

Judy zatrzymała wóz, a lis od razu z niego wyskoczył i pobiegł w kierunku, który go zaintrygował.

Pozostali tylko na siebie spojrzeli, po czym ruszyli za funkcjonariuszem. Chwilę później znaleźli go klęczącym nad kolejną ofiarą napadu szału. Był to dorosły fenek. O futrze nieco ciemniejszym niż to Finnicka. Ubrany w białą koszulkę i kremowe spodnie oraz sandały brązowej barwy. Podobnie jak w poprzednim przypadku, ofiarę otaczały zniszczenia wywołane atakiem. Różnica była jednak taka, że ta nie oddychała.

-Nie żyje. - oznajmił Bajer. - I to od jakiegoś czasu.

Kapitan także uklęknął przy ofierze.

-Powiedziałbym, że od dwóch godzin. Sama agonia trwała pewnie dłużej. - mówił spokojnie.

Obok delikwenta spostrzegł on plastikowy kubek, który zaraz też schował do plastikowej torebki.

-Czuję, że to może nam się przydać w rozwiązaniu tej sprawy. - spojrzał jeszcze na martwego fenka – To trzeba szybko rozwiązać. Im mniej ofiar tym lepiej.

-Ale że też go nikt nie zauważył, nie pomógł. - wtrąciła Judy.

-Mówiłem ci jak to wygląda. - powiedział Nick – Dodaj do tego, że to fenek czy lis to tym bardziej nie pomogą, bo myślą, że to jakiś przekręt.

Króliczka spojrzała na niego nieco smutno, ale na jego pysku nie zauważyła, by był jakiś smutny czy zeźlony. Nic nie wyrażał. Jednak po chwili się uśmiechnął i powiedział, że czas to rozwiązać, a policjantka przytaknęła. Ruszyli do szpitala, który był ich pierwotnym celem podróży. Wcześniej zawiadomili odpowiednie służby, by „posprzątały”. Na miejscu chcieli się dopytać o delikwenta wczoraj tu zabranego. Okazało się, że stało się najgorsze co mogła. Owa hiena była także martwa. Mimo hospitalizacji nie udało się jej uratować.

-Jaka przyczyna śmierci? - zapytała Judy.

-Zatrzymanie akcji serca, a także niewydolność nerek oraz co dziwne zaatakowany układ nerwowy. Wszystko to spowodowała nie zidentyfikowana toksyna. - oznajmił lekarz.

-Czyżby skowyjce? - dopytała się Judy.

-Porównywaliśmy wszystkie próbki jakie mamy w tym te ze skowyjców, jednak żadne nie były podobne w stopniu większym niż 10%. - odpowiedział, po czym dodał – Przesłaliśmy próbki do śródmiejskiego laboratorium w celu rozróżnienia składników zawartych w tej toksynie, ale wyniki będą gdzieś za 3 tygodnie lub najwcześniej za dwa.

-Rozumiemy. - oznajmił Żbik. – Zatem nic tu po nas. Do widzenia.

Obrócił się na pięcie i udał się w kierunku wyjścia, a jego towarzysze po krótkim momencie wahania spowodowaną myślami czy jeszcze o coś nie zapytać, udali się za nim.

 

 

***

 

 

Trójka ubranych na czarno wilków przemieszczała się ciemnymi, wąskimi uliczkami Tundrówki. Mieli jasny cel, uprowadzić po cichy bez żadnych świadków. Zbliżali się do wielkiego budynku pilnowanego przez ubrane w garnitury, bądź dresy, niedźwiedzie polarne.

-Dobra panowie... - zaczął szary.

-Oj! Wypraszam sobie, Wolf! - wyraziła swoje oburzenie biała wilczyca.

-Stój tą jadaczkę, J. Jeszcze ktoś cię usłyszy! - wyraził swoje niezadowolenie Wolf. - Dobra. Pamiętacie. Wkraczamy i wykraczamy, jak cień. Nie możemy zawieść szefa.

Na dźwięk ostatniego zdania pozostałą dwójką coś wzdrygnęło. Wiedzieli, że zawieść szefa to skazać się na los gorszy niż Plan B. Ruszyli po cichu do akcji. Przemieszczając się wśród cieni. Pierwszą ich przeszkodą było ogrodzenie, które łatwo pokonali przecinając drucianą siatkę. Następnie używając porozrzucanych wielkich skrzyń oraz innych „przeszkód” jako osłon dostali się pod jedno z okien głównego budynku.

-Co za geniusz wpadł na pomysł, by kamuflować się w Tundrówce czernią. - po raz kolejny nie zadowolona odezwała się J.

-Zamknij się w końcu. - irytował się trzeci – Jak wychodziliśmy to jakoś nie miałaś nic przeciwko.

-Tak, bo... -zaczęła.

-Zamkniecie się wreszcie! - Wolf zaczynał wychodzić z siebie. - Mamy misję do wykonania, a na takie sprzeczki będzie czas po powrocie. - Spojrzał przez okno pod którym się znajdowali. - OK. Larry zostajesz na czatach. Ja i J wbijamy robimy co mamy robić i wybijamy.

-A jak....? - już chciał zapytać.

-A jak ktoś cię nakryję to się go pozbądź. Rany! Tobie trzeba wszystko tłumaczyć?

-Ale ja nie o to. - odrzekł urażony

-Nieważne. Jesteś doświadczony to powinieneś wiedzieć co i jak. - mówił coraz bardziej poirytowany Wolf. - Zaczynamy. Pamiętaj 15 minut, a jak nas nie będzie uciekasz.

Larry pokiwał, że zrozumiał, a jego towarzysze ostrożnie i cicho „otworzyli” okno od zewnątrz i weszli do środka. Przemieszczali się ostrożnie korytarzami, nasłuchując czy ktoś się nie zbliża, sami powoli dochodzili do celu, jakim był jeden z pokoi. Wychodząc zza rogu spostrzegli dwa miśki stojące przed drzwiami.

-OK. - odezwał się Wolf. - J. Zaskocz mnie.

Ta uśmiechnęła się dwuznacznie po czym z plecaka wyciągnęła coś w rodzaju tuby. Włożyła do niej strzałkę, po czym wychylając się przyłożyła ją do ust i dmuchnęła. Cichy pocisk ukuł jegnego ze strażnik w szyję. Ten zdołał tylko chwycić się za miejsce postrzału, po czym padł jak długi. Jego partner od razu zareagował. Już chciał podnieść alarm i ruszyć na poszukiwania snajpera, ale wnet sam został postrzelony i się wyłożył.

-Może być? - uśmiechnęła się wilczyca.

-Świetna robota. Teraz szybko.

Ruszyli w kierunku upadłych niedźwiedzi i weszli do pokoju, którego pilnowali. Wnętrze było jasno oświetlone i bogato umeblowane. Nad w miarę dużym łóżkiem zaś wisiało zdjęcie ślubne dwóch ryjówek. W kącie zaś stała przerażona widokiem przybyszy jedna z postaci ze zdjęcia.

-Czego chcecie?! - zawołała do nich swoim piskliwym głosem.

-Przekazać pozdrowienia od pana Von Steckena i życzyć miłych snów. - oznajmił Wolf.

Fru Fru już chciała zacząć wołać o pomoc, ale wcześniej została postrzelona przez jeden z pocisków J, tyle, że mniejszych i poczuła jak ogarnia ją senność. Wilki przybiły sobie łapy, ponieważ misja została wykonana. Zapakowali swoją „zdobycz”i ruszyli w kierunku wyjścia. Mimo wszystko, coś musiało pójść nie tak, ponieważ rozległ się alarm.

-Cholera! Larry! - zawołał Wolf nie zważając na to jak głośno mówi.

Dyskrecje misji właśnie trafił szlag. Dwójka wilków w środku od razu ruszyła w kierunku drogi ucieczki. Czasem przez okno dało się zauważyć biegające wokół niedźwiedzie.

-Co teraz? - zawołała J, gdy biegli korytarzem.

-Po cichu już nie uciekniemy trzeba znaleźć Larrego i ogarnąć jakiś transport. - odpowiedział dysząc.

-Rozumiem. Ty go poszukaj, a ja znajdę coś.

-Jasne.

Rozdzieli się przy pierwszej sposobności, a Wolf wyszedł tak jak wszedł przez okno myśląc, że znajdzie pod nim kompana. Tego jednak nie było.

-Jasny szlag! Gdzie on polazł?

Nagle zobaczył czerwone ślady na śniegu. Pomyślał o najgorszym i co może z tego wynikać. Zaczął iść wzdłuż nich mimo wszystko uważając, by go nie wykryto. Po jakimś czasie ślad się urwał za jedną ze skrzyń. Wolf spojrzał przez nią ukradkiem i zobaczył swojego kompana trzymającego się za bok.

-Larry! Jesteś.

-Wolf. Już myślałem, że uciekliście. - powiedział sycząc z bólu.

-Tak dobrze nie ma. Swoich nie zostawiamy. - odparł – Co się stało?

Para miśków robiła obchód i mnie spostrzegła. Próbowałem się tłumaczyć, ale wtedy jeden zobaczył broń i chciał zaatakować, więc go postrzeliłem, a drugi wzniósł alarm. Była mała strzelanina i dostałem. Później korzystając z okazji schowałem się tutaj. A jak misja?

-Wykonana. J szuka transportu. Zaraz stąd wybędziemy.

-Na mnie nie liczcie.

-Co ty gadasz za głupoty?

-Wolf. Będę was tylko spowalniać. Jeszcze złapią przeze mnie wszystkich i nici z tego.

-Nie zgadzam się idziemy wszyscy.

-Nie da rady. - pysk Larrego wykręcił grymas bólu. - Uciekajcie beze mnie. mam plan.

-Co ty znów... - spojrzał na jedną z łap. Zobaczył w niej granat. - Skąd to wytrzasnąłeś. Wiesz, że nie tolerujemy tego typu...

-Wolf zamknij się wreszcie i uciekaj! - Ciężko dyszał postrzelony wilk. - Na mnie i tak nie ma co teraz liczyć, a tak przynajmniej nie domyśli się ten kret kto za tym stoi, a może przy okazji zrobi się raban i go przymkną. – uśmiechnął się zawadiacko.

Przywodzący grupy operacyjnej nie wiedział co powiedzieć.

-No wynoś się, bo zaraz obaj pójdziemy się rozerwać.

Wolf wstał i ostatni raz spojrzał na swojego kumpla. Zasalutował mu i odszedł z miejsca w którym się ukrywał. Teraz nie patrząc na nic gnał przed siebie. Jednak nagle zatrzymała się przed nim czarna limuzyna. Od razu położył łapę na pistolecie, gotów dobyć broni w razie konieczności. Okno kierowcy się rozsunęło i wyjrzała z jego J.

-Szybko! Zaraz może ruszyć pościg.

Wolf nie czekał tylko od razu po jej słowach usadowił się na miejscu pasażera zaraz obok towarzyszki, wcześniej efektownie przeskakując przez maskę.

-Gdzie ta fujara. - zapytała na wstępie, gdy ruszyła.

-Zaraz się dowiesz. - odparł ze spuszczonym łbem.

Gdy odjechali jakiś kawałek dalej dało się słyszeć huk.

-Co to było? - spytała wystraszona wilczyca.

-To był Larry.

-Co? - nie dowierzała.

-Wysadził się dla dobra misji.

-To aż tak źle z nim było?

-Krwawił dość mocno. Sam mówił, że tylko by nas spowalniał.

-Choć raz pomyślał.

Zarówno ona jak i Wolf wiedzieli, że myślała zupełnie inaczej. W głębi siebie tak naprawdę płakała, ale nie chciała tego pokazać.

-Grunt, że misja zakończyła się sukcesem. - oznajmił Wolf patrząc na swą „zdobycz”.

-Tak to najważniejsze.

Gdy poczuli, że już nic im nie grozi ze strony mafii tundrówkowej, postanowili porzucić samochód w jednym z jezior dzielnicy, a sami udali się w poszukiwaniu innego środka transportu, który miał zostać podstawiony przez „górę” na granicy dzielnic.

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Ciąg dalszy nastąpi w Sprawie VII pt. "Małe śledztwo, wielkiej wagi"

0

Udostępnij tego posta


Odnośnik do posta
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Dodaj konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!


Zarejestruj nowe konto

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się tutaj.


Zaloguj się teraz